„When the weather outside is frightful…”

W końcu nadeszła kochana/znienawidzona zima (niepotrzebne skreślić). Na szczęście śniegu nie jest na tyle dużo, żebym musiał zrezygnować z biegania po lesie. Trzeba oczywiście uważać, a ja muszę uważać podwójnie…a może nawet potrójnie. Nowy Rok rozpocząłem dziesięciokilometrowym rozbieganiem. Pierwszy tydzień chciałem poświęcić na spokojne przygotowania do rozpoczęcia planu treningowego. Niestety sytuacja skomplikowała się we wtorek. Po mniej więcej 2 kilometrach poczułem mocny, ciągnący ból z tyłu lewego uda. Po kilkuset metrach przystanąłem, aby nieco bolący mięsień rozmasować. Mój zabieg nie przyniósł większych rezultatów, w związku z czym zakończyłem trening po zaledwie pięciu kilometrach. Nauczyłem się rozpoznawać, kiedy ból ma podłoże zmęczeniowe, fizyczne, a kiedy jest to niepokojący sygnał, że chyba coś w strukturze niezbyt dobrze funkcjonuje. Ból czułem jeszcze przez kilka godzin po przyjściu do domu. Od razu postanowiłem zrobić sobie dwa dni przerwy i zobaczyć, jak sytuacja będzie wyglądać później. W międzyczasie nasypało dość sporo śniegu, więc wybrałem dłuższy dobieg po asfalcie i ścieżce rowerowej, aby nie przedzierać się przez biały puch. Niestety po kilometrze, może dwóch ból powrócił i znowu zmuszony byłem do szybszego zakończenia treningu. Trochę mnie ta sytuacja przeraziła. Zaczynałem już w głowie układać plan awaryjny na wypadek, gdybym nie był w stanie biegać przez najbliższe kilkanaście albo kilkadziesiąt dni. Mimo wszystko stwierdziłem, że zrobię trzy dni przerwy i spróbuję ponownie (w końcu do trzech razy sztuka). Zmieniłem też buty na swój stary model, bo zacząłem podejrzewać, że mój problem związany jest ze źle dobranym obuwiem. Kolejny trening zrobiłem w miniony wtorek. Na szczęście żadnego bólu już nie odczuwałem. Mimo wszystko nie chcąc ryzykować, tym bardziej, że śniegu nasypało dość sporo, poprzestałem na siedmiu kilometrach. W tym tygodniu postanowiłem bardzo uważać, więc wykonałem jeszcze tylko dwa treningi: w czwartek i niedzielę. W trakcie obydwu przebiegłem 9 km. Na szczęście obyło się bez komplikacji. We wtorek spróbuję po raz kolejny rozpocząć realizację planu przygotowawczego do półmaratonu. Muszę zacząć od 2 tygodnia, ale początek jest dość spokojny, więc o ile problemy się nie pojawią, to spokojnie dam radę go zrealizować. Oby tylko zdrowie dopisało…to jest najważniejsze :)

