Czas podsumowań

Piszę tę wiadomość dopiero dwa dni po zawodach, bo chciałem na spokojnie przeanalizować to, co wydarzyło się 1 maja. Oficjalne statystyki podają, że uzyskałem czas 1:27:05 (niektóre podają czas netto o 3 sekundy lepszy). Nie jest to rezultat, który mnie satysfakcjonuje. Na pewno liczyłem na więcej i myślę też, że na więcej byłem przygotowany. Cały start był dla mnie dość pechowy. Po raz pierwszy na zawodach rozwiązała mi się sznurówka (zawsze zawiązuję dwie kokardy). Stało się to między 8 a 9 kilometrem. Oczywiście musiałem się zatrzymać, schylić i ją porządnie zawiązać, przez co straciłem koło 10 sekund, nie licząc wybicia z rytmu, no i efektu „sztywnych nóg” przez kilkaset metrów. Sporym minusem była też dla mnie pogoda. Może nie było strasznie gorąco, bo podobno 15-16 stopni, ale bezchmurne niebo powodowało, że temperatura w słońcu prawdopodobnie mogła dochodzić nawet do 25-30 stopni. Dla mnie jest to jednoznaczne ze sporym odwodnieniem, które rzeczywiście odnotowałem w domu na wadze, mimo wypicia przynajmniej 2-3 litrów od zakończenia biegu. Praktycznie przez cały kwiecień było pochmurno, chłodno, temperatura nawet rzadko przekraczała 10 stopni – dla mnie były to idealne warunki do biegania. Szkoda, że nie utrzymały się one dzień albo dwa dłużej…Na trasie nie mogłem zbyt wiele pić, bo po obu bokach czułem ból, coś, co zdarzało mi się na treningach. Tym razem problem pojawił się na 12. kilometrze i praktycznie do samej mety nie ustąpił. Odwodnienie zrobiło swoje i na 18. kilometrze, to już była walka z samym sobą i odliczanie w głowie minut do zakończenia biegu. 100 metrów przed metą, kiedy już wokół stało pełno ludzi, zacząłem się zastanawiać, czy zwymiotuję przed linią mety, czy za :) Na szczęście obyło się bez rewelacji, chociaż przekraczając linię mety padłem jak długi i drugi raz z rzędu moją osobą zainteresowali się ratownicy medyczni, którzy podbiegli do mnie z wodą i aparaturą do pomiaru tętna i chyba jakichś jeszcze innych parametrów :)
Bardzo żałuję, że się nie udało, bo generalnie nogi dobrze współpracowały. Od 4 kilometra do samej mety wyprzedziłem koło 20 osób. Najbardziej spektakularna akcja była na podbiegu przy wiadukcie autostradowym, kiedy na 200 metrach pewnie udało mi się wyprzedzić 3 albo 4 rywali. To był 15. kilometr, a ja czułem się jeszcze wtedy bardzo dobrze. Druga kwestia. Puls. Przez 3/4 wyścigu wahał się między 165 a 167, czyli był bardzo dobry! Kluczowym momentem mogła okazać się ta rozwiązana sznurówka…bo w momencie kiedy mi się ona rozwiązała, dołączyłem już praktycznie do czteroosobowej grupki, która biegła w przyzwoitym tempie. Gdybym się nie musiał zatrzymywać, to pewnie mógłbym ich złapać i pobiec wspólnie, co zważywszy na wiatr, mogłoby pozwolić na oszczędzenie sił, a tak niestety musiałem praktycznie całą drogę biec sam. W każdym razie tak całkiem sam nie byłem, bo od 4. kilometra towarzyszył mi kolega, który do samej mety podawał napój izotoniczny, za co mu serdecznie oczywiście dziękuję..chociaż pewnie tego nie przeczyta :)
Samą strategię biegu oceniam na dobrą. Zacząłem bez szaleństw – 4:06/km, czyli mniej więcej tak jak chciałem. Potem po drugim kilometrze przyspieszyłem. Po drodze było kilka fajnych odcinków. Szkoda tylko, że wyszło tak jak wyszło. Walczyłem jak mogłem i zrobiłem co się dało. Być może gdyby nie ten problem z udem na początku kwietnia sytuacja też wyglądałaby inaczej. Gdybać można w nieskończoność, ale teraz nie ma to już wielkiego znaczenia. Jakieś pół godziny temu wpadł mi do głowy pewien pomysł, aby spróbować przebiec taki nieoficjalny półmaraton w lesie…w najbliższą sobotę, bo później wyjeżdżam na trochę służbowo i nie będę mógł zbytnio trenować. W każdym razie ostatnie dwa dni spędziłem na rowerze. Wczoraj i dziś zrobiłem identyczną pętlę, liczącą 32 kilometry. Zobaczymy co dalej. Ciągnie mnie do roweru i przyznam, że mam pewne plany na najbliższe dwa-trzy miesiące, ale nie chcę na razie o tym pisać. W każdym razie się nie poddaję i walczę dalej :)

Ready, steady, go!

To już jutro. Kolejny dzień prawdy i czas weryfikacji moich planów i przygotowań. Czuję się całkiem nieźle, chociaż odczuwam pewien stres i niepokój. W końcu poświęciłem sporo czasu, aby „wrócić”. Mam nadzieję, że cztery miesiące ciężkiej pracy nie pójdą na marne i uda mi się spełnić założenia. Życie i poprzednie starty nauczyły mnie jednak, że najważniejsze jest zdrowie, bo gdy ono zawiedzie, to automatycznie wszystko inne się psuje :) Liczę wobec tego, że na mecie jutrzejszego półmaratonu będę zmęczony, ale zdrowy i w pełni sprawny :)
Dziś 30 kwietnia. Dzień dla mnie szczególny. 10 lat temu po raz pierwszy próbowałem przebiec maraton, tak nieoficjalnie. Skończyło się dramatycznie, ogromnym odwodnieniem, ale mimo wszystko od tamtej pory pewne rzeczy się zmieniły. Można by to nazwać „new beginning”. Dziś jednak pora skupić się na teraźniejszości i podsumować mijający tydzień oraz cały miesiąc :)
W ostatnich dniach musiałem dokonać pewnych roszad, ze względu na to, że start jest na początku tygodnia, a nie w weekend. W związku z tym w poniedziałek zrobiłem długie, dziewiętnastokilometrowe rozbieganie. Czułem się bardzo dobrze, chociaż kilka ostatnich kilometrów biegłem praktycznie po ciemku w lesie, więc musiałem dość mocno uważać. Dzień później zrobiłem dziesięć kilometrów w spokojnym tempie, dorzucając do tego sześć powtórzeń sprintem pod górkę. Trening bez historii.
W środę czułem się trochę kiepsko, ale o dziwo trening wyszedł całkiem OK, bez większych problemów. Rozpocząłem pięciokilometrowym rozbieganiem, po którym przyszła pora na trzy odcinki po 1600 metrów, które biegałem w tempie zawodów na 10 kilometrów i trzyminutowych przerwach w truchcie między nimi. Ostatni odcinek pobiegłem w tempie około 3:46/km. Na koniec dorzuciłem 5 kilometrów schłodzenia. Był to ostatni mocny trening przed półmaratonem.
W czwartek zrobiłem spokojne 10-kilometrowe rozbieganie. Biegło mi się dość ciężko, bo byłem zmęczony i niewyspany. W piątek zrobiłem zgodnie z planem dzień przerwy, natomiast wczoraj przebiegłem tylko 6 kilometrów i dorzuciłem 4 przebieżki po 100 metrów. W sumie, przez cały tydzień, przebiegłem ponad 61 kilometrów. Podsumowując z kolei cały miesiąc, wyszło mi, iż przebiegłem 293 kilometry na 21 treningach. Byłoby pewnie trochę więcej, gdyby nie problemy z mięśniem uda lewej nogi, przez który straciłem kilka dni i musiałem zmniejszyć kilometraż.
No nic, pora zostawić statystyki. Dzisiejszy dzień to w zasadzie już tylko odpoczynek i przygotowanie „mentalne” do startu. Trzeba nastawić się na „cierpienie” i walkę do samego końca. Liczę na chłodną, pochmurną i bezwietrzną pogodę :) Prognozy przewidują w momencie startu około 11-12 stopni, więc tragedii raczej nie będzie. Jedynym problem przy takiej pogodzie jest dylemat: „biec w bezrękawniku, czy jednak wziąć krótki rękaw” :)
Mimo wszystko jedno się nigdy nie zmienia: „no retreat, no surrender!” :)

