Moja historia biegowa – część 4

Od maratonu minęło zaledwie kilka dni, a już czuję potrzebę nie tylko biegania, ale i jak widać pisania :)
Otrzymałem dziś wiadomość, z którą się w 100% zgadzam, iż mój blog pod względem graficznym jest strasznie ubogi. Nie jestem specem od kwestii technicznych, ale postaram się popracować nad walorami estetycznymi tej strony w wolnym czasie. Być może uda mi się wrzucić kilka zdjęć czy też ubrań w jakich biegam itp.

Dziś postanowiłem jednak, że skończę pisać swoją historię biegową. W ostatniej części zatrzymaliśmy się na listopadzie 2012 roku…”Wrześniowy sukces niesamowicie zmotywował mnie do dalszej pracy. Wszystko szło znakomicie, aż do 19 listopada 2012 roku, kiedy jadąc rowerem do pracy zostałem potrącony przez samochód…”.
Nie była to moja wina. Jechałem prawidłowo oświetlony, mając na sobie ponadto kamizelkę odblaskową. Potrącił mnie człowiek, który wyjeżdżał z drogi podporządkowanej. Stwierdził później, że mnie nie zauważył, mimo tego, iż skręcał w prawo (musiał więc uważać tylko na lewą stronę, z której nadjechałem). Kiedy przejeżdżałem przed nim wiedziałem, że on mnie prawdopodobnie nie zauważył. Na ucieczkę było jednak za późno. Jedyne co zdążyłem zrobić to skręcić kierownicę w prawo, w kierunku chodnika, aby nie wpaść na drugi pas jezdni. To mi się w zasadzie udało, chociaż zderzenia z samochodem uniknąć już nie zdołałem. Facet wjechał w moje tylne koło. W głowie miałem już tylko jedną myśl – żeby nie wpaść mu pod koła. Upadłem na prawe biodro, na szczęście zdołałem wysunąć odruchowo rękę, przez co uniknąłem uderzenia głową w asfalt. Po chwili, mimo dużego bólu w biodrze, wstałem i ogarnął mnie strach – nie widziałem nic! Właściwie to widziałem ciemność i migające gwiazdy. Wokół słyszałem „dziesiątki” głosów. „Widziałem co się stało, to nie Pana wina”, „To była wina kierowcy!”, po chwili ktoś wymówił moje imię „Adrian spokojnie, już dzwonie po karetkę”. Nagle poczułem, że ktoś próbuje mnie gdzieś zaprowadzić. Pamiętam tylko ból i myśl, która nagle wpadła mi do głowy – „Kiedy znów będę mógł biegać…”. Stopniowo zacząłem odzyskiwać „widoczność”. Koło mnie stali policjanci i sprawdzali chyba mój stan świadomości. Po kilkunastu minutach przyjechała karetka, zrobiła kilka podstawowych badań na miejscu zdarzenia i zabrała mnie do szpitala, gdzie przeszedłem kolejne testy. Prześwietlono mi nogę. Okazało się że moje biodro jest uszkodzone. Nie jestem w stanie powiedzieć, co to dokładnie było, bo trzech lekarzy podało trzy różne diagnozy…
W każdym razie wyżej wymieniony wypadek miał duży wpływ na kilka następnych miesięcy mojego życia. Po dwóch tygodniach zostałem wyrzucony ze stażu z racji zbyt długiego zwolnienia lekarskiego…To w jaki sposób zostałem potraktowany przez Urząd Pracy można określić tylko i wyłącznie jednym słowem – kpina. Pomijam już sam fakt, że przerwano mi staż, ze względu na wypadek w drodze do miejsca pracy, który był w dodatku nie z mojej winy. W przepisach jest napisane, że organ może, ALE NIE MUSI, rozwiązać staż osobie, która ma dłuższą usprawiedliwioną nieobecność w miejscu odbywania tego stażu. Procedurę przeprowadzono BYLE JAK (delikatnie mówiąc)…W przepisie jest zapis, aby przed podjęciem wyżej wymienionej decyzji skontaktować się z osobą podejmująca staż. Nikt tego nie zrobił, nikt do mnie nie zadzwonił, nie zapytał jak się czuję. Miałem zwolnienie na miesiąc, to wystarczyło, żeby mnie wyrzucić…Potraktowano mnie jak rzecz, a nie jak człowieka. Zamiast jakiejś decyzji, dostałem zwykły świstek papieru nazwany „informacją”…Napisałem odwołanie do „wyższej instancji” i „wygrałem”. Sprawę moją rozpatrzono ponownie, w każdym razie zbyt wiele na tym nie zyskałem. Znowu były kontrowersje, znowu „bylejakość”, ale nie chce już do tego wracać, bo szkoda na to nerwów…
Wróćmy do samych powikłań zdrowotnych. Kontuzja biodra na szczęście nie okazała się aż tak poważna, jak na początku myślałem i po mniej więcej 2-3 miesiącach wróciłem do biegania. Przez pierwsze 2-3 tygodnie odczuwałem lekki ból i dyskomfort, z czasem jednak wszelkie dolegliwości minęły. Pozostałe „uszkodzenia” nie były zbyt dokuczliwe. Uratowało mnie to, że w momencie wypadku miałem na sobie grubą kurtkę, która trochę zamortyzowała uderzenie. W każdym razie zima 2012/2013 była dla mnie wyjątkowo traumatyczna – wypadek, utrata stażu, problemy osobiste. Pół roku wcześniej myślałem, że już „gorzej być nie może”, a jednak mogło. Najgorsze było jednak to, że nie mogłem stosować najlepszej metody na smutek, złość czy apatię – nie mogłem biegać. Pamiętam jak w kalendarzu odliczałem dni do planowanego powrotu.
Na szczęście w końcu ten dzień nadszedł i postanowiłem, że spróbuję przygotować się do I półmaratonu z Grudziądza do Rulewa, który zaplanowany był na 3 maja. Po drodze dopadło mnie jakieś mocniejsze przeziębienie, ale koniec końców udało mi się ostatecznie nabiegać 1:26:26, co było moją ówczesną życiówką na dystansie półmaratońskim. Dwa tygodnie później udało mi się dostać pracę w szkole, co też było dla mnie niezwykle istotne, po prawie półrocznym okresie bezrobocia. Późną wiosną wystartowałem jeszcze w olbrzymim upale w Kwidzynie, w „Biegu pod górkę” w Dąbrówce Królewskiej i II edycji Biegu 3 Plaż w Grudziądzu. Szału nie było, ale pozostała satysfakcja, że przynajmniej znowu mogę biegać i rywalizować. W lipcu przeżyłem prawdziwe „odrodzenie”. Forma była kapitalna, porównywalna do tej „maratońskiej” z tego roku. Biegało mi się