Podsumowanie roku – plany na kolejny

Rok 2016 minął nie wiadomo kiedy. Ostatnie 12 miesięcy niestety nie było dla mnie udane pod względem biegowym. Oczekiwałem, że uda mi się wrócić do dyspozycji z 2014 roku, ale kontuzja odniesiona w maju i operacja w lipcu trochę pokrzyżowały mi plany. W 2016 roku przebiegłem w sumie niespełna 1800 km, mimo wszystko o prawie 500 więcej niż przed rokiem. Do tego trzeba dodać dość sporą liczbę kilometrów na rowerze, bo w sierpniu i we wrześniu jeździłem jak natchniony ;) Nie licząc wypadów rowerowych, przez ostatnie 366 dni zrobiłem 149 treningów, średnio wyszło mi prawie 12 kilometrów na wyjście (11,97).
Więcej pisać na temat starego roku nie zamierzam. Wiem, gdzie popełniłem błędy i postaram się ich uniknąć w przyszłości. Dzięki książce „Jak biegać szybciej…” doznałem „olśnienia”. Spotkałem się w niej z pojęciem „biegania adaptacyjnego”, które zamierzam stosować we własnych treningach. Autor wyżej wymienionej pozycji duży nacisk kładzie na podbiegi, interwały pod górkę itp. Coś, co kiedyś często stosowałem, a w ostatnich 2 latach trochę zaniedbałem, bojąc się, że intensywne treningi pod górkę mogą spowodować kontuzje. A może jest odwrotnie? Może to one chroniły mnie przed kontuzjami w poprzednich latach? Patrząc na poprzednie sezony, gdzie robiłem dużo podbiegów, skipów, wieloskoków, krosów, ćwiczeń na płotkach, gimnastyki na sali, nie mówiąc już o znacznie większym kilometrażu, rzędu nawet 3500 km, dochodzę do wniosku, że to chyba właściwa droga. Autor książki opisuje w niej kilka osób, które zanim trafiły pod jego skrzydła, ciągle zmagały się z kontuzjami. Po wykorzystaniu jego wskazówek i zastosowaniu różnego typu podbiegów, problemy ustąpiły. Wystarczy spojrzeć na mój przypadek z 2012 roku, kiedy walczyłem z przetrenowaniem. Krew leciała mi wtedy z nosa średnio trzy razy dziennie, czasami nie miałem siły wejść po schodach, dosłownie nogi się pode mną uginały, ale dzięki dużej ilości siły biegowej (podbiegów, skipów, wieloskoków) kontuzje mnie omijały. Muszę wziąć to pod uwagę w najbliższych miesiącach.
Mam oczywiście swoje plany biegowe na 2017 rok. Przede wszystkim chciałbym wrócić na swój normalny poziom i wierzę, że bieganie adaptacyjne mi w tym pomoże. Marzy mi się pobicie rekordów życiowych na trzech głównych dystansach, czyli w maratonie, półmaratonie i w biegu na 10 km. W książce „Jak biegać szybciej…” znajduje się plan treningowy, który chciałbym w niewielkim stopniu zmodyfikować do własnych potrzeb i go realizować. Jest to plan na 16 tygodni, a mi do początku maja i startu w półmaratonie zostało nieco ponad 17 tygodni, czyli akurat. Najbliższy tydzień poświęcę na lekkie zwiększenie kilometrażu, aby być gotowym do realizacji mocniejszych jednostek już za dwa tygodnie. Dzień przeznaczony na odpoczynek wykorzystam na godzinę ćwiczeń siłowych, rozciągających oraz sprawności ogólnej. Chciałbym też kupić płotki lekkoatletyczne, ale z tym może być trochę gorzej. Zestaw pięciu sztuk kosztuje prawie 1000 zł, trochę drogo. Być może będę musiał sam je zrobić, nie muszą być chyba metalowe, ani szczególnie piękne ;) Wracając do planu, to zakłada on dużo biegania w charakterze BNP (biegu z narastającą prędkością), czyli coś, co bardzo lubię robić i często stosuję. Poza wspomnianymi wcześniej podbiegami, autor dużą wagę przywiązuje do tzw. wytrzymałości specyficznej, czyli biegania w tempie docelowym, które chciałoby się utrzymać na zawodach. Kilometraż przeznaczony na realizację tego planu nie jest jakiś porażający. W pierwszym tygodniu autor proponuje 6 sesji i 52 kilometry, a kumulacja następuje w 14. tygodniu, gdzie jest 7 jednostek treningowych i 102 kilometry. Myślę, że to jest do zrobienia. Już nie mogę się doczekać realizacji tego planu ;)
W drugiej połowie roku chciałbym skupić się na przygotowaniach do maratonu. Najbardziej ambitny z planów rozpisanych w wyżej wymienionej książce (tzw. poziom 3) zakłada wykonywanie praktycznie w każdym tygodniu 7 jednostek treningowych. Już na dzień dobry, w pierwszym tygodniu, jest 91 kilometrów…a maksimum to aż 140 kilometrów. Myślę, że będę musiał trochę ten plan zmodyfikować, ale na to przyjdzie jeszcze pora.
Aby zrealizować te cele postanowiłem wziąć się za siebie. Muszę zadbać nie tylko o odpowiednie treningi, ale i swoją masę ciała…W związku z tym postanowiłem, że do czasu półmaratonu w maju, albo do momentu zejścia poniżej 85 kg (obecnie 97), nie będę pił alkoholu i jadł słodyczy. Każdy kilogram masy ciała przy bieganiu ma znaczenie, bo wywiera nacisk trzykrotny. Ma to niebagatelne znaczenie. No nic, pora na trening! Noworoczne bieganie czas zacząć!

Nie dla śniegu!

