Powrót do biegania

No i wróciłem! Nie licząc dwóch trzykilometrowych epizodów z połowy sierpnia, w tym tygodniu zrobiłem pierwsze „treningi” od 19 maja. Jest lepiej niż było miesiąc temu. Pięć kilogramów mniej robi jednak różnicę, chociaż do pełni szczęścia jeszcze daleko. Wielki „come-back” miał miejsce w środę, kiedy zdecydowałem, że po krótkiej infekcji (której nabawiłem się na rowerze przez własną gł….), nie warto wyruszać na długie rowerowe wypady, narażając się jednocześnie na nawrót przeziębienia, tylko sięgnąć po buty biegowe i odwiedzić swoją ścieżkę :)
Nie ma sensu pisać o przeżyciach w trakcie pierwszych treningów, bo jak łatwo się domyśleć, przez cały czas w głowie miałem jedną myśl – „Gdzie jest moja forma???” :) W środę nawet nie próbowałem szaleć. Trzykilometrowe rozbieganie i tak pokazało, że nawet bardzo duży kilometraż na rowerze, nie pomaga zbytnio w bieganiu. Trening w żółwim tempie i tak sprawił mi radość, bo mimo wszystko trochę za bieganiem się stęskniłem. W czwartek było już ciut lepiej, więc zdecydowałem się przebiec dwa kółka w ciut szybszym tempie (koło 5:30/km). Kolejnego dnia czułem się znacznie lepiej, ale niestety ze względu na późną porę i zapadające powoli ciemności, także poprzestałem na pięciu kilometrach.
W sobotę, po 10-kilometrowym marszu z rana, stwierdziłem, że warto wykorzystać słoneczną pogodę i po południu ruszyłem na dość długi rowerowy wypad. Przejechałem 64 kilometry, chociaż pod wieczór było już chłodno. Odczucie chłodu potęgował dodatkowo dość mocny momentami wiatr. Skostniałe stopy po powrocie utwierdziły mnie w przekonaniu, że już chyba powoli trzeba będzie się pożegnać z dalszymi eskapadami rowerowymi…
Dziś ponownie wybrałem się na ścieżki biegowe. Poza dyskomfortem w prawej nodze biegło mi się całkiem nieźle. Siedem kilometrów minęło jak z bicza strzelił. Nawet tempo o dziwo momentami oscylowało wokół 5:10-5:15/km. Pozostaje mi tylko cierpliwie czekać na kolejne treningi i idące mam nadzieję z tym postępy :)

21.09 – 3 km rozbiegania
22.09 – 5 km rozbiegania
23.09 – 5 km rozbiegania
24.09 – 64 km rower
25.09 – 7 km rozbiegania

Tour de Grudziądz

Pogoda sprzyja, więc rowerowe szaleństwo trwa. W tym tygodniu udało mi się odkryć kilka ciekawych szlaków, które zostały już zarejestrowane w moim „dzienniczku tras” :)
W ciągu ostatnich 7 dni przejechałem w sumie 534 kilometry, co daje średnią na poziomie ponad 76 kilometrów…trochę chyba przesadziłem, zwłaszcza, że niektóre wyjazdy kończyłem w średnim tempie na poziomie 24-25 km/h. Najwięcej kilometrów wykręciłem wczoraj (105), najmniej w czwartek (62). Oby tak dalej :)

Poniedziałek – 76 km
Wtorek – 63 km
Środa – 74 km
Czwartek – 62 km
Piątek – 71 km
Sobota – 105 km
Niedziela – 83 km

Rowerem przez świat

Wracam po dłuższej przerwie, która była spowodowana kontuzją mięśniową, a później laserową korekcją wzroku. Ta ostatnia w pewnym sensie utrudniła mi powrót do biegania. Dlaczego? Od maja, kiedy de facto zaprzestałem trenować z wyżej wymienionych powodów, przytyło mi się 12 kilogramów…wstyd trochę o tym pisać, ale muszę się jakoś wytłumaczyć z tego, że zamiast „gonić” daniele po lesie, śmigam rowerem za traktorami po wiejskich drogach :) Oczywiście chciałem wrócić do biegania możliwie jak najszybciej. No i wróciłem…jednak mając 102 kg na koncie jest o to trudno, zwłaszcza, gdy kiedyś ważyło się 20 kg mniej :)
Pierwszy „trening” biegowy zrobiłem 14 sierpnia. Przetruchtałem nieco ponad 3 kilometry w tempie około 6 min/km. Po trzech miesiącach przerwy nie jest łatwo wrócić, a włączając w to bagaż dodatkowych kilogramów, to już w ogóle. Po dwóch dniach wyszedłem ponownie. Chciałem przebiec 5 kilometrów, ale już przy trzecim poczułem, że coś mnie kolano pobolewa. W drodze powrotnej stwierdziłem, że najpierw muszę wrócić do jako takiej wagi, czyli 90 kg, aby w miarę „bezpiecznie” biegać. Niestety wbrew opinii ten sport nie jest dla ludzi, którzy ważą zbyt wiele, bo wszystko to odbija się na zdrowiu później. Siłą rzeczy i też z ogromną radością zdecydowałem, iż przez najbliższe tygodnie, o ile oczywiście pogoda pozwoli, będę jeździł rowerem. Nie jest to może jakiś szczególnie efektywny sposób na zrzucanie zbędnych kilogramów, ale jak na razie efekty są widoczne. Trzy kilogramy mniej w nieco ponad 2 tygodnie to przyzwoity wynik (na dobre zacząłem jeździć 18 sierpnia). Jak te treningi wyglądają? Staram się w ramach możliwości jeździć po 50-70 km dziennie. Tempo jest bardzo zróżnicowane, w zależności czy jadę sam, czy tez z kimś. Jeżdżenie daje mi niesamowitą radość, więc nawet po dzisiejszych 76 kilometrach i bardzo dużym tempie jak na silny wiatr (24 km/h), czuję się bardzo dobrze :) Zwiedzam nowe tereny, poznaję okolice, w których nigdy nie byłem. Jedynym minusem jest to, że średnio wyjazd zajmuje mi 3-4 godziny. No ale nic, trzeba było nie żreć (za przeproszeniem) tyle bloków czekoladowych, lodów i innych słodyczy. 1000 kilometrów za mną, mam nadzieję, że jeszcze kolejny uda mi się wykręcić w tym roku :)

