Jest życiówka….jest niedosyt

Zanim przejdę do sedna, czyli samego biegu, muszę niestety napisać kilka krytycznych zdań na temat organizacji…Już wczoraj czekała na biegaczy niemiła niespodzianka – prawie godzinne oczekiwanie w kolejce po odbiór pakietu startowego! Szczerze mówiąc nigdy się z takim czymś nie spotkałem. Ba! Nigdy nawet nie czekałem dłużej niż 15 minut. Wszyscy na to narzekali, bo zamiast leżeć i odpoczywać przed zawodami, trzeba było spędzić mnóstwo czasu w kolejce. Wystarczyło przecież uruchomić kilka dodatkowych punktów wydawania pakietów i wszystko poszłoby o wiele sprawniej. W zeszłym roku startowałem w Kwidzyńskim Biegu Papiernika, gdzie było zapisanych ponad 1500 biegaczy – w kolejce stałem może minutę. Tutaj było 450 biegaczy i czekałem prawie godzinę…Poza tym u nich była 4 edycja biegu, a u nas 33…Bardzo niska frekwencja w Grudziądzu chyba mówi sama za siebie…Kolejna rzecz, o której wspomnieć muszę. Od tego roku dzieci startowały z numerami startowymi na koszulkach, które podobno miały być do odbioru w poniedziałek. A kiedy były? Dziś rano! Kolega wczoraj 4 razy jeździł, ale niestety nic nie załatwił. W związku z tym powstał ogromny chaos, w dodatku dziecko na liście trzeba było szukać według kodu kreskowego, a nie numeru startowego! Chyba łatwiej byłoby znaleźć numer 4245 niż 800230232032…?
Przejdźmy dalej. Od tego roku wprowadzono nową kategorię – Mistrzostwa Grudziądza Nauczycieli, w której zresztą startowałem. Na mecie okazało się, że zająłem w niej drugie miejsce. Próbowałem więc od kogoś dowiedzieć się kiedy będzie jakaś dekoracja itp. Niestety nikt nie potrafił mi odpowiedzieć na to pytanie. Postanowiłem więc cierpliwie poczekać na dekoracje zwycięzców biegu i poszczególnych kategorii. Cała ceremonia opóźniła się bodajże o 45 minut. Ok, to zdarzyć się może, nie da się wszystkiego dokładnie rozplanować w czasie. W każdym razie, kiedy rozdano już nagrody zwycięzcom biegu i poszczególnych kategorii wiekowych, co trwało prawie godzinę i nawet nie wspomniano o kategorii nauczycielskiej, to się trochę zdziwiłem. Po co tworzyć jakieś sztuczne kategorie i klasyfikacje, które i tak nie mają tak naprawdę żadnego znaczenia…? Zmarnowałem prawie 3h czekając do zamknięcia imprezy…fajnie, mogłem porozmawiać z kolegami, koleżankami, ale po biegu to człowiek marzy o tym, żeby się wykąpać i położyć mimo wszystko…Nie jestem pazerny na nagrody, nie biegam dla nich, ale jeżeli w regulaminie piszą o jakiejś kategorii, jeżeli na listach z wynikami są przyznane miejsca w niej, to wypadałoby jednak w jakiś sposób ludzi uhonorować…
No i ostatnia rzecz nad którą muszę pomarudzić. W zeszłym roku finisz to była jakaś farsa. Trzeba było biec slalomem, między dzieciakami, a „kijkarzami”. W tym roku miało być inaczej. Niestety nie było. Dzieciaki przełaziły, wybiegały, szły środkiem…To się mogło skończyć nawet tragedią albo dramatem zawodnika. Niektórzy finiszują w tempie szybszym niż 20 km/h, jakie szanse miałoby dziecko, które wpadłoby mu pod nogi? Dlaczego nie można rozegrać najpierw biegu głównego, a później puścić dzieci albo na odwrót? Nie ma się później co dziwić, że grudziądzkie Biegi im. BM nie cieszą się zbyt dobrą opinią. Widać to doskonale na przykładzie frekwencji. W tym roku mimo dość dużej puli nagród wystartowało tylko 450 osób, a w Kwidzynie, gdzie pod względem finansowym jest podobnie, pobiegło w maju ponad 2200 osób…