Zastanawiałem się ostatnio, czego najbardziej nie lubię. Szpinaku, czerniny…i wyszło mi, że chyba jednak śniegu! Oczywiście będąc dzieckiem cieszyłem się jak go trochę nasypało, ale obecnie jest to jeden z największych „utrudniaczy”, nie tylko dla osób zmotoryzowanych, ale także biegaczy czy kolarzy. Na szczęście ostatnie zimy są dla nas w miarę łaskawe! Liczę na powtórkę z ostatniego roku! Mrozy mogą być, ale za śnieg serdecznie dziękuję :)
Jeżeli chodzi o treningi, to ten tydzień był bardzo dobry. W poniedziałek jak zwykle zrobiłem sobie wolne, wieczorem tylko wykonałem jedną serię ćwiczeń na brzuch i popracowałem trochę z hantlami. We wtorek z kolei, mimo błota, kałuż i śniegu dosłownie oblanego uryną (miejscami to wyglądało, jakby ktoś vibovit wiadrami rozlewał :) …udało mi się pobiec solidny BNP (tempo w końcówce oscylowało w okolicy 4:20/km). Tak na marginesie, danieli jest podobno w naszej okolicy dziesięciokrotnie więcej, niż powinno teoretycznie być na takim areale. Widać to rzeczywiście po ich „śladach na śniegu” :) Przesiedlenie byłoby dobrą opcją, bo zagrożenie na drogach koło lasu jest ostatnio ogromne.
W środę również nie dałem rady pobiegać, więc powtórzyłem sesję poniedziałkową. Dzień później niestety ze względu na brak czasu i bardzo podmokły teren nie dałem rady wybrać się na kros. Pozostałem na swojej pętli, wykonując swój standardowy w ostatnim czasie trening, czyli 10 kilometrowe rozbieganie w formie BNP. Po raz kolejny nie chciałem schodzić z tempem poniżej 4:20/km. Chyba nie jestem jeszcze na to gotowy. W piątek zwiększyłem kilometraż do 12. Na ostatniej pętli przyspieszyłem do tempa 4:35/km. Biegło się rewelacyjnie, głównie dzięki mniejszej ilości kałuż:)
W sobotę zrobiłem sobie wolne ze względu na wyjazd i dość napięty grafik. Za to ostatni dzień weekendu przyniósł mi kolejną porcję BNP. Tym razem wyszło mi 12 km w towarzystwie :)
Reasumując, w ciągu całego tygodnia przebiegłem 41 kilometrów. Mam nadzieję, że w nadchodzącym tygodniu uda mi się zrealizować 5 jednostek treningowych. Czuję głód solidnej pracy biegowej :)

Treningi z ostatniego tygodnia:
wtorek – 9 km BNP (do około 4:20)
czwartek – 10 km BNP (do około 4:20)
piątek – 12 km rozbiegania
niedziela – 12 km, w tym BNP