18 sierpnia – 60 km
19 sierpnia – 60 km
20 sierpnia – 55 km
21 sierpnia – 70 km
22 sierpnia – 51 km
23 sierpnia – 55 km
24 sierpnia – 58 km
25 sierpnia – 40 km
26 sierpnia – 64 km
27 sierpnia – WOLNE
28 sierpnia – 65 km
29 sierpnia – 55 km
30 sierpnia – 50 km
31 sierpnia – 61 km
1 września – 60 km
2 września – 50 km
3 września – 75 km
4 września – WOLNE
5 września – 76 km

Urlop

Długo się nie odzywałem ze względu na nawał obowiązków w pracy, ale na szczęście udało mi się jakoś dotrwać do zasłużonego urlopu :) Niestety mam urlop nie tylko od pracy, ale i od biegania, i to od dłuższego czasu. Po ostatnim moim biegu 21 maja (start na 10 km), dwukrotnie próbowałem powrócić do treningowego reżimu. Za pierwszym razem przebiegłem nieco ponad kilometr, za drugim około 300 metrów. W obu przypadkach o przedwczesnym zakończeniu treningu zadecydował ból, uniemożliwiający dalszą aktywność. W ciągu kilkunastu lat biegania, nie zdarzyło mi się, żebym nie był w stanie przebiec nawet dwóch kilometrów i do domu musiał wracać piechotą. Oczywiście decyzja mogła być tylko jedno – wizyta u ortopedy. Udało mi się po kilku dniach dostać do lekarza, który już wiele razy mi pomógł. Po wykonaniu USG stwierdził, że mam naderwanie mięśnia przywodziciela uda prawej nogi. Na dzień dobry doktor przepisał mi rehabilitację i zalecił miesięczną abstynencję od biegania i jazdy na rowerze. „Okres karencji” mija za kilka dni, ale w przyszłym tygodniu czeka mnie jeszcze zabieg (nie jest on związany z kontuzją), po którym będę musiał pauzować przez co najmniej miesiąc, a może dwa. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się ułoży, bo bardzo brakuje mi wysiłku fizycznego. Motywacja do dalszej pracy rośnie, wraz z pokonującą kolejne szczeble na Euro 2016 Polską :) Ponownie muszę być cierpliwy. Mam pewien plan na to, jak rozpocznę swoje przygotowania po powrocie, ale o tym innym razem :)