rewelacyjnie, puls był zaskakująco niski, aż chciało się „zasuwać”. Niestety po miesiącu przyszedł kryzys. Wystartowałem w półmaratonie w Ciechocinku, który miał być sprawdzianem przed Toruńskim Maratonem. Nie dość, że przez moje eksperymenty, z bólem brzucha, ledwie udało mi się złamać 1,5h, to jeszcze nabawiłem się kontuzji ścięgien Achillesa i prawdopodobnie kontuzji mięśnia dwugłowego. We wrześniu tradycyjnie wystartowałem w biegu im. Bronisława Malinowskiego, który ukończyłem z czasem 38:52. Niedosyt był olbrzymi. Nie dość, że forma z lipca uleciała, achillesy mi doskwierały, to jeszcze na początku tygodnia przyplątało się lekkie przeziębienie – jak pech to pech. Po biegu postanowiłem jednak, że wystartuję w Maratonie Toruńskim. Niestety przez te kilka tygodni przygotowań forma nie poszła zbytnio w górę, nadal czułem spory dyskomfort przy bieganiu, ale chciałem walczyć. Stanąłem na starcie z myślą, że chce złamać 3h. Obrałem tą samą strategię, którą udało mi się zrealizować w tym roku. W każdym razie ani forma, ani warunki nie były takie, jak obecnie. Na starcie było 16 stopni, więc jak na koniec października całkiem sporo. Założyłem krótki rękaw i spodenki startowe, i wyruszyłem do boju. Od początku jednak nie biegło mi się zbyt dobrze, achillesy i mięsień dwugłowy dawały o sobie znać. Początek pobiegłem zbyt wolno, na 10 kilometrze miałem już minutę straty w stosunku do swoich założeń. Wtedy popełniłem duży błąd i postanowiłem nadrobić te zaległości. Po drodze zmoczył nas deszcz, co dodatkowo obniżyło komfort biegu. Dobiegłem do półmetka praktycznie zgodnie z planem, ale wtedy zaczęły się schody. Wiatr stał się niekorzystny, wiał centralnie w twarz. Sił zaczęło ubywać. Wiedziałem, że to nie jest mój dzień. Walczyłem ze sobą i ze swoimi słabościami. Nie chciałem też zawieść kolegi, który dzielnie towarzyszył mi na rowerze, i który też nieźle przemókł. Niestety ściana to ściana, jak się do niej doprowadzi, to przebić się przez nią jest praktycznie niemożliwe. Żaden samochód wszak bez paliwa nie pojedzie. Między 25 a 30 kilometrem zaczął się większy kryzys, próbowałem trzymać tempo, które niestety jednak z każdym kilometrem spadało. Ostatnie 12 kilometrów to była walka wyłącznie o to, żeby się nie zatrzymać. Pokusa była ogromna. „Po co walczyć, skoro i tak zakładanego wyniku się nie zrobi?”. Ja chciałem jednak udowodnić sobie, że przebiegnę 42 kilometry w całości, bez maszerowania, co niestety nie udało mi się w trakcie dwóch poprzednich, oficjalnych maratonów. Było ekstremalnie ciężko, ale walczyłem do końca. Najgorszy kryzys dopadł mnie na 40 kilometrze i trwał aż do samej mety. Skurcze łapały mnie praktycznie we wszystkie mięśnie w nogach. Czułem się jakby ktoś mnie „prądem poczęstował”. Na metę wbiegłem wyczerpany, dochodziłem do siebie dobre pół godziny. Czułem się fatalnie, kręciło mi się w głowie, robiło mi się ciemno przed oczami. Jedyną satysfakcją było to, że po raz pierwszy przebiegłem maraton od startu do mety, chociaż czas – 3:10:47 – nie był spełnieniem moich marzeń.
Po tym biegu moje achillesy się zbuntowały i niestety przez kolejne 3 miesiące praktycznie w ogóle nie byłem w stanie trenować, czyli straciłem drugi okres przygotowawczy do sezonu z rzędu. Przeżyłem to bardzo. Swój smutek zajadałem „michałkami”, których potrafiłem zjadać po pół kilograma dziennie. Do świąt przytyłem około 10 kilogramów.
Do regularnego biegania wróciłem tak na dobre pod koniec stycznia 2014 roku. Niestety ból w Achillesach nie minął całkowicie. Postanowiłem jednak, że będę trenował. Zakupiłem jakieś środki, stosowałem maści i jakoś dało się biegać. W kwietniu pojawiła się iskierka nadziei. Na ostatnim mocnym treningu przed moim pierwszym startem w sezonie (3 maja w półmaratonie) wyrównałem na stadionie swój nieoficjalny rekord życiowy na 800 metrów (2:30). Zrobiłem to w zasadzie na ostatnim powtórzeniu (biegałem wtedy interwały 8 x 800 m) bez specjalnego sprężania się. Swoją dyspozycję potwierdziłem w majowym półmaratonie, gdzie pobiłem swój rekord życiowy. Uzyskałem 1:24:30, stosując strategię negative split (pierwsza połowa dystansu wolniej). Z 51 miejsca na 3 kilometrze, wskoczyłem na pozycję dziewiętnastą na mecie. Potem niestety przyszedł ogrom pracy, sesja i ogólne zmęczenie. Spałem po 3-4 h niekiedy, co odbiło się na formie. Starty w Dąbrówce Królewskiej i Biegu 3 Plaż, to były porażki. Nie czułem w ogóle mocy. Wiedziałem, że muszę odpocząć, bo byłem po prostu przemęczony. Po dwóch, trzech dniach kompletnej laby wróciłem do solidnej pracy. W lipcu przebiegłem ponad 500 kilometrów i pod koniec miesiąca wiedziałem, że jest dobrze. Czułem jak forma z każdym dniem idzie w górę, 30 lipca 2014 roku podjąłem decyzję – startuję w Maratonie Toruńskim i znowu spróbuję „złamać 3h” :)
I tym sposobem dotarliśmy do końca mojej biegowej historii, która w ostatnich dwóch miesiącach skończyła się happy endem. Najpierw we wrześniu udało mi się poprawić o kilkanaście sekund życiówkę na 10 km, a nieco ponad miesiąc później, osiągnąć chyba swój największy sukces biegowy, jakim było złamanie 3h w maratonie :) W zasadzie to już też jest historia, nie można spoczywać na laurach, tylko trzeba patrzeć do przodu. Przede mną jeszcze jeden start w tym sezonie – 10 km w Gdyni z okazji Święta Niepodległości. Liczę na udany finisz :)
Do treningów wracam pojutrze, w sobotę. Nogi odpoczęły, nie czuję już praktycznie żadnego bólu – pora więc na ostatnią prostą w tym sezonie!