Liście opadły, pora na konkrety

Powoli zbliżam się do momentu, kiedy zacznę aplikować sobie nieco mocniejsze akcenty. Muszę jednak uważać, bo w ostatnią niedzielę przekonałem się, że jeszcze nie wszystko funkcjonuje tak jak dawniej, ale o tym nieco później. Ostatnie dwa tygodnie miałem nieco zalatane. Sporo wyjazdów, dużo zajętych popołudni i wieczorów. Nie mogłem zrealizować wszystkiego co chciałem, ale jak już wychodziłem na trening, to przeważnie udawało mi się pobiegać dość konkretnie. Mam sporo przemyśleń na temat nadchodzących tygodni. Bardzo podoba mi się filozofia Brada Hudsona, autora książki „Jak biegać szybciej od 5 kilometrów do maratonu”. Jestem w chwili obecnej mniej więcej w 1/3, ale już wyłapałem kilka ciekawych rozwiązań i treningów, które będę mógł zastosować. Hudson bardzo dużą rolę w swoich treningach przykłada do podbiegów. To one stanowią podstawę budowania siły w początkowym okresie przygotowawczym. Hudson stawia przede wszystkim na krótkie, bardzo dynamiczne sprinty pod górę. Ma to w jego ocenie nie tylko przełożyć się na szybkość i siłę, ale także zabezpieczyć organizm przed kontuzjami. Hudson, w przeciwieństwie do wielu innych trenerów, nie jest wielkim zwolennikiem interwałów. W jego opinii dużo ważniejsza jest praca nad wytrzymałością specjalną, czyli bieganiem w tempie zaplanowanym do pokonania danego dystansu. Dla przykładu. Według niego osoba przygotowująca się do biegu na 10 km, powinna postawić na dłuższe odcinki w tempie biegu docelowego (np. 4 x 2 km), niż klasyczne interwały typu 10 x 400 metrów, czy 10 x 800, które oczywiście byłyby wykonywane w tempie szybszym niż docelowe. Co ciekawe tyczy się to także okresu tuż przed zawodami, czyli tzw. szlifowania formy…interesująca alternatywa, chyba wypróbuje.
Wracając do moich treningów. Przedostatni tydzień jak wspomniałem wcześniej był dość napięty. Udało mi się zrobić jedynie trzy treningi, ale wszystkie były w formie BNP. Na ostatnim niestety przesadziłem. W zeszłą niedzielę pomagałem koleżance wyznaczyć tętno maksymalne na odcinku 3 kilometrów, a później, już po wykonaniu swojej roboty jako „zająca”, dość znacznie przyspieszyłem. Ostatnią pętlę pobiegłem w tempie około 4:02/km…szczerze przyznam, że dość trudno było mi to tempo utrzymać. Chciałem „na siłę” pobiec poniżej 4:05…bez sensu. Podejrzewam, że za ten błąd zapłaciłem we wtorek i w środę. O wtorkowym treningu to szkoda w ogóle pisać. Po kilkuset metrach czułem się, jakby mi ktoś prąd odciął. Zero sił, było po prostu fatalnie. Po siedmiu kilometrach stwierdziłem, że nie ma sensu dalej tego ciągnąć. W środę czułem się też kiepsko, więc odpuściłem trening. Pod wieczór tylko zdecydowałem się wprowadzić kolejny element do mojego planu treningowego, czyli ćwiczenia na mięśnie brzucha. Dostałem zielone światło od okulistki, dlatego stwierdziłem, że nie ma na co czekać. 8 min ABS plus ćwiczenia siłowe na hantlach i tzw. „deska” na koniec. Ewidentnie muszę się wzmocnić.
W czwartek czułem się już znacznie lepiej. Na trening wybrałem się w nowych butach, które kupiłem wcześniej w decatlonie (nowy model wyprodukowany przez firmę Kalenji). Biega mi się w nich dość dobrze, chociaż dziś pobolewało mnie nieco ścięgno przy kostce, mam nadzieję, że ten problem ustąpi po jutrzejszym dniu wolnym. Sam trening wypadł perfekcyjnie. Zrobiłem sobie BNP, ale bez szaleństw. Komfort biegu nieporównywalny do niedzielnego…W piątek ze względu na dość napięty kalendarz musiałem zrobić wolne, za to w sobotę powtórzyłem w zasadzie trening czwartkowy. Kolejne pętle były pokonywane w tempie równo o 10 sekund szybszym (5:00, 4:50, 4:40, 4:30, 4:20). Wyszło swobodnie, bez spinania się i problemów.
Dziś z kolei zdecydowałem się nieco wydłużyć dystans. Przebiegłem 12 km w tempie około 4:50/km, z ostatnią mocniejszą pętlą (średnie tempo 4:35/km). Czułem się bardzo dobrze, pomijając to lekko dające o sobie znać ścięgno. W przyszłym tygodniu chciałbym wybrać się na kros….i być może zdecyduje się na podbiegi. Nie wiem czy takie „na maksa”, ale może rzeczywiście warto pójść drogą zaproponowaną przez Hudsona?

Treningi z ostatnich dwóch tygodni:
15.11 – 10 km BNP
17.11 – 10 km BNP
20.11 – 10 km BNP
22.11 – 7 km BNP
24.11 – 10 km BNP
26.11 – 10 km BNP
27.11 – 10 km rozbiegania