Karuzela z kontuzjami…

Jak sugeruje tytuł wpisu, nie wszystko poszło po mojej myśli…, ale może od początku. Problemy zaczęły się już w nocy z piątku na sobotę. Poszedłem spać koło 23:30. Zasnąłem co prawda bez większych problemów, ale w trakcie nocy miałem kilka pobudek i śniły mi się jakieś głupoty (na szczęście już nie pamiętam jakie). Rano wstałem koło godziny 7:30 i po kilku minutach postanowiłem zjeść 3 kromki chleba z dżemem porzeczkowym. Zwiększyłem nieco „dawkę” ze względu na to, iż start zaplanowano na godzinę 11:15.
O godzinie 9, wspólnie z kolegą wyruszyliśmy w kilkudziesięciokilometrową podróż do Kwidzyna. Droga bez niespodzianek, korków brak. Dojechaliśmy w nieco ponad pół godziny. Na miejscu zobaczyliśmy tłumy samochodów, które były zaparkowane dosłownie wszędzie. Jakimś cudem udało nam się znaleźć idealną miejscówkę, oddaloną jakieś 100 metrów od stadionu, gdzie zaplanowany był start i meta. Problemów nie sprawiło też pobranie pakietów startowych. Sprawnie, szybko i na temat – mimo ponad 3000 biegaczy.
Po godzinie 10:30 wspólnie z kolegą ruszyliśmy na krótką, dwukilometrową rozgrzewkę. Potem trochę „pomachałem nogami”, odwiedziłem toaletę i ruszyłem na linię startu. Ścisk był niemiłosierny. Na szczęście udało mi się przebić do pierwszych rzędów. Słuchając spikera, który zapowiadał startujące w biegu „gwiazdy”, obserwowałem rosnący puls. Tuż przed wystrzałem podskoczył mi do 114.
Moment startu to była po prostu tragedia. Tumany kurzu, ludzie przewracający się o siebie, skaczący w niekontrolowany sposób na boki – trochę przypominało to sceny z filmu „Godzilla” albo „King Kong”, w których tłum biegnie gdzie popadnie. Na szczęście po wybiegnięciu ze stadionu droga się rozszerzyła i nie trzeba było aż tak uważać, żeby nie zostać stratowanym. Pierwszy kilometr wiódł pod górę, więc nie zależało mi na osiągnięciu zawrotnego tempa. 4:09, zgodnie z planem, w zupełności mi wystarczyło. Oznaczenia kolejnych kilometrów były chyba niezbyt dokładne. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo różnice pomiędzy poszczególnymi odcinkami wychodziły zbyt duże. W każdym razie na ogromny plus zasługuje fakt, że punktów z wodą i armatkami wodnymi było mnóstwo, jak na dziesięciokilometrowe zawody. Na szczęście było dużo chłodniej, niż 3 lata temu, kiedy temperatura przekroczyła 30 stopni, no i słońce też niezbyt często wychodziło zza chmur. Dla mnie to i tak było jednak za ciepło. Już po pierwszym kilometrze byłem „zgrzany”, mimo bezrękawnika i krótkich spodenek. Zgodnie z założeniami udało mi się jednak przyspieszyć. Wyprzedzałem ludzi, którzy zbyt odważnie wystartowali na początku. Generalnie już dawno nie biegałem w takim tłoku. Cała stawka przerzedziła się dopiero koło 3-4 kilometra, gdy dopadł mnie pierwszy kryzys. Biegło mi się ciężko, nie mogłem złapać odpowiedniego rytmu, w dodatku pierwsze pięć kilometrów było pod wiatr, co nie ułatwiało sprawy. Na szczęście po nawrocie było lekko z górki i już tak nie wiało. Półmetek minąłem w czasie niespełna 20 minut. Niesamowity zamęt zaczęły robić oznaczenia. Na jednym kilometrze wychodziło mi tempo powiedzmy 3:40 (nierealne), aby na kolejnym dojść do 4:20…oczywiście starałem się utrzymywać w miarę jednostajną prędkość, więc musiałem walczyć nie tylko z kryzysem, wysokim pulsem (koło 180), ale i matematyką. Na siódmym kilometrze mój mózg starał się mnie przekonać, że nie ma sensu biec dalej. Oczywiście go nie posłuchałem i widząc kryzys na twarzy innych ludzi starałem się walczyć dalej, chociaż łatwo nie było. Kilometr przed metą trochę odżyłem. Bieganie techniką negative split jednak pomaga, bo nawet mimo potwornego zmęczenia człowiek uczy się przyspieszać. Żeby się zmotywować do walki krzyknąłem głośno i popędziłem w kierunku mety, słysząc tylko „dawaj, dawaj”, „dalej, dalej”. To zmotywowało mnie na tyle, że osiągnąłem prawdopodobnie swój puls maksymalny, czyli 190 uderzeń na minutę. Niestety za ten zryw przyszło mi „zapłacić”….około 100-200 metrów przed metą poczułem nagłe ukłucie w mięśniu dwugłowym prawej nogi i nie byłem w stanie normalnie biec. Jakimś takim pokracznym krokiem, kuśtykając, przekroczyłem linię mety w czasie 40:36. Początkowo myślałem, że naderwałem sobie mięsień, ale z perspektywy czasu wygląda to bardziej na jakieś naciągnięcie. Oby nie było to nic poważnego…
Podsumowując, nie jestem zadowolony ze swojego występu. Cały czas brakuje mi sporo do formy sprzed kontuzji. Nie mam przede wszystkim wytrzymałości tempowej, nad którą będę musiał mocno popracować w najbliższym czasie. Na pocieszenie udało mi się, po prawie 3 godzinach czekania, wylosować zestaw nagród: mały kubek termiczny, koszulkę biegową, zestaw fiszek do języka angielskiego oraz podkładkę pod myszkę. Wśród około 150 rozlosowanych zestawów były też między innymi pokojowe klimatyzatory, zegarki z GPSem czy weekendowe wypady w urokliwe miejsca. Dobry sposób na zatrzymanie ludzi po starcie przez 3 godziny :) Mimo wszystko organizatorom należą się wielkie brawa, bo zrobili kawał dobrej roboty. Atrakcyjne nagrody, ciekawa trasa, darmowy pakiet startowy. Jak widać nie trzeba pobierać horrendalnych kwot od biegaczy, żeby zorganizować bieg. Jedynym minusem jest tylko start i ten ogrom ludzi wokół. O wiele bardziej wolę kameralne imprezy, gdzie jest bardziej „rodzinna” atmosfera.
Mam nadzieję, że już niedługo będę mógł wrócić do normalnych treningów, zwłaszcza, że za kilka tygodni czeka mnie kolejna przerwa, ale o tym napiszę już może kiedy indziej.