Bilans zysków i strat

Pisząc wczoraj relacje zapomniałem o kilku bardzo ważnych sprawach. Między wierszami wspomniałem co prawda o tym, co jadłem i piłem w trakcie biegu, ale nie podałem konkretnych ilości. Teraz mogę jednak stwierdzić, że przesadziłem :) Z drugiej strony lepiej wziąć więcej, niż cierpieć na niedostatek.
Z domu przywiozłem dziewięć półlitrowych napojów izotonicznych typu Powerade, butelkę wody (0,7 l) i 4 żele energetyczne. Ostatecznie na całej trasie wypiłem niecałe 4 butelki izotoniku, dzieląc się jeszcze z 2 czy 3 innymi biegaczami. Do tego oczywiście wyżej wspomniana woda, więc jak na mnie wypiłem bardzo mało. Mimo niskiej temperatury i braku słońca, musiałem jednak stracić dużo więcej płynów, bo po wykąpaniu się, zjedzeniu obiadu u kolegi i kolacji w domu, a także po wypiciu około 2 litrów różnego rodzaju napojów, moja waga wskazywała wieczorem 85 kg, czyli mniej więcej tyle, ile miałem na starcie. Szkoda, że nie miałem możliwości zważyć się tuż po biegu, ciekawe jaka wtedy by mi wyszła masa ciała :)
Wczoraj nieco zamieszałem z miejscem w klasyfikacji Pracowników Oświaty. Na początku w smsach pisałem, że zająłem trzecie miejsce. Ostatecznie okazało się, że byłem drugi, bo przede mną przybiegła kobieta, a dla obu płci prowadzono osobne klasyfikacje. Tak na marginesie była to jedyna kobieta, z którą wczoraj przegrałem :) W każdym razie w przypływie złego humoru albo jakiegoś smutku, będę mógł powiedzieć sobie, że jestem wicemistrzem Polski wśród Pracowników Oświaty w maratonie – haha :)
W dniu dzisiejszym mogę już napisać, jakie „spustoszenie” poczynił w moim organizmie wczorajszy bieg. Powiem szczerze, że jest o wiele lepiej niż się spodziewałem. Wczoraj największym problemem okazały się otarcia na udach, które dość mocno szczypały. Dziś ten problem praktycznie zniknął, ranki się zabliźniły i nie odczuwam w ogóle dyskomfortu. Jedyne co mi doskwiera to lekki ból przy schodzeniu ze schodów, dotyczy on mięśni czworogłowych ud. Nie jest to jednak coś, co mnie martwi. Trzy, cztery dni i nogi dojdą do siebie, przynajmniej jeżeli chodzi o komfort chodzenia. Najbardziej jednak cieszy mnie to, że moje achillesy dzielnie zniosły wczorajszą próbę. Rok temu praktycznie przez 2-3 dni nie mogłem chodzić, teraz jest o wiele lepiej. Przy ucisku coś tam oczywiście czuję, ale przy chodzeniu nie odczuwam bólu. Jeżeli chodzi o ogólne samopoczucie, to jest bardzo dobre. Nie mam ciężkiego oddechu, nie czuję się wyczerpany itp. W związku z powyższym podjąłem decyzję – 11 listopada chcę wystartować w Biegu Niepodległości w Gdyni na dystansie 10 kilometrów. Będzie to moje oficjalne zakończenie sezonu. Wypróbuję przy okazji moje nowe „startówki” i postaram się powalczyć o nową życiówkę, chociaż nie będzie to łatwe w tłumie 6-7 tysięcy osób :) Mam nadzieję, że te kilka dni przerwy po maratonie pozwoli mi się odpowiednio odbudować :)
Na koniec pora na podsumowania – niedzielnego biegu, ostatniego tygodnia i nawet całego miesiąca, bo do piątku nie planuję żadnych treningów.

niedzielne zawody:
maraton – 2:57:08 – nowy rekord życiowy
pierwsza połowa (0-21,1 km) – 1:30:31, średnie tempo biegu pierwszej połowy – 4:17/km
druga połowa ( 21,1-42,2 km) – 1:26:37, średnie tempo biegu drugiej połowy – 4:06 /km
Średnie tempo całości – 4:11 /km

3 km rozbiegania + krótka GR => 42 km maraton ( w średnim tempie 4:11/km) => ok. 2,5 km rozbiegania
w sumie 48 km

Podsumowanie tygodnia – 91 km w 5 jednostkach
Podsumowanie miesiąca (października) – 374 km w 20 jednostkach treningowych

PRIMO VICTORIA!