Ostatnie szlify…

Dzień startu zbliża się nieubłaganie. Emocje towarzyszące temu wydarzeniu rosną z każdym dniem. Z jednej strony jest stres czy dam radę spełnić swoje założenia, z drugiej oczekiwanie, kiedy w końcu będę mógł stanąć na starcie zawodów i powalczyć :) Przez rok czasu nie miałem w końcu takiej możliwości. Nadchodzi więc chwila prawdy! :)
Cóż, za mną już przedostatni tydzień przygotowań. W zasadzie ostatni taki „konkretny”, z dość sporym kilometrażem. W poniedziałek oczywiście zrobiłem sobie dzień przerwy po niedzielnym sprawdzianie. Jak zwykle zrobiłem tylko swój zestaw ćwiczeń wieczorem.
We wtorek miałem kolejne mocne uderzenie. 21 kilometrów z 20-minutową, mocną końcówką. Na szczęście czułem się dobrze i bez problemu udało mi się zarówno przebiec cały dystans, jak i przyspieszyć do tempa 4:00/km w końcówce. Muszę przyznać, że tego typu treningi lubię najbardziej i biegnąc pierwsze kilometry, nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł pobiec nieco żwawiej :) Jest to świetny trening, który pozwala organizmowi przyzwyczaić się, że w końcówce trzeba jeszcze przyspieszać, a nie zwalniać. Pisałem o tym wielokrotnie i nadal będę to podkreślał, że „negative split”, to jedyne rozsądne rozwiązanie na dystansach od półmaratonu w górę! Każdy może w ten sposób biegać, tylko trzeba się tego nauczyć :)
W środę miałem niesamowity dylemat. Czułem się kiepsko, tak jakbym za chwilę miał się rozłożyć. Rano bolało mnie gardło, miałem dreszcze itp. Nie wiedziałem co robić. Iść pobiegać czy odpuścić. Ostatecznie, mimo niezbyt dobrej pogody postanowiłem, że pójdę pobiegać wieczorem. Ubrałem się jednak za cienko do warunków. O ile w lesie było jeszcze w miarę ok, o tyle po wyjściu z lasu na podbiegi czułem się, jakbym w środku zimy wyszedł w samej bluzce. Wiatr był niesamowicie przeszywający. O ile na termometrze było koło 5 stopni, to odczuwalna temperatura była pewnie na poziomie -10…brr, solidnie zmarzłem. W każdym razie ciepły prysznic, gorąca herbata…propolis, amol i inne domowe specyfiki jakoś postawiły mnie na nogi :)
W czwartek miałem jeden z trudniejszych treningów w całym planie. Długie, dwukilometrowe „interwały” w tempie biegu na 10 kilometrów, na trzyminutowych przerwach w truchcie. Tego dnia na szczęście czułem się dość dobrze i udało mi się w końcu odpowiednio ubrać :) Trening do łatwych nie należał, ale jakoś sobie poradziłem. Poszczególne dwukilometrówki pokonałem w czasie: 7:46 (tempo 3:53/km), 7:45 (3:53/km), 7:43 (3:52/km), 7:41 (3:51/km) i 7:38 (3:49/km). Nie wiem dlaczego, ale najtrudniejszy dla mnie był trzeci odcinek. Musiałem się naprawdę nieźle zmobilizować, żeby utrzymać tempo. Generalnie trening oceniam bardzo pozytywnie. Kawał solidnej roboty – mam nadzieję, że zaprocentuje :) W sumie tego dnia przebiegłem 18 kilometrów, razem z rozgrzewką i ze schłodzeniem.
W piątek wybrałem się na szesnastokilometrowe rozbieganie z kolegą. Po drodze spotkaliśmy kolejnego kolegę, więc przez jakiś czas biegliśmy we trójkę. Puls tego dnia miałem stosunkowo wysoki, ale biegło mi się całkiem nieźle. W każdym razie w sobotę zrobiłem sobie wolne od biegania, zwłaszcza, że w nocy dość krótko spałem. Wieczorem dorzuciłem tylko zestaw ćwiczeń.
Dziś z kolei miałem przedostatni mocny trening przed startem. Po trzech kilometrach rozgrzewki czekały na mnie dwa piętnastominutowe odcinki, które miałem przebiec w tempie półmaratonu. Pomiędzy nimi była tylko minuta przerwy. Muszę przyznać, że dość ciężko mi się biegło. Puls od samego początku miałem wyższy niż zwykle. Do tego w połowie drugiego odcinka znów pojawiło się jakieś kłucie w boku. Ostatnio ten problem pojawia się zbyt często. Nie wiem czy to kwestia ćwiczeń na brzuch, czy złego odżywiania przed biegiem. Może w grę wchodzi też złe oddychanie. W każdym razie po raz kolejny, najlepiej spisały się „nogi”….dawniej bywało odwrotnie :)
Podsumowując, w tym tygodniu przebiegłem 79 kilometrów w trakcie 5 jednostek treningowych. Przede mną kilka ostatnich treningów i w zasadzie ostatni mocniejszy akcent, który zaplanowałem na środę. Chyba pora powoli zacząć „ładować” węglowodany i porządnie się wysypiać :) To będzie na pewno podstawą dobrego startu.