Kolejne wyzwanie

Dość długo nie pisałem relacji ze względu na NAWAŁ obowiązków w pracy. Maj jak na razie to najgorętszy okres w tym roku…i to nie ze względu na pogodę, która jest ostatnimi czasy bardzo kapryśna. W zeszły poniedziałek biegałem w krótkich szortach i bezrękawniku, żeby niedzielny trening robić w „zimowej” czapce i rękawiczkach :) Mówi się, że „w marcu jak…” albo „kwiecień plecień…” – może warto też coś dla maja wymyśleć :)?
W każdym razie zapomniałem już przez to wszystko o pierwszomajowym półmaratonie. Najgorszy był dla mnie drugi dzień po biegu, kiedy chodziłem jak większość bohaterów serii o żywych trupach :) Pierwszy trening byłem w stanie zrobić dopiero w czwartek 5 maja. Przebiegłem wówczas 7 kilometrów w bardzo rekreacyjnym tempie. Dzień później pobiegłem 3 kilometry więcej. W sobotę już postanowiłem nieco „zaszaleć”. Stwierdziłem, że najlepsza będzie zabawa biegowa w formie piramidy. Zrobiłem więc odcinki w następującej kolejności 1 min => 2 min -> 3 min -> 3 min -> 2 min -> 1 min. Tempo na poszczególnych powtórzeniach było zróżnicowane i wahało się w zależności od długości odcinka od 3:20 do około 3:40/km. Przerwy w truchcie też miałem zróżnicowane, najczęściej koło 2-3 minut. Tydzień po półmaratonie zamknąłem niedzielnym, dwunastokilometrowym rozbieganiem. W sumie od czwartku do niedzieli przebiegłem 41 kilometrów. Nie biegało mi się w tym okresie zbyt dobrze. Czułem lekki ból po boku, do tego momentami odzywał się mięsień dwugłowy prawej nogi.
Kolejny tydzień treningowy rozpocząłem we wtorek od dość mocnego uderzenia. Tym razem zamiast zabawy biegowej postawiłem na 400-metrowe interwały. Zrobiłem ich w sumie 10. Pierwsze cztery wykonałem w tempie około 3:45/km (1:30). Dwa kolejne były o 3 sekundy szybsze. Siódme i ósme powtórzenie zrobiłem w 1:25. Natomiast na ostatnich dwóch interwałach „puściłem hamulce” osiągając czas 1:18-1:19 (tempo 3:15/km). W sumie z rozgrzewką i schłodzeniem wyszło mi 11 km. Po treningu wybrałem się masaż, który rewelacyjnie podziałał na moje nogi. Środowy trening, mimo dość dużego wysiłku dzień wcześniej, zrobiłem nie wiadomo kiedy. Biegało mi się rewelacyjnie. W czwartek, ze względu na kilkugodzinne badania i późniejsze obowiązki w pracy, musiałem zrobić sobie wolne. W piątek powtórzyłem trening środowy, czyli delikatne rozbieganie o długości około 10 kilometrów. Nie chciałem zbytnio szarżować, ze względu na sobotni akcent. Długo się zastanawiałem co wówczas zrobić. Ostatecznie wybrałem się na stadion, żeby popracować nad wytrzymałością tempową. W związku z odbywającym się pod wieczór meczem, na bieżni było trochę utrudnień w postaci banerów reklamowych czy zwiniętym na pierwszym torze „trawiastym dywanie” przed wyjściem z szatni. Musiałem przez to nadrabiać kilka czy kilkanaście metrów biegnąc w niektórych miejscach po drugim czy trzecim torze. Generalnie jednak trening, który sobie zaplanowałem, 3 x 3 km w tempie 4:00/km, okazał się dość wyczerpujący. Początek nie zwiastował problemów. Pierwsza trójka poszła w miarę gładko. 1000 metrów minąłem w czasie 3:56, potem ciutkę zwolniłem i dwa kolejne kilometry wyszły równo po 4:00. Po kilometrowej przerwie na trucht, ruszyłem na drugą trójkę. Tym razem pierwszy kilometr otworzyłem w 4:01. Później było 4:00 i 3:59. Drugie trzy kilometrów wyszło mi więc idealnie w 12 minut. Końcówka była już jednak dla mnie trudna i trochę obawiałem się, czy podołam jeszcze jeden odcinek. Kilometrowa przerwa w truchcie nie spełniła specjalnie swojego zadania i w zasadzie od początku ostatniej „trójki” biegło mi się dość ciężko. Pierwszy kilometr tego odcinka zrobiłem w 4:02, drugi był jeszcze słabszy (4:04), dopiero w końcówce się zmobilizowałem (3:57) i ostatecznie całą „trójkę” pokonałem w 12:03. Za „dobrych czasów” potrafiłem przebiec 3 x 3 km w tempie 3:45. Owszem był to zawsze trudny trening, ale do zrobienia. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko dodać, że w poprzednią sobotę trochę wiało….a po powrocie do domu bolał mnie brzuch i dostałem biegunki, która męczyła mnie kilka godzin. W niedzielę czułem się strasznie słaby, może ze względu na przymusową głodówkę w drugiej części soboty. Doskwierający dyskomfort i jakieś tam osłabienie (czyżby jakaś grypa jelitowa?) spowodowały, że zrobiłem tylko 10 kilometrów, zamykając tym samym drugi tydzień maja na poziomie 56 kilometrów.
Obecny tydzień to już w zasadzie regeneracja przed sobotnimi zawodami na 10 kilometrów. We wtorek zrobiłem kolejny trening interwałowy: 10 x 400 metrów. Dziewięć pierwszych powtórzeń przebiegłem spokojnie, w tempie 3:45/km (czas 1:30). Dopiero na koniec dość mocno przyspieszyłem osiągając czas 1:17 (tempo 3:13/km). Biegało mi się bardzo dobrze, a po treningu wybrałem się ponownie na masaż.
Środę zrobiłem sobie wolną, natomiast wczoraj wykonałem ostatni, delikatny trening przed sobotą. Przebiegłem siedem kilometrów, do których dorzuciłem 5 przebieżek.
Generalnie nie czuję się zbyt świeżo. Dość dużo sił kosztowała mnie w ostatnim tygodniu praca. W związku z czym nawet nie miałem za bardzo kiedy myśleć o jutrzejszych zawodach. Nie nastawiam się na wielki wynik. Chciałbym złamać 40 minut, ale jak pójdzie, to zobaczymy :) Na pewno będę walczył, bo nie jeżdżę na zawody jak na wycieczkę. Dziś rano czułem się lekko podziębiony, oby do jutra było wszystko OK :)