Cóż za piękny weekend!:) Wczoraj świetne widowisko na Santiago Bernabeu, a dziś z kolei rewelacyjny bieg, który trudno jest nawet słowami opisać :) Czuje w sobie tak ogromną radość, że już nie mogę się doczekać kolejnych wyzwań :) Z góry przepraszam za chaos, ale niestety emocje nadal są ogromne :)
Przygoda pod tytułem „Maraton Toruński 2014″ rozpoczęła się dla mnie tak naprawdę wczoraj. Po zjedzeniu pysznego makaronu z tuńczykiem, wzięciu krótkiego prysznica i spakowaniu wielkiej torby rzeczy, mniej więcej o godzinie 16 wyruszyłem w kierunku Torunia. Wolałem na spokojnie odebrać pakiet dzień przed, niż jechać w dzień startu i z nerwowością obserwować kłębiących się wszędzie biegaczy. Przenocowałem u znajomych, położyłem się stosunkowo szybko, bo o 23 starego czasu. Przed pójściem spać wypiłem melisę, żeby się uspokoić. Chociaż o dziwo wcale nie byłem poddenerwowany, a wręcz odwrotnie – wyciszony. Rano wstałem o 6:30, przed siódmą zjadłem 2 bułki z dżemem – i to by było na tyle, jeżeli chodzi o odżywianie przed startem. Przed wyjściem na bieg nie zapomniałem o koncentracji, czyli kilkunastu minutach skupienia z mp3 na uszach, z moimi „motywacyjnymi” piosenkami. Przygotowania do biegu zabrały mi nadspodziewanie dużo czasu. Najwięcej zabawy miałem z moim zegarkiem, który chciałem w miarę stabilnie umocować. Niestety motyw z taśmą klejącą się nie sprawdził…pasek odpadł przed startem. W każdym razie swoją rolę świetnie odegrała folia z agrafkami, które dość stabilnie przytrzymywały zegarek, w związku z czym miałem możliwość kontrolowania swojego tempa.
Z domu znajomych na start miałem około 3 kilometrów. Wyszedłem bardzo późno, bo koło 9:35 (o 10 był start). Jak dobiegałem już do tej całej ferajny spiker krzyczał, żeby się powoli ustawiać na starcie. Ok, a gdzie tu rozgrzewka i najważniejsze – toaleta!?? W panice zacząłem szukać popularnych toi toi. Było ich mało, a kolejka do nich wcale nie mała. Stojąc w niej po prostu zacząłem zrzucać wierzchnie rzeczy, które miałem przygotowane tylko na rozgrzewkę, przy okazji robiąc trochę wymachów i krążeń. Nie ma to jak presja czasu! :) Po wyjściu z toalety usłyszałem ponownie spikera obwieszczającego, że za 90 sekund rozpocznie się bieg. Zacząłem się wiec przedzierać na sam przód, po drodze witając się ze znajomymi biegaczami. Zdążyłem w zasadzie tylko wyzerować swój zegarek, kiedy sędzia dał sygnał do startu. Chmara różnokolorowych biegaczy ruszyła. Jak zwykle spora grupa osób chyba pomyliła maraton z biegami sprinterskimi :) Poszli, aż się kurzyło :) A ja spokojnie, ustawiłem sobie odtwarzacz mp3 na odpowiedniej piosence i zacząłem kontrolować tempo co 200 metrów. Początek jest zawsze trudny. Trzeba uważać na gąszcz nóg, różne przeszkody, które wyłaniają się znienacka, no i przede wszystkim na niespodziewane odruchy innych biegaczy, którzy za wszelką cenę próbują sobie utorować drogę do przodu. W każdym razie maraton to dystans, gdzie strata nawet kilkunastu sekund na pierwszym kilometrze nie ma aż tak wielkiego znaczenia, a może nawet korzystnie wpłynąć na organizm, pozwalając mu „wejść na odpowiednie obroty”. Przed biegiem ucieszyłem się, że na czas 3h będzie pacemaker (nadawacz tempa). Z drugiej strony obawiałem się, że podobnie jak większość biegaczy obierze taktykę – pierwszą połowę mocno, a na drugiej „się zobaczy”. Niestety moje przypuszczenia się sprawdziły i widząc, jak się oddala, wcale się tym nie przejmowałem. Na marginesie powiem tylko tyle, że ten człowiek spartaczył całkowicie swoje zadanie, bo z grupy osób (dość dużej), która zdecydowała się z nim biec, na mecie ostała się wyłącznie jedna osoba…Jednym słowem „zając” wykończył ludzi swoim tempem. Chyba zapomniał, że pacemaker nie biegnie dla siebie, a dla innych…Żeby być pacemakerem, umownie przyjmuje się, że trzeba mieć te 15-20 minut lepszą życiówkę, niż zamierzony czas prowadzenia. Innymi słowy ktoś kto prowadzi grupę na 3h powinien biegać maraton powiedzmy w 2:45.
Ok, zostawmy już go w spokoju i wróćmy do mojego biegu. Zapomniałem dodać o jednej bardzo ważnej rzeczy. W trakcie biegu towarzyszył mi na rowerze mój znajomy, który dzielnie podawał wodę, izotoniki, no i żele energetyczne. W dużej mierze jemu zawdzięczam dzisiejszy, rewelacyjny wynik :) Generalnie cały maraton miałem od A do Z rozplanowany, zresztą jak to ja – każdy detal musi być dopracowany ;) Żel przyjmowałem co 5 kilometrów. Popijałem go wodą, co sprawdziło się znakomicie. Z izotoników starałem się korzystać w miarę regularnie, żeby nie odwodnić zbytnio organizmu. Z drugiej strony temperatura na starcie oscylowała w okolicy 5 stopni, więc jak dla mnie było ok.
Od 2-3 kilometra zaczęło się moje przesuwanie do przodu. Mijałem pierwszych „maruderów”, którzy wyraźnie przeszacowali swoje możliwości. Na piątym kilometrze miałem stratę bodajże 8 sekund wobec swoich założeń – nie przejąłem się tym oczywiście w ogóle. Wziąłem żel, popiłem wodą i zgodnie z planem, przyspieszyłem o kilka sekund. Kolejna „piątka” to slalom na dość wąskim odcinku. Wyprzedzanie stłoczonych razem grup nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy, ale i tak w tym roku było lepiej niż w poprzednim. Na dziesiątym kilometrze osiągnąłem identyczny czas, z tym co sobie założyłem (byłem wówczas na 78. miejscu). Wziąłem kolejną porcję żelu i znowu przyspieszyłem o 2-3 sekundy. W końcu z wąskiej ścieżki rowerowej wbiegliśmy na asfalt, gdzie można było przynajmniej swobodnie wyprzedzać. Jedynym minusem było to, że zniknęła nam nagle osłona w postaci drzew, co przy dość mocnym, chłodnym wietrze nie było zbyt przyjemne. Dobiegając do 20-stego kilometra nagle z tyłu usłyszałem oddech innego biegacza. Trochę się zdziwiłem, ale z drugiej strony jak zobaczyłem, że podczepia się za mną, to się ucieszyłem, bo myślałem, że może w końcu będę mógł z kimś pobiec chociaż te kilka kilometrów. W końcu w grupie raźniej, nawet dwuosobowej (zwłaszcza gdy wieje wiatr). Mimo wszystko wyżej wymieniony biegacz z nieznanych przyczyn wyskoczył jak z torpedy do przodu, uciekając mi na kilka/kilkanaście metrów. Był to jedyny moment w trakcie biegu, poza pierwszymi dwoma kilometrami, kiedy ktoś mnie wyprzedził. W każdym razie zdziwiło mnie, że na tym odskoku poprzestał i dystans między nami wcale się nie zwiększał, a w zasadzie przez kilka kilometrów pozostawał bez zmian. Nie chciałem na siłę go gonić, więc utrzymywałem po prostu swoje tempo. Półmetek minąłem z czasem 1:30:31 (byłem wtedy na 69. miejscu). O 50 sekund szybciej, niż zakładał mój plan. Nie przejmowałem się tym zbytnio, bo cały czas moje tętno