Skomplikowany tydzień

Mijający tydzień rzeczywiście do łatwych nie należał…zaczął się ok, ale skończył nieprzyjemną infekcją przewodu pokarmowego, prawdopodobnie grypą jelitową. Trochę nerwów i stresu w pracy, dużo roboty i choroba mnie rozłożyła. Dziadostwo krąży w powietrzu, bo o kilku przypadkach z dość bliskiego otoczenia już słyszałem. Na szczęście najbardziej upierdliwe objawy utrzymują się około 2 dni…
Ok, od początku. Poniedziałek jak zwykle ze względu na nadmiar pracy był wolny od treningu. Od rana do północy cały czas coś robiłem. Miałem tylko godzinną przerwę na mój ukochany serial „The walking dead” :) We wtorek zdecydowałem się nieco przycisnąć i na treningu zrobiłem BNP. Rozpocząłem w tempie 5:00, kończyłem po 4:16. W sumie przebiegłem 10 kilometrów przy bardzo dobrym samopoczuciu. W podobnym nastroju zrealizowałem trening w środę – tym razem spokojne, dziesięciokilometrowe rozbieganie. Nic nie zapowiadało tragedii, która zbliżała się wielkimi krokami…
W środę wieczorem (ok. godziny 22) dostałem nagle wilczego apetytu…rzadko mi się zdarza, abym o tej porze jadł chleb…nie mówiąc już o 4 kawałkach…Położyłem się spać koło północy i po jakiejś godzinie się obudziłem. Coś było nie tak…Szedłem do toalety i czułem mdłości, lekkie zawroty głowy. Położyłem się ponownie i niestety co jakiś czas się budziłem czując dyskomfort. W pracy było w miarę ok, ale po powrocie do domu z każdą godziną było coraz gorzej. Czułem dyskomfort w przewodzie pokarmowym, bolała mnie głowa. Odpuściłem trening, ale popełniłem inny błąd. Zjadłem chleb z pasztetem i w między czasie podjadałem trochę orzechów…Przed snem wziąłem lek przeciwwirusowy, bo już wiedziałem co się święci. Po mniej więcej godzinie zaczęła się makabra. W skrócie mogę tylko napisać, że takiej jelitówki to jeszcze chyba nie miałem. Brzuch bolał mnie niesamowicie. Przez dwie albo trzy godziny próbowałem bezskutecznie zasnąć. Któraś z kolejnych wizyt w toalecie skończyła się nie tylko biegunką, ale i wymiotami. Dopiero wtedy poczułem się ciut lepiej, wziąłem tabletkę nasenną i położyłem się ponownie. Z przerwami spałem do 11. Na szczęście piątek ze względu na święto był wolny, więc mogłem odpoczywać do woli. Z każdą kolejną godziną było coraz lepiej, dlatego zdecydowałem się wziąć udział w nocnym maratonie filmowym, na który oczywiście bilet zakupiłem wcześniej. Na szczęście obyło się bez przygód. Do domu wróciłem przed 6 rano i spałem może ze 3h…jak zwykle zresztą po takich maratonach…W każdym razie dziś poczułem się już na tyle dobrze, że postanowiłem pójść pobiegać. Osłabienie jakieś tam jest, nie tylko ze względu na chorobę, ale i trzy kiepsko przespane noce. Na szczęście uciążliwych objawów brak. Straciłem na wadze 2-3 kg, mimo, że staram się bardzo dużo pić. Dzisiejsze 7 km to w dużej mierze chęć podtrzymania rytmu treningowego, bez spinania się i szaleństw na trasie. W przyszłym tygodniu będę sporo w rozjazdach i niestety na pewno wypadnie mi piątek oraz sobota. Z kolei w środę będę mógł zrobić trening jedynie po asfalcie, co też średnio mi odpowiada…Trochę szkoda mi tych dni, ale cóż, siła wyższa. Najważniejsze,żeby zdrowie dopisywało i kontuzje omijały :)

Podsumowanie października i ostatnie treningi

Po raz pierwszy od dłuższego czasu udało mi się zrealizować zamierzone treningi w ciągu całego miesiąca. Cieszy mnie to, że z każdym kolejnym tygodniem posuwam się do przodu i mam nadzieję, że tendencja ta nadal będzie się utrzymywać :) Motywacji do pracy jak zwykle nie brakuje. Celem jest wystartowanie na wiosnę w kilku biegach. Mam nadzieję, że do tego czasu uda mi się wrócić do najlepszej dyspozycji :)
Ogółem w październiku zrobiłem 22 treningi, na których przebiegłem w sumie 212 kilometrów. Na początku miesiąca moje tempo rozbiegań oscylowało w okolicach 5:30-5:40/km, obecnie często zdarza mi się schodzić poniżej 5 minut/km. Wczoraj, mimo ogólnego zmęczenia, zdecydowałem się zrobić kilkukilometrowy BNP (bieg z narastającą prędkością), który należy do moich ulubionych jednostek treningowych. Trening kończyłem w tempie 4:18/km, co mogę uznać za spory sukces. Nie sprężałem się oczywiście za bardzo. Miało być stosunkowo szybko, ale też bez nadwerężania organizmu. W najbliższym czasie postaram się tez wydłużyć nieco kilometraż, powiedzmy do 12 kilometrów. Z przebieżkami i mocniejszymi treningami jeszcze się wstrzymam, muszę być bardzo ostrożny, nawet bardziej niż dotychczas.