Nie tym razem…

Trudno jest pisać o czymś, co niezbyt się udało…Niestety bieg, na który „ostrzyłem zęby” od kilku miesięcy, nie przebiegł zgodnie z moimi oczekiwaniami. Skończyło się na 1:27:59. Udało mi się więc o sekundę złamać barierę 1:28. Do pobicia rekordu życiowego zabrakło jednak dokładnie 3,5 minuty…
Zanim zacznę od streszczenia przebiegu dzisiejszej rywalizacji, to może opiszę taktykę, jaką chciałem obrać. Nikomu o niej nie wspomniałem, bo nie wiedziałem, na ile będzie ona realna. Planowałem rozpocząć po 4:15, kolejny kilometr miał być o 5 sekund szybszy, podobnie jak następny. Od trzeciego kilometra do powiedzmy 15., chciałem utrzymywać tempo około 4:05/km, by w ostatniej części rywalizacji przyspieszyć do mniej więcej 4:00/km. Taka taktyka w przypadku powodzenia dawałaby mi realne szanse na złamanie 1:26, co w obecnej sytuacji mógłbym uznać za sukces. Wiedziałem, że szans na pobicie rekordu życiowego sprzed dwóch lat – 1:24:30 – praktycznie nie mam żadnych. Wiem po prostu jak biegało mi się wówczas, jakie osiągałem czasy na treningach itp. – pewnych kwestii przeskoczyć się nie da tak od razu.
Ok, ale przejdźmy do samego biegu. Rozpocząłem ostrożnie, bo wiedziałem, że adrenalina robi swoje. Pilnowałem się jak mogłem, mimo tego, że tempo wydawało się „wolne”. Pierwszy kilometr przebiegłem w grupie pacemakera na 1:30. Zegarek pokazał czas 4:13. Fajnie, super, ekstra, tylko puls miałem relatywnie wysoki – mniej więcej 163. Kolejne 1000 metrów przebiegliśmy po 4:08. Na tym etapie dołączyła do mnie koleżanka, która praktycznie do samej mety wspierała mnie na rowerze, służąc jako „punkt żywieniowy”. Dzięki Hania za pomoc i słowa otuchy w końcówce!
Trochę mnie zdziwiło, jak trzeci kilometr przelecieliśmy w 4:05. Mi to odpowiadało, ale chyba pacemaker się zreflektował i zwolnił (aby przebiec półmaraton w 1:30 trzeba utrzymywać tempo na poziomie 4:15/km). Niestety grupa wokół mnie się mocno przerzedziła. Zacząłem doganiać pierwszych „hurra-biegaczy”, których na każdym biegu nie brakuje :) Wbiegając na piąty kilometr moim oczom ukazała się dość ciekawa grupka złożona ze znajomych twarzy. Przez dwa/trzy kilometry niestety musiałem ich gonić. Dystans zmniejszał się bardzo powoli, a ja na długiej prostej biegłem praktycznie odsłonięty. Wiatr na szczęście nie wiał centralnie w twarz, był raczej boczny. W tym momencie popełniłem błąd. Gdybym nie biegł po prawej stronie roweru, a po lewej, to byłbym dość dobrze osłonięty. W głowie mi co prawda taka myśl przemknęła, ale stwierdziłem, że jak walczyć, to walczyć. Relatywnie szybko minęła mi prosta, której się tak obawiałem, niestety na samym końcu dopadł mnie pierwszy kryzys. Był to mniej więcej 9 kilometr, na rondzie, za którym znajdował się niewielki podbieg. W głowie pojawiły się głupie myśli o zatrzymaniu się, które jednak szybko odegnałem. Na dziesiątym kilometrze, po raz pierwszy w historii moich startów półmaratońskich, zdecydowałem się spożyć połowę żelu, który oczywiście popiłem wodę, a nie izotonikiem. Nie wiem, na ile on pomógł, ale przez pewien czas czułem pewną poprawę w komforcie biegu. Drugi kryzys pojawił się na dwunastym kilometrze, kiedy złapał mnie delikatny skurcz w mięśniu dwugłowym prawej nogi. Trochę mnie to zdziwiło, zważywszy, że rzadko kiedy miałem z tą grupą mięśni problemy. Na szczęście po kilkuset metrach dyskomfort minął i do 15. kilometra utrzymywałem mniej więcej równe tempo po 4:05. Potem niestety zaczęły się dla mnie schody. Prawdopodobnie w tym miejscu popełniłem duży błąd. Po podbiegu, który kończył się wiaduktem nad autostradą, zdecydowałem się zjeść drugą połowę żelu. Niestety chyba popiłem go zbyt małą ilością wody. Zaczynałem też już odczuwać dość mocno zmęczenie. Puls mi wzrósł do prawie 180, nogi zrobiły się ciężkie i jak tu jeszcze przyspieszyć? Niestety się nie dało. Przez kolejne 2-3 kilometry, które w dodatku biegły po drodze gruntowej, utrzymywałem tempo w granicy 4:10-4:15. Na osiemnastym kilometrze marzyłem już tylko o kąpieli i fancie, która czekała na mnie na mecie. Myśli o zatrzymaniu się pojawiały się w głowie co chwilę. „Po co?”, „Na co?”, „Przecież i tak nie pobiję życiówki” itp. Mózg starał się za wszelką cenę skończyć męczarnię, ale wtedy zdałem sobie sprawę, że do mety zostały 3 kilometry i nie wolno mi się poddać! Pojawiła się myśl, że to niespełna dwie pętle u mnie w lesie, więc muszę dać radę! Dodatkowo miałem wsparcie od Hani i dwóch kolegów, którzy od kilku kilometrów siedzieli mi na plecach. Utrudnieniem były niestety podbiegi, które znajdują się w ostatniej części trasy. Wszystkie podbiegi w takich momentach to „Mount Everesty”! Co chwilę spoglądałem na zegarek, wyczekując kolejnych tabliczek z kilometrami. Po przekroczeniu dwudziestego kilometra znowu zrobiły się schody. Zrobiło mi się skrajnie niedobrze, do gardła kilka razy podszedł mi żel, który wziąłem wcześniej. Co chwilę pojawiał się odruch wymiotny i nie mogłem nawet dobrze złapać oddechu. Zastanawiałem się nawet, czy na chwilę nie przystanąć i nie oddać „niepotrzebnego balastu”, ale nie chciałem stawać. Bardzo rzadko na trasie mam przeboje żołądkowe, ale to co się działo trudno opisać. Do metry 500 metrów, słychać już kibiców, a tu problem, żeby się zebrać w sobie i jakoś pokonać te finiszowe metry! Na szczęście dotarły do mnie głosy, że mam walczyć, że jeszcze tylko kawałek. Wypadając z zakrętu zobaczyłem metę i kłębiący się tłum ludzi. Pojawiła się też tabliczka oznaczająca 21. kilometr. Pozostało mi już wtedy tylko niecałe 100 metrów! Ta myśl dodała mi sił. Zobaczyłem jakimś cudem zegar odmierzający czas „1:27:36″ i rzuciłem się „pędem” w kierunku mety. Chciałem złamać przynajmniej 1:28, co się ostatecznie udało. Przekroczyłem linię mety i padłem jak długi. Usłyszałem tylko jakiś głos „weżcie go” i poczułem jak dwóch mężczyzn bierze mnie pod pachę i gdzieś przenosi. Pamiętam jak przez mgłę, gdy powiedziałem do nich: „dajcie mi się na trawie położyć”.
Nie ma to jak moje teksty na linii mety :) Albo ten z bodajże osiemnastego kilometra, gdy Hania powiedziała: „już niedaleko do końca”, na co ja odparłem „jo, chyba mojego” :) Później, nagle znalazłem się w namiocie medycznym, chociaż samej drogi jakoś specjalnie nie pamiętam :)
W tym miejscu mogę już chyba skończyć swoją relację. Nie musze chyba dodawać, że czuję bardzo duży niedosyt i rozgoryczenie. Liczyłem na więcej, zwłaszcza że pogoda była sprzyjająca. Niektórzy próbowali mnie pocieszać, że w końcu zająłem 30. miejsce na 700 osób, że to był mój pierwszy start od bardzo długiego czasu itp., ale założeń nie udało się osiągnąć. Żeby nie było, ze tylko siebie krytykuję, to jestem dumny z tego, iż walczyłem do końca. Dałem z siebie naprawdę sporo i mimo, że to nie był mój dzień, to pamiętałem o swoim motto, które mam na koszulce startowej „przegrywa tylko ten, kto się poddaje”! Z pozytywów muszę jeszcze wymienić to, że odpukać chyba nie nabawiłem się żadnej kontuzji, spotkałem wielu znajomych i nabyłem książkę, pod którą podpisali się relacjonujący dzisiejsze zawody Przemysław Babiarz oraz jej autor, Łukasz Panfil :) W tym miejscu ogromne podziękowania należą się też wszystkim kibicom, dzięki którym pokonywanie kolejnych kilometrów, nawet w chwilach kryzysu, było prostsze! Atmosfera była po prostu genialna! Za to serdeczne dzięki. Szkoda tylko trochę tych wszystkich błędów po drodze, ale cóż, nie zawsze wszystko się udaje w 100%, a jak się rano przed wyjściem z domu zapomniało zjeść banana, przykleić tejpy na achillesy i wetrzeć talk w uda, to można mieć pretensje tylko do siebie! :)
W każdym razie z dniem jutrzejszym zaczynam przygotowania do swojego kolejnego biegu, czyli startu na 10 km, który odbędzie się za trzy tygodnie. Postaram się jakoś odkuć. Pod koniec maja być może zrobię sobie też sprawdzian na dystansie półmaratonu na swojej pętli biegowej, co pozwoli mi się w pewnym stopniu zrehabilitować za dziś :) Walczę dalej!