utrzymywało się na poziomie 150-153. Praktycznie tak, jak na treningu! Zawsze miałem na zawodach podwyższony puls, a teraz o dziwo nie :) No nic, od 21 kilometra wiatr zmienił kierunek i wiał centralnie w twarz. Mimo półtorej godziny biegu czuło się nieprzyjemny chłód. Podejrzewam, że temperatura odczuwalna spadła poniżej zera. Biegnąc w krótkich spodenkach nie było mi zbyt komfortowo. Mimo wszystko biegło się nie najgorzej, a doganianie i wyprzedzanie kolejnych biegaczy dodawało sił. Na 23-24 kilometrze dogoniłem biegacza, który tak wystrzelił do przodu i przez następne 2-3 biegliśmy razem, zmieniając się na prowadzeniu. Nawet podzieliłem się z nim izotonikiem, żeby miał siły na dalszą współpracę. Niestety kolega zapłacił za wcześniejsze harce i od 27 kilometra zdany byłem już wyłącznie na własne siły (nie licząc oczywiście kolegi na rowerze!). Dobiegłem do 30-stego kilometra i nadal czułem się bardzo dobrze. Minąłem kolegę, który padł niestety ofiarą „pacemakera” i zapłacił za zbyt szybki początek. Rzuciłem mu tylko kilka słów otuchy i pobiegłem dalej. Ze zdziwiniem spojrzałem na zegarek, gdy jeden z kilometrów wyszedł mi w tempie ok. 4 minut. Fakt, było trochę z górki, ale mimo wszystko stwierdziłem, że raz się żyje. Plan zakładał, że od półmetka będę biegł po 4:12/km, ale skoro nogi niosły, to przestałem kalkulować – wiedziałem, że dziś jest mój dzień i powinno być ok. Większość kilometrów wychodziła mi na poziomie 4:05-4:08, więc mając stosunkowo niski puls, dobry oddech i sporo sił postanowiłem zaryzykować. Zacząłem mijać coraz więcej osób, które ewidentnie przesadziły z tempem. Większość z nich pewnie myślała, że wybiegłem zza jakichś krzaków albo skróciłem sobie drogę – przynajmniej na to wskazywały ich spojrzenia :) Dobiegłem do 34 kilometra, gdzie musiałem zmierzyć się z chyba najdłuższym podbiegiem w całych zawodach. Wzmocniłem pracę rąk, skróciłem delikatnie krok i ruszyłem energicznie pod górę. Na końcu podbiegu wziąłem żel, popiłem wodą i pognałem dalej. Około 37 kilometra pojawił się mały problem. Zaczął mnie boleć mięsień przywodziciel lewego uda. Wyglądało to, jakby za chwilę miał mnie złapać skurcz. Nie skupiałem się jednak na tym i po kilometrze zapomniałem o całej sprawie. Wbiegaliśmy akurat w granice Torunia i to dodatkowo dodało mi sił. 38 kilometr przebiegłem w równe 4 minuty. Po około 500 metrach poprosiłem kolegę o ostatnią porcję żelu i rzuciłem się w szaleńczą pogoń za ludźmi, których zobaczyłem przed sobą. Na 40-stym kilometrze czułem się tak rewelacyjnie, że przestałem myśleć o czymkolwiek. Wiedziałem, że wynik będzie „grubo” poniżej 3h. Mijając faceta, którego złapał skurcz w nodze, przypomniało mi się, jak dokładnie rok wcześniej, to ja ledwie dobiegałem do mety, mając skurcze chyba we wszystkich mięśniach w kończynach. Odcinek między 41, a 42 kilometrem to był prawie „sprint”. Nie wiem ile dokładnie zajęło mi przebiegnięcie tego kilometra, ale biegłem jak natchniony. Podejrzewam, że mogłem osiągnąć jakieś 3:40/km, może nawet szybciej. Minąłem jeszcze ze 2-3 osoby i przy dopingu mnóstwa ludzi zgromadzonych wokół stadionu wpadłem na bieżnię. Zobaczyłem tabliczkę z napisem „42 km” – do końca pozostało więc 195 metrów! Zerwałem się do jeszcze szybszego biegu, widząc cały czas metę przed sobą. Kilkadziesiąt metrów przed finiszem dostrzegłem na zegarze czas 2:56…Odruchowo jeszcze przyspieszyłem i wpadłem na metę z czasem 2:57:08, zajmując ostatecznie 37. miejsce w klasyfikacji generalnej oraz 2. miejsce w Mistrzostwach Polski Pracowników Oświaty w maratonie.
Nie zapomnę w każdym razie tych emocji na finiszowych metrach i tego okrzyku radości na mecie :) Czułem się, jakbym zdobył złoty medal olimpijski :) Ogrom pracy, przygotowań i wyrzeczeń ostatecznie się spłacił :) To był pierwszy maraton, w którym od początku do końca miałem kontrolę nad tym, co się dzieje. Po raz pierwszy to ja pokonałem maraton, a nie on mnie :) Wreszcie też pokonałem maraton bez tej słynnej „ściany”. W trakcie biegu nie miałem żadnego kryzysu. Cały czas biegło mi się dobrze, bardzo dobrze albo świetnie. Jest jeszcze jedna rzecz, z której jestem naprawdę dumny. Po mistrzowsku rozegrałemten bieg, jeżeli chodzi o strategię. Spośród 36 osób, które mnie wyprzedziły tylko 3 albo 4 z tego co widziałem, pobiegły szybciej drugą połowę dystansu. W ich przypadku było to jednak kilkadziesiąt sekund, maksymalnie minuta. Ja zrobiłem negative split na poziomie prawie 4 minut! Pierwszą połowę przebiegłem w 1:30:31, a drugą w 1:26:37. Na 10 kilometrze byłem 78, a na mecie 37. Wyprzedziłem więc 41 osób, nie licząc tych, których minąłem od drugiego do 10 kilometra, a myślę, że nie było ich wcale mniej. Reasumując taktyka negative split jest rewelacyjna! Wbiegając na metę nie czułem się w ogóle wyczerpany. Rozsądne rozłożenie sił, wyprzedzanie kolejnych rywali, no i doping na trasie zrobiły swoje :) O sukcesie tym zadecydowało oczywiście jeszcze kilka innych czynników, takich jak odpowiednie odżywianie przed startem, odpowiednia ilość snu, racjonalne treningi czy ogromna pomoc kolegi.
Jestem niezmiernie szczęśliwy, że wysiłek, który włożyłem w przygotowania nie poszedł na marne. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że osiągnę tak dobry wynik. Z szacunkiem podchodziłem do dystansu maratońskiego i mimo wszystko pamiętałem swoje dotychczasowe, traumatyczne, bądź co bądź, wspomnienia z poprzednich biegów. W każdym razie, praca, rozsądna taktyka i przede wszystkim wiara w sukces czynią cuda :) To był zdecydowanie najlepszy bieg w mojej „karierze”. Oby takich było jak najwięcej w przyszłości :) Nie wiedziałem, że w trakcie biegu mogę poczuć tak wielkie emocje jak oglądając Igrzyska Olimpijskie w biathlonie czy też będąc na koncercie Deep Purple :)
Dawno, dawno temu, kiedy zaczynałem poważniej biegać, pokonanie maratonu poniżej 3h wydawało mi się abstrakcją, później stało się celem, a dziś jest rzeczywistością :) Człowiek może wiele, trzeba tylko cierpliwości :)
Pora na kolejne wyzwania. Dziś wygrałem bon o wartości 150 złotych, który mogłem przeznaczyć na zakupy w sklepie biegacza, co niezwłocznie uczyniłem. Kupiłem sobie, dopłacając kilkadziesiąt złotych, buty startowe adidasa. Za dwa tygodnie chciałbym jeszcze przebiec jakąś „dyszkę” i spróbować pobić swoją życiówkę, aby postawić „kropkę nad i” na koniec sezonu. Po dzisiejszym biegu, wiem że jest to możliwe :) Najbliższe pięć dni to jednak pora na regenerację i całkowity rozbrat z bieganiem :) Dziękuje także wszystkim za pamięć i miłe smsy – to mi też bardzo pomogło! :) Do napisania!