Święta, święta…i treningi

W święta nie wypada zbyt wiele czasu spędzać na „pracy”, ale czasami trzeba swoje zrobić, bez względu na okres roku :) Generalnie jest ODPUKAĆ dobrze. Rehabilitacja pomaga i w czasie biegu nie czuję bólu ;) Jutro podejmę decyzję czy jeszcze korzystać z prywatnych zabiegów na lewe udo. Obrzęk raczej musiał się albo znacząco zmniejszyć, albo zniknąć, bo nie czuję żadnego ucisku.
Tak czy siak tydzień, który minął, był dla mnie dosyć trudny. W poniedziałek zrobiłem sobie dzień przerwy, nawet nie ćwiczyłem, żeby odpowiednio wypocząć przed pierwszym wyzwaniem, bo we wtorek miałem najdłuższy trening w całym planie – 24 kilometry z męczącą, piętnastominutową końcówką. Trochę się obawiałem czy nie przesadzę, ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze i bez większych problemów ukończyłem trening. W końcówce przyspieszyłem do tempa 4:00-4:10/km. Nie powiem, żeby biegło mi się komfortowo, ale też nie mam co narzekać.
W środę postanowiłem zaryzykować i po 10 kilometrach rozbiegania wybrałem się na krótkie podbiegi sprintem pod górkę. Profilaktycznie jednak z 10 powtórzeń zszedłem na 8. Stwierdziłem, że nie ma co kusić losu, zwłaszcza, że przy ostatnim powtórzeniu „coś” poczułem.
Czwartkowy trening, mimo że stosunkowo krótki, okazał się dla mnie trudny. W planach po trzykilometrowym rozbieganiu miałem zrobić pięć kilometrowych interwałów w tempie zawodów na 5 kilometrów (na 90-sekundowych przerwach). Na starcie założyłem, iż będzie to tempo między 3:40 a 3:45 i w zasadzie wszystkie kilometry w tym czasie zrobiłem, ale…biegło mi się ciężko, zwłaszcza ostatnie dwa powtórzenia. Nie ma co się tłumaczyć wiatrem czy dość pofałdowanym terenem. Po prostu nogi nie pracowały aż tak dobrze, jakbym chciał. Problem z wytrzymałością szybkościową u mnie istniał od zawsze. Muszę nad tym elementem jeszcze sporo pracować. W każdym razie na czwartkowym treningu wypróbowałem specjalne słuchawki z zausznikami, które miały zapobiegać wypadaniu tych pierwszych. Na chwilę obecną się sprawdzają, chociaż słychać jakieś dziwne szumy przy szybszym biegu i wietrze.
W piątek w planach miałem dłuższe rozbieganie. Jeszcze przed wyjściem z domu stwierdziłem, że przebiegnę tyle, na ile „pozwoli” mi udo. Po czwartkowym, dość męczącym dla mnie treningu, biegło mi się zadziwiająco lekko. Myślami też byłem skupiony na testowaniu nowego zegarka z pulsometrem (Polar M400), który w ten sam dzień do mnie dotarł. W poprzednim urwał mi się teleskop, co wiązałoby się z dość żmudnym procesem wysłania do serwisu. Gwarancja już dawno minęła, więc prawdopodobnie musiałbym sporo zapłacić, bo w tamtym modelu teleskopy są jakoś połączone z całym spodem zegarka, co pewnie skutkowałoby wymianą całości. Ponadto ten pulsometr od kilku dni przestał mi pokazywać dystans. Stwierdziłem więc, że pora zakończyć z nim współpracę i zdecydować się na nowy. Wybrałem Polar M400, bo wiele osób poleca go jako najlepszy model w swoim, dość niskim jak na zegarki z pulsometrem, przedziale cenowym. Poza standardowymi funkcjami, pozwala on też monitorować całodobową aktywność. Nie wiem na ile to jest miarodajne, ale też z takiej opcji skorzystałem. W każdym razie w piątek przebiegłem w sumie 19 kilometrów. Zrobiłem 10 pętli na mojej trasie. Rozstrzał miałem dość spory, od 1,57 km do 1,68, czyli w zasadzie ani jedna pętla nie została dobrze zmierzona. Tak czy siak, chyba żaden z zegarków z GPSem, nawet te za 1500-2000 zł, dobrze nie odmierzył mojej trasy. Niestety bieganie w lesie to chyba jeszcze za wysokie progi na tą technologię. Generalnie jednak jestem z tego zegarka zadowolony. Nie potrzebuję bajerów. Wystarczy mi kilka podstawowych opcji, a funkcja GPS jest mi bardziej potrzebna w sytuacjach, kiedy nie mogę biegać w lesie, albo startuję w zawodach i muszę trzymać tempo.
W sobotę zrobiłem sobie dzień przerwy, aby odpowiednio odpocząć przed niedzielnym sprawdzianem, który był identyczny, jak ten robiony 2 kwietnia: 5 km rozgrzewki => 10 km w tempie półmaratońskim => 5 km schłodzenia. Rano muszę przyznać, że czułem się średnio. Zjadłem zbyt obfite śniadanie…dwie białe kiełbasy, dość spora porcja jajecznicy i sałatki warzywnej, a do tego dwa kawałki chleba. Trening robiłem po 3 godzinach, więc teoretycznie nie powinno to mieć wielkiego znaczenia, ale jakiś dyskomfort w przewodzie pokarmowym odczuwałem. Po rozgrzewce i krótkiej gimnastyce rozciągającej biegło mi się całkiem dobrze. Pierwszą pętlę przebiegłem w tempie dokładnie 4:00/km. Na drugiej i trzeciej ciutkę zwolniłem, powiedzmy do tempa 4:02-4:03/km, aby na ostatnich trzech okrążeniach znowu przyspieszyć. Tętno praktycznie od połowy dystansu cały czas przekraczało 170, wiec biegłem na ponad 90% możliwości, w trzecim zakresie. Nogi pracowały też ok, chociaż przyznam szczerze, że na najdłuższej prostej było ciężko, bo dość mocno wiało. Prawdziwe problemy pojawiły się jednak na początku ostatniej, szóstej pętli. Zaczęło mnie wtedy strasznie kłuć po bokach. Nie wiedziałem czy to kolka, czy mięśnie skośne brzucha. Udało mi się jakoś dobiec do dziesiątego kilometra i wtedy musiałem się zatrzymać, pochylić i trochę rozmasować bolące miejsca. Po minucie czy dwóch, w bardzo wolnym tempie zrobiłem schłodzenie. Cieszy mnie jednak fakt, że mimo dość mocnego treningu, w ogóle nie czułem żeby moje mięśnie nóg były zmęczone. Oczywiście jakieś osłabienie było, choćby z racji odwodnienia, ale jeżeli chodzi o odczucia były one naprawdę niezłe. Pozostaje mi tylko wierzyć, że za dwa tygodnie uda mi się trafić na dyspozycję dnia i obędzie się bez żadnych niespodziewanych „bolesności” :)
Reasumując, jestem bardzo zadowolony z poprzedniego tygodnia. Przebiegłem 84 kilometry, co, biorąc pod uwagę wcześniejszy problem mięśniowy muszę uznać za swego rodzaju sukces. Przede mną jeszcze jeden dość trudny tydzień. Zwłaszcza trening, który mam zaplanowany na czwartek (5 x 2 kilometry w tempie biegu na 10 km). Po nim będzie już tylko z górki :) Oby… :)