Ostatnia prosta – final countdown

Ostatni trening, ostatnia przebieżka i ostatnie kilometry przed niedzielnym półmaratonem już za mną. Droga, którą przebyłem przez ostatnie dwa miesiące pozwala wierzyć, że są szanse na przyzwoity wynik. Wszystko zależy teraz ode mnie. Taktyka i wola walki na trasie będą kluczowe. Swoje trzy grosze może wtrącić też pogoda, która w ostatnich dniach jest trochę kapryśna. Na szczęście na niedzielę prognozy nie przewidują upałów, więc nie będę musiał zmagać się z moim głównym wrogiem. Trochę obawiam się za to wiatru, szczególnie na długiej, odkrytej prostej o długości mniej więcej pięciu kilometrów, która rozpoczyna się po mniej więcej 1/4 dystansu. Zarówno dwa, jak i trzy lata temu dość mocno tam wiało, więc trzeba było się sprężyć, aby utrzymać tempo. Końcowe kilometry półmaratonu są nieco pofałdowane, z większą ilością podbiegów, ale to mi akurat zbytnio nie przeszkadza, bo biegnie się wówczas mając po obu stronach las, więc sceneria jest wymarzona :)
Ostatni mój wpis zakończyłem informacją na temat środowego treningu na krosie. Dzień później ostatecznie wybrałem się pobiegać, gdyż nie czułem się zbyt zmęczony. Zrobiłem dwanaście kilometrów, do których dorzuciłem pięć stumetrowych przebieżek. Na piątek przypadł dzień przerwy, bo po pięciu dniach treningowych z rzędu trzeba było w końcu odpocząć. W sobotę zdecydowałem się na kilometrówki. Zrobiłem je dość nietypowo na mojej pętli biegowej. W sumie wykonałem sześć powtórzeń na przerwach o długości około 750 metrów (niecałe 4 minuty biegu). Nie szalałem zbytnio z tempem, starając się utrzymać prędkość około 4 min/km. Ostatnią kilometrówkę pobiegłem nieco szybciej – 3:52 /km. Po interwałach przebiegłem pętlę na „schłodzenie”. Pokonałem dzięki temu w sumie 16 kilometrów. Dystans ten powtórzyłem w niedzielę. Biegło się naprawdę dobrze. Nogi ładnie pracowały, pogoda była dla mnie idealna – czego chcieć więcej :) ?
W obecnym tygodniu postanowiłem już znacząco zredukować kilometraż. Pierwszy trening zrobiłem we wtorek, gdy wykonałem dziesięć interwałów o długości około 400 metrów. Przerwy pomiędzy kolejnymi powtórzeniami wynosiły około 1,5 minuty. Nogi o dziwo były jakieś ciężkie. Momentami czułem się, jakbym przebiegł już tego dnia ze 30 kilometrów. Nie wiem skąd się wzięła ta „niedyspozycja”, w każdym razie wtorkowy masaż trochę mi pomógł rozluźnić pospinane mięśnie. W środę nie czułem się najlepiej. Dość niespodziewanie musiałem też zostać dwie godziny dłużej w pracy, więc mój dylemat kiedy zrobić ostatni dłuższy trening sam się rozwiązał. W czwartek przebiegłem 10 kilometrów i na koniec zrobiłem 5 przebieżek. Na początku nogi były znowu ciężkie, ale z czasem się jakoś rozkręciły. Nie wiem czy to oznaka poddenerwowania? Staram się nie przesadzać z treningami i spać stosunkowo długo, ale jakoś brak mi świeżości. Mam nadzieję, że w niedzielę to się zmieni, bo od wczorajszego wieczoru jem co chwilę banany i makaron :)
Dziś postanowiłem zrobić ostatni, bardzo krótki trening przed półmaratonem. Przebiegłem 5 kilometrów i dorzuciłem do tego taką samą liczbę przebieżek. Był to tym samym ostatni mój trening w kwietniu, w którym udało mi się przebiec w sumie 339 kilometrów, najwięcej od marca zeszłego roku :)
No nic, pora teraz na książkowo-filmowy odpoczynek. Do niedzieli mogę się bezkarnie pobyczyć, z jednej strony skupiając się wyłącznie na taktyce biegu, a z drugiej próbując wyciszyć się nieco przed czekającą mnie próbą. Na pewno łatwo się nie poddam, zwłaszcza, że mam jedną tajną broń, o której napiszę następnym razem :) Never surrender!