Treningi z ostatniego tygodnia:

31.10 – 10 km rozbiegania
01.11 – WOLNE
02.11 – 10 km rozbiegania
03.11 – 7 km rozbiegania
04.11 – WOLNE
05.11 – 10 km, w tym 7 km BNP (tempo od 5:00 do 4:18)
06.11 – 10 km

Jesienne przygotowania

Pogoda, głównie za sprawą często padającego deszczu, nie jest zbyt ciekawa. Trzeba już chyba definitywnie pożegnać się z cieplejszą aurą, która jeszcze nie tak dawno gościła u nas w kraju. Osobiście niskie temperatury są dla mnie optymalne do biegania, więc o ile nie wracam z przemoczonymi stopami do domu, o tyle nie mam powodów do narzekań :)
Ostatnie dwa tygodnie były bardzo monotonne, jeżeli chodzi o moje treningi. Czasami biegałem szybciej, czasami wolniej, ale zawsze dystans oscylował w granicach 10 km. Muszę pomyśleć już o delikatnym wydłużeniu, aby nie wpaść w rutynę, która może w pewien sposób przystopować postępy. Największym zaskoczeniem był dla mnie trening z 13 października, kiedy ze względu na małą ilość czasu musiałem się nieźle uwijać. Średnie tempo z tego biegu wyniosło około 4:30 – 4:35. O dziwo nawet po treningu nie czułem się specjalnie zmęczony. Widać, że coś ruszyło do przodu, oby tak dalej :) W przyszłym miesiącu planuję zakup nowych butów, chyba pora na nowy model i być może małe eksperymenty. Coraz częściej zaczyna mi też szwankować pulsometr, więc i na niego wkrótce przyjdzie czas. Zastanawiam się tylko na ile te pulsometry są dokładne, bo jeszcze nie trafiłem na model, który na mojej pętli biegowej o długości 1750 metrów nie pomylił się mniej niż o 100 metrów…Tego typu błąd jest niedopuszczalny, bo zaburza realne pomiary i destabilizuje cały trening. Wydawałoby się, że technologia idzie do przodu, ale jednak „garminy”, „timexy” i „polary” w lesie radzą sobie jednak kiepsko :)

10.10 – WOLNE
11.10 – 10 km
12.10 – WOLNE
13.10 – 10 km (tempo 4:30-4:35)
14.10 – 10 km
15.10 – 9 km (tempo 4:30 – 4:40)
16.10 – 10 km
Razem (od 10.10 do 16.10) – 49 km

17.10 – WOLNE
18.10 – 10 km
19.10 – 10 km
20.10 – WOLNE
21.10 – 10 km
22.10 – 10 km
23.10 – 10 km
Razem (od 17.10 do 23.10) – 50 km

Deszczowe bieganie

Siedem kilogramów mniej na wadze i od razu inny komfort biegania :) Początki po powrocie były trudne. Trochę zaniedbywałem wówczas gimnastykę rozciągającą i muszę teraz szczerze przyznać, że wiele miejsc mnie w trakcie biegu i po nim pobolewało. Od kiedy jednak staram się chociaż te 5 minut poświęcić po treningu na rozciąganie, to widzę, że przynosi to rezultaty. W czwartek dość mocno mnie zmoczyło, miałem buty przesiąknięte wodą, było mi zimno, ale stwierdziłem, że swoje i tak muszę zrobić.
Generalnie postępy są już widoczne. Poza komfortem biegu, spada też tętno w trakcie wysiłku oraz zwiększa się tempo samego biegu. Dziś i wczoraj udało mi się przebiec po 10 kilometrów. Na obu treningach tempo oscylowało w okolicy 5 min/km, czyli całkiem nieźle. Rewelacyjny był tez wtorek. Wtedy chyba po raz pierwszy poczułem, że znowu „biegam” :) Oby jak najwięcej takich treningów, bo dodają mi sił, tych „psychicznych”, które mobilizują do dalszej, systematycznej pracy. Na razie muszę się wstrzymać z treningami szybkościowymi, nie tylko ze względu na masę ciała i oczy, ale też słabe przygotowanie siłowe. Ostatnie dwa lata nauczyły mnie, że do wszystkiego trzeba dochodzić powoli, z głową, bo kontuzja może przyjść nie wiadomo kiedy, a na samą myśl o kolejnej, kilkumiesięcznej przerwie, robi mi się słabo. Obym już nigdy nie musiał zmagać się z takimi problemami…