Blady strach

Kończąc zeszłotygodniowy post wspominałem o błędach…niestety chyba takowy ostatnio popełniłem, biegając osiem dni z rzędu…
Tydzień w każdym razie rozpoczął się dobrze. W poniedziałek czułem się ok, więc postanowiłem zrealizować swój plan i wyszedłem na trening. Przebiegłem 12 kilometrów w spokojnym tempie, a po powrocie do domu dorzuciłem do tego zestaw ćwiczeń, który zwykle w ten dzień tygodnia wykonuję. Nic nie zwiastowało problemów…
We wtorek po pracy, mając ograniczoną ilość czasu, szybko wskoczyłem w strój biegowy i wyszedłem na trening. Czułem się dość dobrze, nic mnie nie bolało. Dopiero po jakichś 6-7 kilometrach zacząłem odczuwać ból z tyłu w lewym udzie. Na końcu pętli postanowiłem się na chwilę zatrzymać i spróbować go w jakimś tam stopniu rozmasować. Moje zabiegi pomogły…niestety na krótko. Po niespełna kilometrze ból powrócił i był chyba jeszcze intensywniejszy. Przestraszyłem się nie na żarty, bo wiedziałem, że coś nie gra i nie jest to chwilowy problem. Biegając w sumie kilkanaście lat i mając za sobą kilka poważniejszych urazów, wiem, kiedy ból jest do rozbiegania, a kiedy zwiastuje coś poważniejszego. Niestety tym razem wiedziałem, że walka na trasie jest daremna, bo mogę tylko pogorszyć sprawę. Ostatecznie więc po 12 kilometrach wróciłem do domu. Przez cały czas później odczuwałem wyraźny dyskomfort w trakcie chodzenia czy nawet siedzenia na krześle.
W środę zrobiłem sobie dzień wolny, licząc, że może coś się zmieni na lepsze. W czwartek rano wiedziałem jednak, że wizyta u ortopedy będzie nieunikniona. Postanowiłem jednak, że wyjdę na chwilę pobiegać. Niestety ból bardzo szybko powrócił i po pięciu kilometrach wróciłem do domu.
Jadąc do ortopedy miałem złe przeczucia. Byłem szczerze mówiąc podłamany faktem, że trzy miesiące mojej ciężkiej pracy może pójść „na marne”. Siedziałem jak na szpilkach w oczekiwaniu na swoją kolej. Reakcja Pana doktora była bezcenna…Przypomniał sobie mój uraz z maja zeszłego roku i pewnie wszystkie poprzednie kontuzje na przestrzeni kilku lat. Jako osoba stosunkowo młoda mam „kartę” wypełnioną pewnie bardziej, niż niejeden siedziemdziesięciolatek :) W każdym razie po dokładnym zbadaniu ruchomości i bolesności mięśnia, lekarz zrobił mi USG. Okazało się, że mięsień nie jest naderwany (czego się najbardziej obawiałem!), ale występuje spory obrzęk, który jest zlokalizowany dość głęboko. Szczerze mówiąc odetchnąłem z ulgą, bo czekałem na wyrok. Na szczęście struktura mięśnia została zachowana. W przeciwnym razie o jakimkolwiek bieganiu przez najbliższe kilka tygodni mógłbym zapomnieć, nie wspominając o starcie w półmaratonie.
Summa summarum dostałem skierowanie na rehabilitację – krioterapię i pole magnetyczne oraz przykazanie, aby przynajmniej przez dwa dni odpuścić bieganie. Posłuchałem tej rady oczywiście i dopiero dziś, w niedzielę, wybrałem się na spokojne, dziesięciokilometrowe rozbieganie. Generalnie biegało mi się całkiem dobrze. O dziwo bardziej bolała mnie prawa noga: udo, kolano, stopa – w takiej kolejności, ale to oczywiście inny ból i raczej nic poważnego. Raczej to kwestia nowych butów.
Jutro na pewno zrobię sobie dzień przerwy….a co zrobię później, to jeszcze nie wiem. W planie mam 24 kilometry z mocniejszą końcówką we wtorek. Czy ja jestem w stanie coś takiego teraz pobiec? Czy znowu nie przesadzę? Jak wytrzyma to noga? W głowie mam mnóstwo pytań. Z jednej strony zdrowie jest bardzo ważne, ale z drugiej, jeżeli chcę powalczyć w półmaratonie o jakiś przyzwoity dla mnie wynik, to nie mogę biegać sobie po 10 kilometrów co dwa dni, bo nic z tego nie będzie…Sytuacja patowa. Prawdopodobnie ostateczną decyzję podejmę we wtorek, już na trasie. Co ciekawe właśnie we wtorek rozpoczynam rehabilitację na naderwany mięsień prawego uda, na którą czekałem prawie rok…W związku z tym, będę miał dwie rehabilitacje. Jedna prywatnie, na lewe udo, gdzie ważne jest schładzanie, a z kolei druga, z funduszu, na prawe udo, gdzie z kolei mięsień będzie nagrzewany. Normalnie parodia :)
Czekam jak na szpilkach na rozwój wypadków…oby się udało to jakoś wszystko pogodzić :)