1000

Nie wiem jak Wam, ale mi liczba w tytule kojarzy się z niejakim T-1000, czyli terminatorem, z którym musiał walczyć dzielny Arni Schwarzenegger. Pamiętam, jak ponad 20 lat temu po raz pierwszy zetknąłem się z filmem „Terminator 2″ i przez wyżej wymienionego osobnika bałem się pójść spać :) To nie Freddy Krueger, a grana przez Roberta Patricka postać była moim utrapieniem przez jakiś czas :) Dlaczego nawiązuję do filmów o tym póżniej. Na wstępie chciałem tylko wytłumaczyć, że liczba 1000 oznacza przekroczenie pierwszej magicznej granicy, 1000 przebiegniętych kilometrów. Przez cały poprzedni rok udało mi się pokonać zaledwie 1300 kilometrów, więc na chwilę obecną jest się z czego cieszyć :)
Powyższe zdania są dość entuzjastyczne, ale ostatnie kilka treningów do łatwych nie należało. Mam swoją teorię co do przyczyn tego stanu, ale nie chcę już tego zbytnio roztrząsać. Tydzień temu we wtorek udało mi się przebiec 14 kilometrów, z czego 10,5 w drugim/trzecim zakresie tętna. Rozpocząłem tak jak ostatnio od tempa 4:20 na kilometr i sukcesywnie z każdą pętlą przyspieszałem. Ostatnie okrążenie pokonałem w tempie mniej więcej 3:50/km. Łatwo nie było, ale też nie przesadnie trudno. Schody zaczęły się od środy. Wybrałem się wówczas na kros. Nie szalałem za bardzo i chociaż tempo oscylowało od 4:40 do 5:00, to nogi jednak były obolałe, po dość intensywnym masażu we wtorek. W domu zmusiłem się do zrobienia jednej serii ćwiczeń na brzuch. W końcu to, że nogi bolą nie znaczy, że nie można poćwiczyć innych partii ciała :)
W czwartek miałem chyba najtrudniejszy trening od dłuższego czasu. Najśmieszniejsze jest to, że u mnie najtrudniejsze treningi, to są przeważnie te najwolniejsze i najkrótsze. W końcu co to jest 12 kilometrów spokojnego rozbiegania z pięcioma przebieżkami, w porównaniu do treningu wtorkowego, kiedy średnia prędkość jest o minutę wyższa :) W każdym razie trening udało się zrobić, z każdym kilometrem biegło się lepiej, a w domu stwierdziłem, że nie mogę być „miętki” i zrobię planowaną wcześniej gimnastykę siłową.
W piątek czekało mnie całonocne oglądanie horrorów, więc zdecydowałem się, że mocny trening z soboty zrobię właśnie w ten dzień. Zamiast wyczerpującego biegu ciągłego stwierdziłem, że porobię krótkie interwały o długości 400 metrów. Stwierdziłem, że przyda mi się trochę wytrzymałości tempowej. Sam trening przebiegł dość sprawnie. Po sześciu kilometrach rozbiegania i krótkiej serii ćwiczeń przystąpiłem do wykonywania interwałów. Wszystkie wychodziły mi w przedziale 1:26-1:30, czyli w tempie 3:40-3:45/km. Pomiędzy odcinkami robiłem przerwy o długości około 1,5 minuty, co dawało przełożenie na mniej więcej 200 metrów truchtu. Po dziesięciu interwałach przebiegłem jeszcze jedną pętlę na schłodzenie. W sumie tego dnia przebiegłem 15 kilometrów. Myślałem, że w nocy zasnę, ale o dziwo jedna kawa wystarczyła, aby spokojnie wytrwać do godziny 7 bez snu. Dużo gorzej było z kolei zasnąć nad ranem i ostatecznie po mniej więcej dwóch godzinach zwlokłem się ze swojego łóżka. Chodziłem trochę jak pijany, ale przynajmniej nie musiałem mobilizować się na trening, bo z góry zaplanowałem na sobotę dzień wolny od biegania. Zaległości senne nadrobiłem w nocy z soboty na niedzielę, bo spałem około 10-11 godzin.
W niedzielę biegało mi się całkiem dobrze. Udało mi się zaliczyć dystans półmaratonu, czyli 21 kilometrów. Na ostatniej pętli, mniej więcej na 19. kilometrze, na odcinku 500-metrów przyspieszyłem do tempa około 4 min/km. Myślę, że takie pobudzenie, nawet na zwykłych treningach rozbieganiowych jest dobre, bo pozwala uczyć się przyspieszać w każdym momencie, nawet na zmęczeniu. Ostatecznie poprzedni tydzień zakończyłem na 80 kilometrach. Wyszło trochę mniej niż we wcześniejszych tygodniach, ale miałem też dwa dni wolnego.
Obecny tydzień rozpocząłem też nietypowo, bo już w poniedziałek. Ze względu na mniejszą liczbę zajęć mogłem wybrać się na trening. Zrobiłem czternastokilometrowe rozbieganie, które zakończyłem pięcioma przebieżkami. W domu dorzuciłem do tego serię gimnastyki siłowej. Trening bez historii.
Wczoraj po raz kolejny zrobiłem sobie bieg ciągły. Po jednej wolniejszej pętli, przystąpiłem do realizacji właściwej części treningu. Rozpocząłem po 4:20. Nogi zbyt dobrze nie pracowały, biegło się ciężko. Na szczęście mój organizm w takich momentach potrafi się rozkręcić. Każda kolejna pętla była szybsza i biegana z większą swobodą (4:14, 4:09, 4:05, 4:00 i 3:56 /km). Bywało lepiej i łatwiej na tego typu treningach, ale mam nadzieję, że za półtora tygodnia to tempo nie będzie już stanowiło dla mnie problemu. Jest też pozytywny aspekt. To właśnie we wtorek udało mi się oficjalnie przekroczyć barierę 1000 kilometrów w 2016 roku :)
Dziś wybrałem się wspólnie z kolegą na trening krosowy. Podobnie jak w poprzednich tygodniach wyszło około 17 kilometrów, z czego 10 na samym krosie. Po ostatnich deszczach trasa stała się nieco łatwiejsza, ale do domu wróciłem brudny jakbym pracował w kopalni. Te piaszczyste górki robią jednak swoje. Być może po półmaratonie wybiorę się tam na nieco szybszy trening. Będzie bolało, bo kros aktywny, to bardzo trudne wyzwanie, ale czasami trzeba się trochę pomęczyć, aby poprawić swoje wyniki :)
Nie mam jeszcze planu na dzień jutrzejszy. Wszystko zależy od stanu moich nóg. Albo zrobię sobie dzień odpoczynku, albo pobiegnę na krótkie rozbieganie. Teraz muszę już coraz bardziej uważać, aby się odpowiednio zregenerować przed startem, który zbliża się nieubłaganie :)