Moja historia biegowa – część 3

W poprzedniej części tego cyklu opisałem swój udział w pierwszym, oficjalnym maratonie, który miał miejsce w 2009 roku. Niestety ze względu na kontuzję kolana, chorobę na kilka tygodni przed startem, brak doświadczenia oraz zwyczajny, młodzieńczy entuzjazm, musiałem przełknąć gorycz porażki. Wczoraj pisałem o tym, co się dzieje w głowie na ostatnich kilometrach, kiedy nadchodzi mityczna „ściana”, gdy wydaje się, że nie ma się już sił na zrobienie choćby jednego kroku. Do tego dochodzą myśli – „nigdy więcej”, „po co się tak męczyć” itp. :) Tylko, że to organizm sam „zarzuca” nas tego typu informacjami, bo nie chce, abyśmy go eksploatowali. W głębi duszy każdy wie, że prawdopodobnie za jakiś czas zrobi „to” po raz kolejny :) Zgodnie ze słowami Johna Cheneya, „Dusza nie znałaby tęczy, gdyby oczy nie znały łez”, trzeba czasami trochę popracować i pocierpieć :) No pain, no gain :)
Maraton w 2009 roku był dla mnie sporym rozczarowaniem, ale wiedziałem, że nie ma sensu długo rozpaczać, tylko trzeba zabrać się do roboty. Trzy tygodnie później, 30 czerwca, w wyjątkowo upalny dzień, postanowiłem zrobić sobie sprawdzian na 800 metrów na stadionie. O pomoc poprosiłem kolegę, który trenował kilka lat wcześniej średnie dystanse. Miał nadawać mi tempo przez 300-400 metrów. Po pierwszych dwustu, które przebiegliśmy w 28-29 sekund, miałem już serdecznie dość. Po trzystu metrach kolega zszedł z bieżni (cwaniak jeden :) ), a ja po zrobieniu jednej pętli (400 metrów w 1:07) marzyłem już tylko o ciepłej kąpieli w wannie. Drugie kółko było mordęgą i ostatecznie linię mety przekroczyłem, gdy mój zegarek wskazał 2:30. Piszę o tym, bo mimo wszystko z tego rezultatu byłem zadowolony. Był to pierwszy mocniejszy bieg od czasu maratonu i wiedziałem, że motywacja do kolejnych przygotowań będzie jeszcze większa. Na początku lipca wróciłem w rodzinne strony, stwierdziłem, że kontakt z trenerem na odległość nie ma zbyt dużego sensu i postanowiłem, że skorzystam z planu przygotowań, zaproponowanego przez Pana Skarżyńskiego. Ponownie skupiłem się na złamaniu bariery 3h i 20 minut. Przez cały tamten rok nie miałem większych problemów zdrowotnych, więc z optymizmem patrzyłem na zbliżający się maraton. Pogoda w kwietniu i maju była iście jesienna. Wybuch wulkanu na Islandii spowodował, że praktycznie dzień w dzień było pochmurnie, zimno i często padał deszcz. Liczyłem, że taka aura utrzyma się do 6 czerwca…niestety przełom nastąpił 3 dni przed. Z nastaniem czerwca nadeszły do Polski upały i właśnie w takiej pogodzie przyszło maratończykom w Toruniu zmagać się w 2010 roku. Już od rana słońce prażyło niemiłosiernie. Temperatura na starcie sięgnęła 28 stopni, więc podjąłem decyzję, iż spróbuję pobiec wolniej, aby złamać 3:30. Podobnie jak rok wcześniej, ustawiłem się w grupie prowadzonej przez zająca. Największym błędem jaki zrobiłem było ustawienie się na końcu tej grupki, co zaowocowało tym, iż na pierwszych dwóch punktach żywieniowych, w ogóle nie dostałem kubka z wodą – wolontariusze po prostu nie nadążali nalewać, bo niektórzy ludzie brali po 2-3. Z drugiej strony trudno się dziwić. Temperatura w słońcu oscylowała prawdopodobnie w granicach 40-50 stopni, do tego nagrzany asfalt – jednym słowem po prostu „patelnia”. Na efekty długo nie musiałem czekać. Tuż po przekroczeniu półmetka zacząłem bardzo mocno słabnąć i podobnie jak rok wcześniej, moje tempo z każdym kilometrem dryfowało w dół. Miałem powtórkę z rozrywki – trochę truchtu, reszta w marszu. Po drodze spotkałem wyjątkowo sympatycznego nauczyciela WFu, z którym przebyłem ostatnie kilkanaście kilometrów. Jego podejście było znacznie luźniejsze, nie przejmował się zbytnio tym, co się stało. W sumie to nawet dobrze, że nie musiałem sam pokonywać tych ostatnich kilometrów, bo nie miałem sposobności rozmyślać nad tym maratonem i zadręczać się porażką. Jedyne dwa plusy z tego biegu, to opalenizna oraz 100 złotych, które wygrałem (100 złotych wręczano co dziesiątej osobie na mecie).
Po tym biegu niedosyt oczywiście był, ale z drugiej strony wiedziałem, że przy takiej pogodzie szans na realizację celu nie miałem żadnych – nie cierpię upałów w ogóle, a co dopiero jeszcze mówić o bieganiu w takiej aurze. Po tym biegu podjąłem decyzję, że skupię się na realizacji mojego głównego celu, którym oczywiście niezmiennie było osiągnięcie jak najlepszego wyniku we wrześniowym biegu na 10 km. Po pół roku stwierdziłem jednak, że moje postępy nie są zbyt duże. Postanowiłem więc, że spróbuję poszukać pomocy w miejscowym klubie lekkoatletycznym w Grudziądzu. Poprzez swojego znajomego nawiązałem kontakt z jednym, z trenerów, który zgodził się pomóc mi w treningach. Nasza współpraca trwała trochę ponad rok. W między czasie zacząłem trochę więcej startować w zawodach, zrobiłem jakieś tam postępy, ale….treningi, które miałem w ostatniej fazie współpracy, okazały się dla mnie zbyt mocne. Może popełniłem błąd, bo nie chciałem się przyznać, że to jednak ponad moje siły. Wierzyłem, że plan, który realizowałem pomoże mi biegać szybciej i poprawić technikę biegu. Niestety skutki okazały się opłakane…przez ostatnie 3-4 tygodnie nie byłem w stanie normalnie chodzić po schodach, nogi uginały się pode mną. Czułem się strasznie słaby, bez siły. Krew z nosa leciała mi praktycznie kilka razy dziennie. Byłem blady jak trup, mocno schudłem, ale najgorsze było to, że nie miałem ochoty kompletnie na nic. Nie interesowały mnie filmy, książki, jakiekolwiek wyjścia, przestałem nawet śpiewać (co u mnie się prawie w ogóle nie zdarza :) ). Na treningach potrafiłem się zmobilizować, chociaż też wiele mnie to kosztowało. Po bieganiu czułem się wyczerpany, jakbym przebiegł co najmniej maraton. W końcu jednak nadszedł feralny kwietniowy poniedziałek- coś pękło – organizm powiedział dosyć. Nie byłem w stanie wykonać tego, co zalecił trener. Wróciłem na stadion i stwierdziłem, że dłużej po prostu nie dam rady. Trener powiedział mi wtedy coś, co niesamowicie mnie zabolało. Stwierdził, że może powinienem spróbować swoich sił w wioślarstwie, może miałbym większe predyspozycje…te słowa bardzo mnie dotknęły. Postanowiłem, że wrześniowy Memoriał im. Bronisława Malinowskiego w Grudziądzu będzie moim ostatnim startem w zawodach. Planowałem, że później będę biegał wyłącznie rekreacyjnie, co drugi dzień, bez żadnych planów. Powiedziałem to na odchodne. Doszedłem do samochodu i nie mogłem powstrzymać łez. Rozumiałem to, że wszyscy ludzie mówili: „źle wyglądasz”, „Adrian co się z Tobą dzieje??”, ale dobiło mnie to, co powiedział trener. Myślałem, że chociaż on mnie wesprze w tym trudnym momencie…Na szczęście dla mnie rozmowie na stadionie przysłuchiwał się pewien człowiek. Znałem go z widzenia, bo przyprowadzał często syna na treningi, wiedziałem że ma ogromną wiedzę na temat biegania, bo z raz czy dwa razy miałem okazję z nim chwilę porozmawiać. To ten człowiek mi pomógł, to on namówił mnie, żebym nadal biegał i pomógł mi przezwyciężyć największy kryzys, jaki miałem w trakcie mojej „biegowej kariery”. Stosując jego rady i zalecenia, stopniowo odzyskiwałem siły, a po około 2 miesiącach byłem już na tyle silny, żeby móc „normalnie trenować”. Ów znajomy rozpisał mi plan, który skrupulatnie realizowałem. Stosując go uzyskałem we wrześniu 38:27, poprawiając zdecydowanie swój rekord życiowy na tym dystansie.
Gdybym tego człowieka nie spotkał na swojej drodze, pewnie biegałbym teraz co drugi dzień po 10 kilometrów, czytając tylko co jakiś czas doniesienia prasowe czy telewizyjne na temat wzrastającej liczby maratończyków w Polsce…
Wrześniowy sukces niesamowicie zmotywował mnie do dalszej pracy. Wszystko szło znakomicie, aż do 19 listopada 2012 roku, kiedy jadąc rowerem do pracy zostałem potrącony przez samochód…ale o tym już w następnej części…