Miesiąc do startu

W tym tygodniu działo się bardzo wiele, począwszy od wahań pogodowych, poprzez niemiłą niespodziankę w sobotę. Generalnie jednak muszę przyznać, że po raz pierwszy od końca lutego udało mi się zrobić 6 treningów biegowych w tygodniu…co przełożyło się w sumie na 99 kilometrów :)
Po niedzielnym sprawdzianie przyszła pora na spokojny poniedziałek i tradycyjny już zestaw ćwiczeń. Tym razem udało mi się dorzucić do mojej listy kolejny, zapomniany trochę przeze mnie zestaw: „7 min ABS”. Jest on dosyć wymagający, nawet dla osób, które ćwiczą mięśnie brzucha, ale naprawdę warto go wykonywać, bo daje spore efekty. Może niekoniecznie polecam go robić na dzień przed mocnymi treningami…bo wtedy może trochę „boleć”, o czym przekonałem się we wtorek :)
Wtorkowy trening nie wydawał się jakiś specjalnie męczący, ale dał mi trochę w kość. Po sześciu kilometrach rozbiegania miałem w planie 15 x 90 sekund w tempie biegu na 10 kilometrów na 90-sekundowych przerwach w truchcie. W trakcie interwałów starałem się utrzymywać tempo w granicy 3:40-3:50/km. Wyszło całkiem nieźle, ale na sześciokilometrowym schłodzeniu czułem się już zmęczony i….strasznie mnie kłuł brzuch, jakby mi ktoś igły ze wszystkich stron wbijał :) Na szczęście trening udało mi się dokończyć. Zrobiłem tego dnia w sumie 22 kilometry.
W środę jak zwykle rozbieganie (tym razem trzynastokilometrowe), połączone z podbiegami sprintem pod górkę (10 powtórzeń po 10 sekund). Trening bez historii, nogi, podobnie jak reszta, pracowały bardzo dobrze. Czwartek to kolejna porcja interwałów. Tym razem trzyminutowych. Rozpocząłem tradycyjnie od rozbiegania (3 kilometry) i potem realizowałem już trening właściwy (8 x 3 minuty w tempie biegu na 10 kilometrów z dwuminutowymi przerwami w truchcie). Nogi miałem dość ociężałe, ale koniec końców trening udało mi się zrobić bez większych problemów. Na koniec przebiegłem jeszcze trzy kilometry na schłodzenie….i co było później? To samo co zawsze, czyli czwartkowy, wieczorny ból gardła i spora dawka propolisu na noc. Nie wiem czy to już uzależnienie, fatum, zmęczenie tygodniem, czy też podświadomy strach przed chorobą, ale piąty tydzień z rzędu z podobnym samopoczuciem wskazuje, że chyba czwartek nie zostanie moim ulubionym dniem tygodnia :) Fakt, pracuję w miejscu, gdzie zarazków jest od groma, więc po czterech dniach człowiek nazbiera tych drobnoustrojów wystarczająco dużo, żeby przy dosyć męczącym trybie życia narazić się na wszelkiego rodzaju przeziębienia. W każdym razie w piątek na szczęście było już lepiej. Z rana trochę bolało mnie gardło, ale jak wróciłem do domu, to od razu poczułem się lepiej i postanowiłem pójść na trening. Zrobiłem 19 kilometrów w spokojnym tempie.
W sobotę była piękna pogoda i zrobiłem to, co od dłuższego czasu chciałem zrobić, czyli wybrałem się rowerem, aby dokładnie obmierzyć swoją pętlę biegową. Intuicja podpowiadała mi, że coś jest nie tak i niestety moje przypuszczenia się potwierdziły. Okazało się, że pętla nie ma 1,75 km, jak to zmierzył kiedyś mój znajomy na rowerze, ale 1,71. W związku z tym pętla jest w rzeczywistości o 40 metrów krótsza, co się oczywiście przekłada na tempa. W sumie trasę tę weryfikowałem aż pięć razy, na dwóch licznikach rowerowych i we wszystkich przypadkach wychodziło między 1,70 a 1,71 km…Raczej wątpliwe, żeby obydwa liczniki były źle ustawione, więc dokonałem zmian w punktach orientacyjnych na pętli. Największe przesunięcie było na kilometrze, bo to tam właśnie wychodziła różnica 40 metrów, czyli około 10 sekund przy tempie 4 min/km…Pod wieczór w sobotę wybrałem się jeszcze na krótkie, dziesięciokilometrowe rozbieganie. W domu dorzuciłem do tego zestaw ćwiczeń, taki typowo „poniedziałkowy”.
Dziś z kolei czekała na mnie chwila prawdy, czyli 10 kilometrów w tempie półmaratonu. Rozpocząłem od 5 kilometrów rozbiegania i krótkiej gimnastyki dynamicznej. Czułem się szczerze mówiąc średnio, nie tylko fizycznie, ale też psychicznie, rozpatrując jeszcze sobotnie przeliczenia. Już sam początek zwiastował, że nie będzie łatwo. Nie wiem czy błędem nie był wczorajszy trening połączony z ćwiczeniami, może lepiej trzeba było postawić na regenerację? W każdym razie pierwsze trzy pętle pokonałem w tempie 4:04 (według nowych przeliczeń). Na czwartej przyspieszyłem do 4:00/km. Prędkość tą utrzymałem też na piątym okrążeniu. Na ostatnim, szóstym kółku dałem z siebie naprawdę sporo. Tętno przekroczyło 170 uderzeń na minutę. Na kilometrze kontrolnym zanotowałem czas 3:57. Podsumowując całe dziesięć kilometrów sprawdzianu, uzyskałem tempo średnie w granicy 4:02-4:03/km, co zważywszy na pogodę, zmęczenie i nowe przeliczniki oceniam całkiem pozytywnie. Trochę przeraża mnie zwłaszcza pierwszy aspekt. Przed wyjściem z domu specjalnie się zważyłem. Po powrocie okazało się, że straciłem 3,5 litra wody, co przy 20 kilometrach w 20 stopniach jest wynikiem dość niepokojącym. 3,5 litra to dla mnie około 5%, a już przy 1-2% odwodnieniu człowiekowi spada wydolność. Mam nadzieję, że 1 maja będzie chłodno, najlepiej koło 10 stopni, bo w takich warunkach biega mi się najlepiej.
Na koniec wypada także podsumować marzec, z którego jestem generalnie zadowolony, bo udało mi się przebiec w sumie prawie 360 kilometrów i zrealizować wszystkie najważniejsze jednostki treningowe. Najbliższy tydzień zapowiada się dość spokojnie w porównaniu do poprzednich, więc postaram się potruchtać także jutro, zobaczymy jednak jak zniesie to mój organizm, bo trenowałem sześć dni z rzędu :) Najważniejsze to w tym momencie przestać rozpamiętywać prędkości i dystanse, a skupić się na pracy, bo przede mną najtrudniejszy okres, w którym nie mogę popełnić błędów :)

