Nikt nie powiedział, że będzie łatwo…

Dziś po raz pierwszy od ponad dwóch miesięcy wybrałem się na „kros”. Część trenerów wprowadza podział na „krosy pasywne”, czyli takie, które biega się w tempie spokojnym, rozbieganiowym oraz „krosy aktywne”, na których przyspiesza się z każdym kilometrem. Ja biegam to nieco inaczej, ponieważ od początku do końca staram się utrzymywać w miarę stałe, ale szybkie tempo. Kros jest treningiem, który koniecznie trzeba wykonywać w lesie, gdzie jest pofałdowana trasa (dużo podbiegów i zbiegów), gdzie trzeba czasami przebiec przez „pustynny piasek”, przeskoczyć przez cos, schylić się itp. itd. Generalnie im trudniejszy teren, tym lepiej. Moja „pętla” krosowa liczy sobie 2 kilometry na długość (robię nawroty). Mam na niej kilka kilkudziesięciometrowych podbiegów, większość z nich to „grząski” piasek (ten taki jasny, nazywam go „pustynnym”), oczywiście są też zbiegi i trudniejsze momenty, z bardziej wymagającym podłożem. Zazwyczaj przebiegam 7 długości pętli, czyli 14 km. Dla mnie jest to chyba najtrudniejszy trening, po którym często rozbieganie do domu jest drogą przez mękę (mam 3 km z pętli). Staram się zawsze, aby puls nie wchodził na trzeci zakres, ale mimo wszystko nogi dość mocno „dostają”, zresztą jak cały organizm.
Ok, przejdźmy już do sedna…Czasami przychodzi taki dzień, niekiedy jeden trening, gdy człowiek zaczyna się zastanawiać nad swoją koncepcją…Dziś ten dzień nastał dla mnie. Od kilku dni czuję apatię, gdy tylko próbuję poczytać trochę na łóżku, to po paru chwilach głowa leci w dół. Wstaję jakiś zmęczony, niewyspany. O ile jeszcze wczoraj i przedwczoraj nie miało to wielkiego wpływu na trening, o tyle dzisiaj niestety poczułem tego skutki. Z pracy wróciłem dość późno (jak na mnie), koło godziny 16-stej. O 17 byłem umówiony na trening z kolegą, więc po sprawdzeniu poczty i załatwieniu kilku innych spraw w internecie, postanowiłem się położyć i trochę poczytać. Po 2-3 stronach oczy same się zamknęły. „Ocknąłem się” o 16:50 i musiałem w ekspresowym tempie przygotować się do wyjścia.
Kilka chwil po 17-stej ruszyliśmy i już wtedy wiedziałem, że łatwo nie będzie. Oddech jakiś ciężki, nogi jakby „wczorajsze” – najchętniej to położyłbym się na łóżku na godzinną drzemkę. No ale cóż, swoje zrobić trzeba. Po trzech kilometrach spokojnej rozgrzewki i kilku minutach rozciągania ruszyliśmy. Pierwszy kilometr w 4:11. Puls oscylował w granicy 155-156. Drugi kilometr trasy jest trudniejszy. Mniej więcej w jego połowie czekała na nas niemiła niespodzianka. A mianowicie powalone drzewa i gałęzie, które rozłożone były na kilkudziesięciu metrach wąskiej ścieżki, uniemożliwiając przebiegnięcie, więc musieliśmy je omijać biegnąć bokiem po jakichś chaszczach, narażając się na wystające konary, pnie itp. Niestety niektórym „drwalom” nie przyjdzie do głowy, żeby uprzątnąć po sobie…zostawią „bajzel” i do widzenia…nie pierwsza taka sytuacja w lesie rudnickim. W lipcu przez prawie dwa tygodnie na swojej pętli miałem siedem przewróconych w poprzek ścieżki drzew. Po jednym czy dwóch treningach sam musiałem poobrywać sterczące w górę gałęzie, żeby móc chociaż przeskakiwać pnie i nie musieć obiegać kilkadziesiąt metrów przewróconych drzew przez zarośla. Rowerzystom, którzy próbowali przejechać wtedy tą ścieżką szczerze współczuję. Ok, wróćmy do dzisiejszego treningu. Utrudnienia związane z tymi przewróconymi drzewami skutkowały „bonusem” w postaci 10 sekund. W każdym razie dobiegając do końca drugiego kilometra puls podskoczył mi do 162-163, czyli do górnej granicy drugiego zakresu. Włączyła się lampka awaryjna i zdecydowałem się odpuścić bieg z kolegą, któremu lepiej „noga podawała” i skupić się na tym, aby nie przekraczać tętna 165. Niestety z każdym kolejnym kilometrem czułem coraz większe osłabienie. Tempo spadło mi z początkowego 4:10 na 4:15, potem 4:20….4:25. Puls utrzymywał się na poziomie 165. Ostatni kros (ten lipcowy) również był dla mnie bardzo trudny. Wtedy było jednak bardzo parno, temperatura oscylowała w granicach 25 stopni i na wyżej wymienionym pulsie byłem w stanie utrzymać tempo w granicach 4:10/km. Dzisiejszy kros wyszedł tragicznie. Nie starałem się za wszelką cenę trzymać tempa (pewnie nie dałbym rady), bo wtedy zapłaciłbym jeszcze większą cenę. Za tydzień powtórka, mam nadzieję, że pójdzie znacznie lepiej…zastanawia mnie tylko, czy to ostatnie osłabienie nie jest przypadkiem „odchorowywaniem” soboty. Może jednak dałem z siebie więcej, niż początkowo myślałem?

Podsumowanie dzisiejszego treningu:
3 km rozbiegania => 8 min GR => 14 km kros (tempo od 4:11 do 4:25) => 3 km rozbiegania
w sumie: 20 km

2 Komentarze

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.