Aż chce się biegać!

Kolejny bardzo dobry tydzień treningowy za mną! Cieszy przede wszystkim to, że postępy widoczne są gołym okiem, co dodatkowo motywuje mnie do wysiłku :)
Treningi w tym tygodniu rozpocząłem tradycyjnie we wtorek. Ze względu na to, iż trzeba było zostać dłużej w pracy, musiałem się nieco uwijać. Przebiegłem w sumie 14 kilometrów, z czego 10 w drugim zakresie z mocniejszą jak zwykle końcówką. Rozpocząłem od tempa 4:26, które sukcesywnie zwiększałem, kończąc po 3:56. Po treningu, drugi tydzień z rzędu, wybrałem się na regeneracyjny masaż nóg. Wydaje mi się, że mi on bardzo pomaga. Jakakolwiek odnowa biologiczna przy dość sporym kilometrażu na pewno się przydaje.
W środę w końcu mogłem zrobić trening po pracy. Pod wieczór wybrałem się z kolegą na moją pętlę krosową, na której „przetruchtaliśmy” 10 kilometrów. Tempo nie było zabójcze, oscylowało między 4:40 a 5:00/km. Po powrocie do domu zrobiłem jeszcze zestaw gimnastyki siłowej. W czwartek zrobiłem kolejne rozbieganie, tym razem samotnie i na swojej trasie. Zważywszy na sobotni „sprawdzian” nie chciałem zbytnio przesadzać. Wyszło 14 kilometrów. Na zakończenie dorzuciłem do tego 5 przebieżek, a w domu zestaw gimnastyki siłowej. To jest kolejny bardzo ważny element w moich przygotowaniach! Po kilku razach czuję już widoczną poprawę w trakcie biegu: nogi ładnie pracują, tułów „nie faluje”, ręce i brzuch dają radę. Reasumując, warto 2 czy 3 razy w tygodniu poświęcić 15 minut na ćwiczenia!
W piątek planowałem zrobić krótkie rozbieganie, rzędu 10-12 kilometrów, ale nogi były trochę ciężkie, więc postanowiłem odpocząć przed sobotą. Okazało się to strzałem w dziesiątkę!
Na sobotę umówiłem się na trening z kolegą, który za tydzień weźmie udział w maratonie w Łodzi. Trochę się bałem, że mnie mocno pociągnie i rzeczywiście tak się stało :) Pierwsze 500 metrów przebiegliśmy w 1:58-1:59, co daje tempo poniżej 4 minut na kilometr. A w planach miałem spokojny początek! Miało być 4:20/km! W ogóle nie czułem tempa na początku, biegło się bardzo dobrze. Na szczęście po tych 500 metrach skorygowałem swoją prędkość i odpuściłem kolegę, który pomknął do przodu. Ostatecznie pierwszy kilometr zrobiłem w 4:08. Na drugiej pętli utrzymałem to tempo. Od trzeciego kółka do samego końca zacząłem sukcesywnie przyspieszać: 4:05, 4:03, 3:58, 3:57 i ostatnia pętla w 3:55 /km. Średnia tego dwunastokilometrowego sprawdzianu wyszła 4:02. Powiem szczerze, że pobiegłem lepiej, niż się spodziewałem. Nogi do samego końca pracowały bardzo dobrze. Wiadomo, byłem zmęczony, w końcówce dałem z siebie sporo, ale nie był to na pewno „wypruwanie flaków”. Razem z rozgrzewką i schłodzeniem, wyszło mi 18 kilometrów. Z tego treningu jestem bardzo zadowolony, momentami czułem się jak za „starych”, dobrych czasów :)
W dniu dzisiejszym czekała na mnie kolejna niespodzianka. Spodziewałem się, że po wczorajszych harcach nogi będą zmęczone, a tu o dziwo biegło mi się rewelacyjnie! Nie zakładałem żadnego konkretnego dystansu, ale ostatecznie wyszło 21 kilometrów w tempie 4:45-4:55. Większość trasy przebiegłem na pulsie poniżej 140…szok. Cuda się jednak zdarzają :)
W kolejnym tygodniu będę musiał trochę pokombinować z treningami, ale o tym za kilka dni. Zostały 3 tygodnie do startu…:)

Treningi w tym tygodniu:
wtorek – 14 km w tym 10 km zakres (od 4:26 do 3:56)
środa – 17 km, w tym 10 km po krosie, w domu GS
czwartek – 14 km + 5 przebieżek, w domu GS
sobota – 18 km, w tym 12 km sprawdzian (średnie tempo 4:02/km)
niedziela – 21 km rozbiegania
Razem: 85 kilometrów