Wiosna nadchodzi

Bardzo lubię ten okres roku. Nie ma już śniegu, robi się cieplej (ale nie jest gorąco), dni stają się coraz dłuższe, a przyroda budzi się do życia :) W takich okolicznościach biega się wspaniale :)
Ten tydzień był dla mnie dosyć ciężki, ze względu na ogrom obowiązków i małą ilość snu. W poniedziałek jak zwykle zrobiłem swój zestaw ćwiczeń (gimnastyka siłowa, 8 min ABS, ćwiczenia z hantlami i 10 min z Mel B). Posiedziałem w ten dzień trochę dłużej niż zwykle i od razu odbiło się to na wtorkowym treningu. Niby nie było źle, ale wracając z treningu czułem się dość mocno zmęczony. Zrobiłem w sumie 21 kilometrów, z czego ostatnie 5 w tempie około 4 min/km.
O wtorku chciałbym zapomnieć jak najszybciej. Już od rana czułem się fatalnie. Bez przerwy ziewałem, chciało mi się spać, czułem osłabienie. Wydawało mi się, że jakoś te 10 kilometrów wykręcę. Jeżeli chodzi o nogi to nie było źle, ale sam organizm sugerował, że nie jest w pełni sił, bo tempo było 20-30 sekund wolniejsze, niż zazwyczaj. Najpierw pojawił się ból brzucha, a później ból w piersiach. Trochę mnie to zastanowiło, ale zdecydowałem, że dokończę trening i zrobię osiem zaplanowanych sprintów pod górę. Kończąc trening czułem naprawdę sporą ulgę. Niestety takie treningi też się zdarzają. Po raz kolejny przekonałem się, ile znaczy odpowiednia regeneracja, zwłaszcza u osób, które nie mają takich możliwości regeneracyjnych jak profesjonalni sportowcy.
W czwartek znowu musiałem zostać dłużej w pracy. W zasadzie od 8 do 18 byłem zajęty. Trening więc przyszło mi robić po ciemku, po asfalcie. Przed wyjściem zjadłem dwa banany i ruszyłem na pięciokilometrowe rozbieganie, po którym czekało mnie sześć dwuminutowych podbiegów w dość żwawym tempie. W poniedziałek zrobiłem rozpoznanie, gdzie najlepiej byłoby je wykonać. Niestety górka, na której robię minutówki i podbiegi sprintem okazała się zbyt krótka, w związku z czym „przeprosiłem się” z najbardziej stromym chyba podbiegiem w okolicy. Jest on dość trudny ze względu na nawierzchnię, która jest dosyć dziurawa i miejscami przechodzi w bruk. Zaletą tej górki jest jednak jej długość, gdyż ma około 550 metrów i dość spore w niektórych momentach nachylenie, więc można tam zrobić naprawdę konkretny trening. Jeżeli chodzi o moje czwartkowe podbiegi, to starałem się zbytnio nie szarżować. Biegłem w tempie około 4:20/km, starając się skupiać na technice. W ciągu tych dwóch minut przebiegałem 450-460 metrów. Na ostatnim podbiegu dość mocno przyspieszyłem. Udało mi się przebiec prawie 500 metrów, więc osiągnąłem średnie tempo około 4 min/km. Trochę się zmachałem, ale i tak myślałem, że będzie gorzej. Na koniec zrobiłem pięć kilometrów rozbiegania (łącznie tego dnia wyszło mi 15). Wieczorem, co już jest prawie tradycją w czwartek, czułem jakby mnie łapało przeziębienie. Wziąłem więc trochę witaminy C, dawkę propolisu i wskoczyłem do łóżka.
W piątek rano nie czułem się zbyt dobrze. Pobolewało mnie gardło, miałem lekki katar a termometr wskazał 36,1…byłem osłabiony. Poszedłem do pracy i po powrocie miałem niezły dylemat, bo o dziwo czułem się ciut lepiej, niż rano. Ponownie sprawdziłem temperaturę. Tym razem wyszło 36.5, więc postanowiłem pójść na trening. Stwierdziłem, że nie warto się nastawiać na konkretny kilometraż. Ile będę mógł, tyle zrobię, bez specjalnego spinania się, bo w końcu miało to być zwykłe rozbieganie. Biegło się całkiem znośnie, dlatego uznałem, że zrobię szesnaście kilometrów, tak jak miałem zaplanowane. Wieczorem czekało mnie jeszcze całonocne wyjście do kina, więc bałem się, iż w sobotę obudzę się „rozłożony”. Na szczęście, mimo niespełna dwóch godzin snu (z rana musiałem jechać do Bydgoszczy), czułem się całkiem dobrze. Widocznie druga dawka propolisu po powrocie z kina zrobiła swoje :) W sobotę do domu wróciłem po 19-stej, więc nie miałem wielkiego dylematu co robić. Po prostu postawiłem na odpoczynek przed niedzielnym wyzwaniem.
Dziś spałem chyba jedenaście godzin…organizm widocznie potrzebował regeneracji. Rano zjadłem porządne śniadanie, a przed wyjściem na trening sięgnąłem jeszcze po dość sporego banana. Mimo dziesięciu stopni założyłem krótkie spodenki i jedną bluzę z długim rękawem. Było mi trochę chłodno, ale oczywiście tylko przez kilka minut. Po pięciu kilometrach rozbiegania i kilku minutach gimnastyki dynamicznej ruszyłem na sześciokilometrowy sprawdzian, który miał być w tempie „maksymalnie męczącym”. Pierwszy kilometr zrobiłem w 3:53. Biegło mi się bardzo dobrze, a tętno oscylowało koło 160. Na drugiej pętli trochę przyspieszyłem (do 3:50/km). Czułem się bardzo dobrze, pewnie dzięki tym czwartkowym podbiegom :) Na trzeciej pętli postanowiłem jeszcze podkręcić tempo, a na kontrolnym kilometrze zegar pokazał mi prędkość 3:45/km. Tętno podskoczyło do 170, ale nadal nie biegło się źle. Ostatni kilometr to już „jazda bez trzymanki”. Popuściłem hamulce i dość dużo z siebie dałem, uzyskując czas 3:32/km. Tak szybkiego kilometra w biegu ciągłym nie zrobiłem pewnie od 3 lat :) Reasumując, jestem bardzo zadowolony z dzisiejszej próby. Pobiegłem ją lepiej niż myślałem. Paradoksalnie czasami łatwiej jest zrobić 14 kilometrów, z czego 6 km w tempie „maksymalnie męczącym”, niż zwykłe, dziesięciokilometrowe rozbieganie… :)
Dostałem kolejną nauczkę, że sen to podstawa. Muszę w końcu zacząć nie tylko wyciągać wnioski, ale też zacząć je realizować.
Generalnie tydzień zakończyłem z 76 kilometrami na koncie. Zostało mi ich jeszcze tylko pięć do startu. Jestem na dobrej drodze, oby tak dalej. Od jutra rozpoczynam dwunasty tydzień. Mam nadzieję, że będzie on bardziej równy od poprzedniego i w końcu uda mi się zwiększyć kilometraż.

Kolejny sprawdzian

Kolejny dość trudny tydzień za mną. Na szczęście pod względem biegania nie było większych problemów, a dzisiejszy trening był już w ogóle bardzo optymistyczny, ale o tym za chwilę :) Z góry przepraszam za chaos, ale jak zwykle mi się trochę spieszy :)
W poniedziałek tradycyjnie już zrobiłem zestaw ćwiczeń sprawności ogólnej. Jak zwykle miałem trochę ograniczeń czasowych, więc nie dałem rady dorzucić kolejnego zestawu do kolekcji. Mam nadzieję, że jutro mi się to uda.
We wtorek biegało mi się całkiem nieźle. W planach miałem 19 kilometrów rozbiegania z dwudziestominutową, mocniejszą końcówką. Pobiegłem ją w tempie mniej więcej 4:08/km, bez specjalnego spinania się, bo miało było „umiarkowanie męcząco” :)
W środę jak zwykle czekał mnie trening rozbieganiowy, połączony ze sprintami pod górę. Tym razem przebiegłem 13 kilometrów i zrobiłem osiem dziesięciosekundowych sprintów. Całkiem nieźle wszystko wyszło, chociaż miałem bardzo mocny wiatr w twarz przy podbiegach.
W czwartek miałem niesamowicie napięty harmonogram, ale udało mi się zrobić cały trening, bez żadnego cięcia kilometrażu. Po pięciu kilometrach rozbiegania robiłem drabinkę interwałów w następującej sekwencji: 1 min => 2 min => 3 min => 2 min => 1 min => 2 min => 3 min. Wszystko na przerwach 400-metrowych w truchcie. Tempo na krótszych, minutowych odcinkach oscylowało koło 3:20/km, przy dłuższych odcinkach (trzyminutowych) starałem się utrzymywać prędkość na poziomie 3:30-3:40. Na koniec zrobiłem pięć kilometrów schłodzenia. Generalnie biegało mi się bardzo dobrze, nawet nie odczułem, że zrobiłem w sumie 17 kilometrów.
W piątek czułem się już trochę zmęczony tygodniem. Obyło się bez męczarni, ale zbyt rewelacyjnie też nie było. W sobotę, w związku z dość silnym wiatrem, opadami i dość sporym zmęczeniem postanowiłem wypuścić trzynastokilometrowe rozbieganie, skupiając się na niedzielnym sprawdzianie. Po raz kolejny była to chyba dobra decyzja. Co prawda wychodząc na niedzielny trening w skali od 1 do 10, dałbym 3, jeżeli chodzi o samopoczucie. Mimo wszystko po raz kolejny potrafiłem się sprężyć i po 3 kilometrach rozbiegania oraz krótkiej gimnastyce dynamicznej ruszyłem do dzieła. Zacząłem dość żwawo, po 3:55…i tak już zostało praktycznie do końca. Było bardzo równo, poza ostatnim kilometrem, w którym przyspieszyłem do tempa 3:50/km. Ośmiokilometrowy sprawdzian w tempie docelowym półmaratonu oceniam jako bardzo udany. Kończąc ten odcinek nie czułem się nawet specjalnie zmęczony. Widać progres, co mnie niesamowicie cieszy. W końcu nogi pracowały tak jak powinny i nie czułem żadnego kryzysu w trakcie. W bardzo dobrym humorze przebiegłem jeszcze trzy kilometry rozbiegania, kończąc tydzień z bagażem 82 kilometrów. W przyszłym tygodniu rozpoczynam 11. tydzień planu, oby tak samo udany jak poprzednie :)