Dzisiaj tu, jutro tam…

Dziś zacznę od opisu treningu, a właściwie tego delikatnego rozruchu, który zrobiłem kilkadziesiąt minut temu. Na koniec dorzucę kilka słów refleksji dotyczących zbliżającego się maratonu.
Generalnie pierwszą część mógłbym śmiało pominąć, bo co można pisać na temat 5-kilometrowego rozbiegania, zakończonego pięcioma przebieżkami? Ubrałem się, wyszedłem i nagle trening się skończył:) Na rozruchu, czyli ostatnim, bardzo delikatnym treningu przed zawodami, nie ma już co szaleć. Jak sama nazwa wskazuje tego typu bieganie ma na celu wyłącznie delikatne pobudzenie organizmu, przypomnienie mu o tym, że jeszcze kilka dni temu solidnie się trenowało :) Znacznie ważniejsza jest teraz regeneracja i odpowiednia dieta. O obydwie rzeczy staram się dbać. Jutro czeka mnie makaronowa wyżerka. Rano makaron z jajkiem, na obiad makaron z tuńczykiem, a na kolacje pewnie spaghetti :) W niedzielę przed startem tradycyjnie bułka z dżemem, no może półtorej – w zależności od tego, kiedy się obudzę. Boję się tylko, że mi się wszystko pokręci ze względu na zmianę czasu :) Jutro, jak będę miał wenę, napiszę może trzecią część swojej historii biegowej. W końcu trzeba się już mentalnie nastawić na kolejną walkę :)
No i nastał ten moment, kiedy nic już nie da się zrobić. To co wypracowałem, to jak trenowałem, zostanie zweryfikowane za dwa dni, a właściwie za kilkadziesiąt godzin. Z sentymentem podchodzę do tych wszystkich chwil, które doprowadziły mnie do kolejnego maratonu, a właściwie kolejnej chwili prawdy, z którą będę się musiał zmierzyć. Cieszę się, że to już „za chwilę”, bo coraz większą presję zaczynam odczuwać. Nie wiem czy to ze względu na tego bloga, bo są osoby, które wiem, że czytają moje wypociny, czy też na niewyrównany rachunek z dystansem maratońskim. W niedzielę około godziny 12 prawdopodobnie zacznę nienawidzić biegania i wszystkiego co się z nim wiąże, a z drugiej strony po wbiegnięciu na metę pewnie będę myślał już o nowym wyzwaniu, bo w końcu takowe lubię sobie stawiać. Musi być ciężko, musi być pot, czasami krew i łzy – to jest właśnie piękno sportu i cena za spełnianie swoich marzeń i ambicji :)

Podsumowanie treningu:
5 km rozbiegania (tempo 4:50-5:00/km) + GR + 5 przebieżek
w sumie 6 km

A jednak z zegarkiem na ręce?