Wybaczcie, musiałem to napisać, bo boli mnie to, że najważniejszy dla mnie bieg, który upamiętnia NAJWIĘKSZEGO BIEGACZA w historii Polski na długich dystansach, jest w taki sposób organizowany. Przejdźmy już do samego startu…dzisiejsza noc była dla mnie dosyć dziwna. Zasnąłem co prawda w miarę szybko, koło godziny 23, ale kilka razy się budziłem. O trzeciej wstałem do toalety i byłem cały mokry – nie wiem czy aż tak to przeżywałem, czy śnił mi się jakiś koszmar…No, ale nic, wstałem przed budzikiem, około godziny 7:30. Na śniadanie postanowiłem zjeść „ciabatę” (biała duża bułka) z masłem i powidłami domowej roboty. Zwykle ostatni posiłek przed zawodami jem na trzy godziny przed biegiem i to mi w zupełności wystarczy. Na dystansach dłuższych niż 10 km na godzinę przed startem jem jeszcze zazwyczaj banana, ale to też zależy od dnia. Pominę już kwestie dojazdu do szkoły, bo jako wychowawca musiałem zabrać swoje pociechy na stadion. W każdym razie po dotarciu na miejsce, bardzo krótkiej rozgrzewce z dzieciakami i pożegnaniu się z pozostałą kadrą pedagogiczną ruszyłem powoli na swój standardowy przedstartowy rozruch – 10 minut truchtu, plus kilka minut delikatnej gimnastyki rozciągającej. Później już tylko kilka łyków izotonika, toaleta, zmiana koszulki na startową i luźny bieg w kierunku linii startu. Ustawiłem się jak zwykle z przodu, gdzieś tak w 3-4 rzędzie, sprawdziłem pulsometr, poprawiłem strój i czekałem na godzinę 10:30, o której zaplanowany był start. Godzina zero wybiła, a my zamiast biec, zostaliśmy poproszeni, aby zejść z drogi. Okazało się, że wprost na nas leciała wielka gromada dzieciaków, podejrzewam że w wieku wczesnoszkolnym. Jeden obrazek zapadł mi w pamięć, kiedy żywiołowy doping stworzyli dzieciom Kenijczycy. Klaskali, schylali się – dość zabawnie to wyglądało. Na mecie próbowałem z nimi chwile porozmawiać, ale zbyt rozmowni nie byli – jacyś tacy przestraszeni nawet. Bali się mnie chyba…w sumie nie ma co się dziwić, o głowę wyższy, o połowę grubszy :) Ok, zostawmy Kenijczyków. Z nimi zbyt wielkiego kontaktu nie miałem, nie licząc startu i mety:)
10, 9, 8, Adrian ma prawie zawał, 7, 6, 5, aaaale stres, 4, 3, 2, 1 – strzał – biegniemy! Na początku jak zwykle – ciasno, niektórzy łokciami próbują torować sobie drogę. Szybki rzut oka kto biegnie przede mną, po chwili olśnienie – człowieku nie patrz na innych, biegnij swoje! No i tak zrobiłem. Pierwszy kilometr 3:46, idealnie, nie miało być zbyt szybko, ale nie mogłoby być też zbyt wolno. Na drugim kilometrze, kiedy wbiegaliśmy pod wiadukt stawka się już dość mocno rozerwała. W międzyczasie dogoniłem osoby, których taktyką jest zacząć ponad swoje możliwości, a skończyć w agonii:) Przed sobą cały czas widziałem trójkę, czwórkę swoich najgroźniejszych „rywali”. Co ciekawe prawie wszyscy zaczęli słabnąć i po kolei mogłem ich wyprzedzać biegnąc po prostu równym tempem. Na czwartym kilometrze „ustawiłem” swojego kuzyna, który stał z napojem izotonicznym (świetna robota!). Kilka łyków płynu i jedziemy dalej. Czwarty kilometr, piąty, no i pomiar czasu…18:41 – jest dobrze. Taki wynik dawał 37:22 na mecie (przy założeniu, że utrzymam stałe tempo biegu). Szósty