Nowe progi

Niestety nawał obowiązków w tygodniu i niesamowicie wciągający serial w weekend, uniemożliwiły mi napisanie relacji z treningów w zeszłym tygodniu :)
Luty zakończyłem w bardzo dobrym nastroju. Udało mi się chyba zrealizować wszystkie jednostki treningowe. Przebiegłem w sumie 306 kilometrów, co, zważywszy na zaledwie 28 dni, daje naprawdę niezły wynik. Miesiąc zamknąłem we wtorek 28 lutego 16 kilometrowym BNP z mocniejszą dwudziestominutową końcówką. Jeżeli chodzi o nogi, to było całkiem nieźle. Gorzej nieco z uszami, bo cały dzień mi szumiało w głowie po poniedziałkowym koncercie :)
Pierwszy marcowy trening zrobiłem bez problemu. Tradycyjnie po wtorkowym wycisku, czekało na mnie dziesięciokilometrowe rozbieganie z kilkoma sprintami pod górę. Dzień później sprawy mi się nieco skomplikowały. Ze względu na dość mocny wiatr, silne opady deszczu i napięty grafik przesunąłem trening na wieczór. Skazany byłem na asfalt, ale okazało się, że „nie taki wilk straszny…” :) Po pięciu kilometrach rozbiegania robiłem aż piętnaście „minutówek” w tempie około 3:40/km, które przeplatały się z jednominutowymi przerwami w truchcie. Na koniec czekało na mnie kolejnych pięć kilometrów. W sumie przebiegłem tego dnia 17 kilometrów, ale muszę przyznać, że już dawno nie wracałem do domu tak mokry…i to nie ze względu na padający deszcz :) Dzień później, w piątek, zaczęło mnie trochę pobolewać gardło (zapewne mnie przewiało?). W każdym razie zdecydowałem, że spróbuję zrobić trening. Biegło mi się o dziwo bardzo dobrze. Niektóre kilometry wychodziły po 4:50, jak za starych, dobrych czasów. Szesnaście kilometrów bardzo szybko mi minęło.
W sobotę podjąłem, jak się później okazało, bardzo słuszną decyzję. Zrezygnowałem z dziesięciokilometrowego rozbiegania i postanowiłem poświęcić ten dzień na regenerację. Ruszyło mnie oczywiście sumienie i zrobiłem zestaw ćwiczeń, taki typowo „poniedziałkowy” :) W niedzielę czułem się już lepiej, ale nogi na początku były dosyć ciężkie. Tego dnia czekało mnie dość trudne wyzwanie, bo aż „10 kilometrów w tempie półmaratonu”. Patrząc na dalszą część planu, znalazłem inne treningi „8 kilometrów w docelowym tempie półmaratonu”, więc stwierdziłem, że dziesiątka, która była na poprzednią niedzielę zaplanowana, miała być wykonana w tempie, jaki na tamten moment mógłbym utrzymać na dystansie 21 kilometrów. Postanowiłem więc, że spróbuję zacząć coś koło 4:10/km. Do połowy wszystkie kilometry były bardzo równe, później nawet przyspieszyłem, kończąc w tempie nieco ponad 4 min/km. Średnia z tych 10 kilometrów wyszła mi około 4:08, czyli całkiem nieźle. Kończąc niedzielny, szesnastokilometrowy w sumie trening, byłem więc bardzo zadowolony.
Obecny tydzień rozpocząłem podobnie jak poprzednie od poniedziałkowego treningu sprawności ogólnej. We wtorek czekało na mnie kolejne mocne uderzenie. Tym razem był to połączony trening szybkościowo-wytrzymałościowy. Po początkowych sześciu kilometrach rozbiegania miałem piętnaście minutówek w tempie około 3:40/km (pomiędzy nimi były minutowe przerwy w truchcie), po nich kolejne trzy kilometry spokojnego biegu i na koniec 3 kilometry „męczącego” biegu. Biorąc pod uwagę 17 kilometrów w nogach, ostatni etap treningu biegło mi się znakomicie. Trzy kilometry przebiegłem w niecałe 12 minut, czyli w tempie poniżej 4 min/km.
Dzień po wtorkowym szaleństwie jak zwykle robiłem rozbieganie połączone z krótkimi podbiegami (tym razem osiem powtórzeń po 10 sekund). Bardzo dobrze się czułem, chociaż znowu chyba za lekko się ubrałem, co niestety wyszło w czwartek…a właściwie jeszcze w środę wieczorem…sięgnąłem po propolis i dość sporą dawkę witaminy C.
Czwartek…ból gardła i jakieś dreszcze z rana. W głowie mętlik: „Iść czy nie iść na trening?”. Po kilku godzinach poczułem się ciut lepiej i stwierdziłem, że pójdę. Gorączki nie było, więc postanowiłem zaryzykować: wóz albo przewóz. Po pulsie widziałem, że jestem nieco osłabiony, ale nogi pracowały dość dobrze. Początkowe pięć kilometrów zrobiłem w lesie, potem czekało na mnie osiem minutowych podbiegów, które robiłem z kolei na asfalcie. Czasy poszczególnych odcinków miałem podobne do tych sprzed dwóch tygodni, więc nie było źle. Na ostatnim dałem z siebie wszystko i dość długo musiałem łapać oddech. Na koniec stwierdziłem, że muszę zmodyfikować nieco trening. W planach było 5 kilometrów schłodzenia, ale biorąc pod uwagę mój stan i…napięty grafik…skróciłem tą część do 3 kilometrów. W piątek nadal czułem, że nie jestem w pełni sił, ale było lepiej, niż w czwartek, więc po raz kolejny zdecydowałem, iż spróbuję zrobić swoje. No i powtórzyła się sytuacja sprzed tygodnia, mimo nie najlepszego zdrowia, biegło mi się kapitalnie. Po 10 kilometrach stwierdziłem nawet, że przebiegnę cały zamierzony dystans (16 km). Na niektórych kilometrach aż przecierałem oczy ze zdumienia, notując niekiedy czasy w okolicy 4:45/km…”Dziwny jest ten świat” jak to śpiewał kiedyś Czesław Niemen… :)
W sobotę nie chciałem już ryzykować, więc podobnie jak tydzień wcześniej odpuściłem…i znowu chyba zrobiłem dobrze.
Dziś czułem się już całkiem nieźle. W planach miałem podobny trening do tego sprzed dwóch tygodni: 3 km rozbiegania + 2 x 15 minut na pięciominutowej przerwie + 3 km schłodzenia. Pierwszy piętnastominutowy odcinek przebiegłem w tempie około 4:00/km, na drugim jeszcze ciutkę przyspieszyłem. Podejrzewam, że średnia mogła wyjść w okolicy 3:56-3:57/km. Całkiem nieźle zważywszy, że 3/4 drugiego odcinka biegłem z uciążliwą kolką…Tydzień zakończyłem z 72 kilometrami na koncie. W przyszłym tygodniu szykuje się dość spory skok, o ile oczywiście będę w pełni zdrowy :) Muszę się przede wszystkim wysypiać, bo w moim miejscu pracy wirusów i innych drobnoustrojów nie brakuje.