Ostatnie treningi:
27.09 – 5 km rozbiegania
29.09 – 7 km
30.09 – 7 km
01.10 – 9 km
02.10 – 10 km
4.10 – 10 km
6.10. – 7 km
8.10 – 10 km
9.10 – 10 km

Powrót do biegania

No i wróciłem! Nie licząc dwóch trzykilometrowych epizodów z połowy sierpnia, w tym tygodniu zrobiłem pierwsze „treningi” od 19 maja. Jest lepiej niż było miesiąc temu. Pięć kilogramów mniej robi jednak różnicę, chociaż do pełni szczęścia jeszcze daleko. Wielki „come-back” miał miejsce w środę, kiedy zdecydowałem, że po krótkiej infekcji (której nabawiłem się na rowerze przez własną gł….), nie warto wyruszać na długie rowerowe wypady, narażając się jednocześnie na nawrót przeziębienia, tylko sięgnąć po buty biegowe i odwiedzić swoją ścieżkę :)
Nie ma sensu pisać o przeżyciach w trakcie pierwszych treningów, bo jak łatwo się domyśleć, przez cały czas w głowie miałem jedną myśl – „Gdzie jest moja forma???” :) W środę nawet nie próbowałem szaleć. Trzykilometrowe rozbieganie i tak pokazało, że nawet bardzo duży kilometraż na rowerze, nie pomaga zbytnio w bieganiu. Trening w żółwim tempie i tak sprawił mi radość, bo mimo wszystko trochę za bieganiem się stęskniłem. W czwartek było już ciut lepiej, więc zdecydowałem się przebiec dwa kółka w ciut szybszym tempie (koło 5:30/km). Kolejnego dnia czułem się znacznie lepiej, ale niestety ze względu na późną porę i zapadające powoli ciemności, także poprzestałem na pięciu kilometrach.
W sobotę, po 10-kilometrowym marszu z rana, stwierdziłem, że warto wykorzystać słoneczną pogodę i po południu ruszyłem na dość długi rowerowy wypad. Przejechałem 64 kilometry, chociaż pod wieczór było już chłodno. Odczucie chłodu potęgował dodatkowo dość mocny momentami wiatr. Skostniałe stopy po powrocie utwierdziły mnie w przekonaniu, że już chyba powoli trzeba będzie się pożegnać z dalszymi eskapadami rowerowymi…
Dziś ponownie wybrałem się na ścieżki biegowe. Poza dyskomfortem w prawej nodze biegło mi się całkiem nieźle. Siedem kilometrów minęło jak z bicza strzelił. Nawet tempo o dziwo momentami oscylowało wokół 5:10-5:15/km. Pozostaje mi tylko cierpliwie czekać na kolejne treningi i idące mam nadzieję z tym postępy :)

21.09 – 3 km rozbiegania
22.09 – 5 km rozbiegania
23.09 – 5 km rozbiegania
24.09 – 64 km rower
25.09 – 7 km rozbiegania

Tour de Grudziądz

Pogoda sprzyja, więc rowerowe szaleństwo trwa. W tym tygodniu udało mi się odkryć kilka ciekawych szlaków, które zostały już zarejestrowane w moim „dzienniczku tras” :)
W ciągu ostatnich 7 dni przejechałem w sumie 534 kilometry, co daje średnią na poziomie ponad 76 kilometrów…trochę chyba przesadziłem, zwłaszcza, że niektóre wyjazdy kończyłem w średnim tempie na poziomie 24-25 km/h. Najwięcej kilometrów wykręciłem wczoraj (105), najmniej w czwartek (62). Oby tak dalej :)

Poniedziałek – 76 km
Wtorek – 63 km
Środa – 74 km
Czwartek – 62 km
Piątek – 71 km
Sobota – 105 km
Niedziela – 83 km