kilometr poszedł także stosunkowo dobrze, po raz kolejny mogłem liczyć na pomoc kuzyna. Schody zaczęły się po przebiegnięciu siódmego…ktoś mi chyba prąd wyłączył! Z jednej strony wie się, że do mety zostało bardzo niewiele, a z drugiej te 3 kilometry wydają się być wiecznością! Spojrzałem w dół, na swoją koszulkę, wiedziałem że Mistrz by się nie poddał. Mając Ole Einara Bjoerndalena na koszulce trzeba po prostu walczyć! :) No i tak zrobiłem. Nie byłem już w stanie utrzymać tempa z pierwszych kilometrów, ale walka była. Puls dochodził mi do 185 (maksymalny mam około 190). Drugi kryzys złapał mnie, kiedy na dziewiątym kilometrze doszła mnie grupka bodajże pięciu osób, w dodatku wszyscy oni byli z Grudziądza, więc trzeba było zacisnąć zęby i walczyć ostatkiem sił. Ostatni kilometr to już walka z organizmem i rywalami. Grupka się rozpada. Na ostatnich czterystu metrach dochodzę jednego biegacza, który mnie wyprzedził. Kilkanaście metrów przed sobą mam następnego. Siłą woli staram się go dogonić, ale jakoś nie idzie – biegniemy chyba jednym tempem. Wbiegamy na stadion, słychać aplauz publiczności, na brzuch spada mi pasek od pulsometru – w głowie mam już jednak tylko jedną myśl – Dawaj! Musisz go wyprzedzić! Dasz radę! Widzę linię finiszową, zbieram się w sobie i udaje mi się wyprzedzić rywala 2-3 metry przed metą. Potem jest już tylko ciemność…
Po raz pierwszy od kilku zawodów udało mi się złapać na pulsometrze wynik (zawsze o tym zapominałem) – wyświetliło mi 38:12. W wynikach z kolei mam 38:14 (netto) i jestem w klasyfikacji za człowiekiem, którego wyprzedziłem na mecie, i który startował w tym samym rejonie co ja…cuda wianki…muszę dokładnie przeanalizować poszczególne kilometry. W każdym razie życiówkę udało mi się poprawić o kilkanaście sekund (poprzednia 38:27). Liczyłem na złamanie co najmniej 38 minut, ale niestety trochę zabrakło. Może pogdybam trochę – gdyby było chłodniej, to pewnie by się udało :) Z drugiej strony, kiedyś trafiłem na ciekawy przelicznik, według którego biegnąc w temperaturze wyższej niż 16 stopni, do naszego czasu doliczany jest „bonus” wynikający z wysokiej temperatury otoczenia. Dziś były 23 stopnie, podobno może dawać to różnicę nawet minuty na 10 km.
W każdym razie dziś po dojściu do siebie, zabrałem się za analizy i wyszło mi, że warto byłoby spróbować jeszcze raz powalczyć o życiówkę, po maratonie, jeżeli oczywiście będę w stanie. 11 listopada są dwie albo trzy atestowane dychy. Powinno być wtedy znacznie chłodniej niż dziś, w dodatku jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to i kilka kilogramów mniej będę dźwigał. I znowu przenieśmy się do świata przeliczników. Niektóre z nich podają, że kilogram ciała więcej, to plus dwie sekundy do czasu na kilometrze, czyli ważąc o kilogram mniej można zyskać nawet 20 sekund na 10 kilometrów. Jeżeli udałoby mi się zrzucić sześć kilogramów, jak planuje, to wtedy teoretycznie mógłbym zyskać dwie minuty – w co raczej nie wierzę :) Mimo wszystko uważam, że zejście poniżej 37:30 jest dla mnie osiągalne i jak tylko zdrowie pozwoli, spróbuję po raz drugi :) W każdym razie od jutra skupiam się już na maratonie i napiszę kilka zdań co dalej zamierzam :) Przepraszam, że dziś tyle wyszło!

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.