Koniec zimy!!!

Parafrazując słowa Joanny Szczepkowskiej można byłoby rzec, że 20 lutego skończyła się w Polsce zima, czyli najbardziej paskudna z pór roku :) W ostatnich dniach było w lesie trochę błota, ale lepsze błoto niż lodowisko… Nadchodzi powoli najpiękniejsza pora roku, czyli wiosna :)
Ostatni tydzień był dla mnie wyjątkowo trudny, nie tylko pod względem fizycznym, ale bardziej psychicznym. Nagromadziło się nieco problemów w pracy, co od razu przełożyło się na mniejszą ilość snu, a więc i gorszą regenerację. W każdym razie po niedzielnym sprawdzianie nie było najgorzej, dlatego w poniedziałek zdecydowałem się zrobić tradycyjny zestaw ćwiczeń, nieco tylko skrócony, ze względu na napięty grafik i mnóstwo innych obowiązków.
We wtorek było mega dziwnie. Trochę się obawiałem tamtego treningu ze względu na mocniejszą, piętnastominutową końcówkę w tempie „męczącym”. Okazało się, że najbardziej męczące były pierwsze kilometry :) Po mniej więcej 10 minutach musiałem się zatrzymać na przerwę toaletową i ruszając czułem jakby moje nogi były z kamienia. Biegło mi się tragicznie. Dopiero gdzieś po 40 minutach zacząłem jako tako przebierać nogami. Ostatecznie po mniej więcej dziesięciu kilometrach przyspieszyłem do tempa około 4:08/km i….biegło mi się znacznie lepiej, niż na początku po 5:10…Dziwny jest ten mój organizm :)
Środa poszła bez problemu. Dziesięć kilometrów rozbiegania z dziewięcioma sprintami pod górę nie sprawiły mi większych kłopotów. Dużo trudniej było w czwartek, kiedy zaczęło mocniej wiać, a w perspektywie miałem osiem minutowych podbiegów pod górę. Po trzech kilometrach rozbiegania ruszyłem na swoją „chwilę prawdy”. Wiedziałem, że będzie ciężko, bo wybrałem dość stromy fragment górki, ale nie wiedziałem, że po pierwszym odcinku będę się zastanawiał, jakim cudem zrobić takich powtórzeń jeszcze siedem :) Trochę mnie to sił kosztowało, ale ostatecznie jakoś dałem radę. Tempo utrzymywałem poniżej 4 minut na kilometr, więc stosunkowo szybko jak na profil terenu i dość silny wiatr. Ostatnią „minutówkę” pobiegłem zdecydowanie najszybciej. Po skończeniu odcinka musiałem na dobrą minutę przystanąć i „posapać”. Jakaś kobieta szła z psem i się dziwnie patrzyła. Pewnie zastanawiała się, czy po karetkę nie dzwonić :) Przyznam szczerze, że ostatnie trzy kilometry schłodzenia były bardzo trudne. Dużo mnie ten trening kosztował, chociaż z samej realizacji byłem zadowolony.
W piątek czekało mnie długie, prawie dwudziestokilometrowe rozbieganie. Niestety z pracy wróciłem po godzinie 16, więc zanim wyruszyłem, zrobiła się prawie 16:30. Nie było źle, biegło się całkiem nieźle, większość kilometrów wychodziła między 4:55 a 5:00. Ostatnie dwa kółka zrobiłem już praktycznie po ciemku. Czułem dość duży ubytek sił, więc pozwoliłem sobie na dość obfitą kolację. W sobotę zrobiłem trening bez historii. 10 kilometrów po prostu na zaliczenie i „nabicie” (nie lubię tego słowa) kilometrów.
W dniu dzisiejszym czekało na mnie kolejne wyzwanie. Wczoraj zrobiłem wszystko, aby uzupełnić moje zapasy węglowodanowe i przystąpić do treningu z „mocnymi” nogami. W planie miałem dwa piętnastominutowe odcinki w tempie między „prędkościami startowymi na 10 km i 21 km” z zaledwie jednominutową przerwą w truchcie. De facto więc miałem do pokonania 30 minut w dość konkretnym tempie. Pierwszy odcinek zacząłem nieco za szybko, 500 metrów minąłem w równo dwie minuty. Potem ciut zwolniłem, ale i tak pierwszy kilometr pokonałem w 4:02. Pozostałą część odcinka przebiegłem w tempie około 4:03/km, bez specjalnego spinania się. Było generalnie nieźle. Obawiałem się tylko, że ta minuta przerwy bardziej mi zaszkodzi, niż pomoże. Drugi odcinek zacząłem jednak z dość dużym animuszem. Znowu nieco przegiąłem i po 500 metrach na liczniku miałem 1:58, czyli biegłem w tempie 3:56. Pierwszy kilometr pokonałem w równe 4:00. Podobnie zresztą jak kolejne…Końcówka do łatwych nie należała. Nogi pracowały dosyć dobrze, trochę gorzej było z pulsem. Summa summarum jednak jestem zadowolony z tego treningu. Waga idzie w dół, organizm coraz bardziej przystosowuje się do szybszego biegania. Czuję wyraźną poprawę w stosunku do styczniowych „początków”. Siódmy tydzień planu za mną. Zostało mi ich jeszcze 9 do półmaratonu. Mam nadzieję, że średnią prędkość z drugiego dzisiejszego odcinka (4:00/km), uda mi się utrzymać za dwa miesiące na dystansie 21 kilometrów. Myślę, że jest to realne, ale jeszcze wiele pracy przede mną. Na razie cieszę się, że po raz kolejny wykonałem plan w 100% i przebiegłem 76 kilometrów :)