Wczoraj niestety nie miałem możliwości, żeby napisać wiadomość, ze względu na kilkugodzinne problemy z prądem. Trening oczywiście zrobiłem, więc nie próżnowałem :) W zasadzie wyglądał on identycznie jak wtorkowy. Pobiegłem na dwunastokilometrowe rozbieganie i dorzuciłem do tego pięć przebieżek. Jeżeli chodzi o dzisiejszy trening, to liczba przebieżek nie uległa zmianie, zdecydowałem się natomiast nieco zmniejszyć dystans rozbiegania (do 10 km). Nie wynikało to z żadnych problemów zdrowotnych, ale zwykłej ostrożności przed niedzielnym maratonem. Generalnie ostatnie dwa treningi nie sprawiły mi żadnego problemu. Biegało się bardzo dobrze, nogi same rwały się do wysiłku. Tempo oscylowało przeważnie w granicach 4:45-4:50/km, przy pulsie 130-135. Oddechowo też spokojnie – nie ma więc powodów do paniki :)
Presja w każdym razie jest – powoli zaczynam ją odczuwać. Gorzej mi się zasypia, mój „układ współczulny” pracuje na całego, gdy kładę się spać :) W sobotę będę musiał się nieźle wyciszyć, ale jak to zrobić, gdy wieczorem są Gran Derbi! Przedstartowe emocje będę więc miał gwarantowane :)
Im bliżej maratonu, tym więcej pytań chodzi mi po głowie. Dziś po raz drugi spróbowałem „zrekonstruować” mój zegarek – wcześniejsza próba była nieudana. Dzisiejsza jako tako się powiodła. Wykorzystałem w niej mechanizm zaproponowany przez kolegę, który nieco zmodyfikowałem. Co zrobiłem? Na początku taśmą klejącą starałem się urwaną część paska zamocować do pozostałej części zegarka. Jest to prowizorka, która po jakimś czasie odpada, ale wystarczy, jeżeli uda mi się dzięki niej zapiąć zegarek na ręce. Na to nałożyłem folię, którą wyciąłem wykorzystując przezroczystą koszulkę do dokumentów. Końce wyżej wymienionej folii dość mocno ścisnąłem i spiąłem za pomocą agrafek. W trakcie treningu pasek odkleił się, ale dzięki sztywnej folii zegarek nie przemieszczał się na wszystkie strony. Tą metodę spróbuję prawdopodobnie wykorzystać też na maratonie.
Druga rzecz dotyczy stroju. Zrobiło się dosyć zimno. W sobotę może być jeszcze chłodniej. Prawie pewne jest, że wystartuję w krótkich spodenkach startowych, ale co z „górą”? Krótki rękaw raczej odpada, nie jest to w końcu wyścig na 10 kilometrów, tylko trzygodzinny bieg. Z czapki pewnie zrezygnuje, ale już rękawiczki będą mi niezbędne.
No i na koniec nawodnienie…to jest mój koszmar i coś, co przeraża mnie bardziej, niż małe dzieci „potwory z szafy” :) W każdym razie nawet litrowe odwodnienie powoduje spadek wydolności o kilka procent… Zdecydowałem już, że na trasę wezmę 8 butelek Powerade’a, jedną małą butelkę wody i do tego 4 żele węglowodanowe co 5 km – mam nadzieję, że energii wystarczy do mety :)

Podsumowanie środowego treningu:
12 km + GR + 5 przebieżek
w sumie 13 km

Podsumowanie czwartkowego treningu:
10 km + GR + 5 przebieżek
w sumie 11 km

Węglowodanowe ładowanie czas zacząć

Dziś bardzo krótki post, ze względu na ekstremalnie dużą ilość pracy do zrobienia. Niestety zamiast wyciągnąć leniwie „kopyta” na łóżku i odpoczywać, muszę wrzucić 5 bieg i ogarnąć wszystko co mam na głowie. Jednej zasady się jednak trzymam – godzina 23, to czas, kiedy zbieram się do snu i nic mnie już wtedy nie interesuje – no może nie tak dosłownie :) W każdym razie SEN to najważniejsza forma regeneracji i o tym powinien pamiętać każdy, nie tylko biegacze.
Jeżeli chodzi o mój dzisiejszy trening, to przebiegł bez żadnych fajerwerków. Nie czułem żadnego bólu w okolicy kostki, nogi pracowały bardzo dobrze, z tętnem i oddechem też nie było problemów – więc nie mam co narzekać. Przebiegłem w sumie 12 kilometrów, do których dorzuciłem pięć stumetrowych przebieżek w tempie ok. 3:30/km. Tak jak pisałem w niedzielę, w ostatnim tygodniu przed zawodami nie robię już żadnych ćwiczeń siłowych, na brzuch itp. Wszystkie mięśnie muszą być przygotowane i zregenerowane w 100% na zawody. Od dziś zacząłem tzw. „ładowanie węglami”. Na obiad zjadłem jeden z moich ulubionych posiłków, czyli makaron z jajkiem, serem i tuńczykiem. Trzeba będzie jeszcze pochłonąć kilka razy ten makaron, dorzucić do tego wątróbkę i może jakieś węglowodanowe racuchy w sobotę :)

Podsumowanie treningu:
12 km rozbiegania => GR => 5 x 100 m przebieżki (tempo 3:30/km)

It’s the final countdown

Dni coraz krótsze, liści na drzewach ubywa z każdą godziną – to jasny znak, że zbliżamy się do….maratonu, a właściwie…ja się zbliżam :) Tak jak w piosence zespołu „Europe” – trwa ostateczne odliczanie, a mój „odlot” nastąpi dokładnie za tydzień :) Mam nadzieję, że o tej porze będę mógł się już cieszyć z osiągnięcia celu :) Do tego oczywiście daleka droga. Znowu trzeba będzie się wznieść na wyżyny swoich możliwości i zapomnieć o wszystkich wcześniejszych porażkach na tym dystansie. Przygotowanie psychiczne w tak długim i trudnym biegu to podstawa. Na linii startu będę się musiał „przenieść” myślami na swoją pętlę – tam mi nic nie grozi, bo tam ja dyktuję warunki! :)
Po wczorajszym treningu na stadionie nogi były dziś bardzo świeże. To dobrze, o to chodziło. Trening miał być w miarę mocny, ale nie eksploatujący. Dziś biegało mi się super. Co prawda, w prawej stopie (tej, z którą ostatnią miałem problemy) czułem od czasu do czasu jakiś lekki ból czy dyskomfort, ale nie dotyczył on okolic kostki – tylko „wszystkich innych rejonów”. Pewnie wynika to trochę z faktu, że stopę stawiałem w ciągu ostatnich dni trochę nienaturalnie. W każdym razie to nie są raczej niepokojące objawy i wraz ze zmniejszeniem intensywności, a także kilometrażu, powinny zniknąć. Dla bezpieczeństwa, przez ostatnie 2-3 dni treningi robiłem w nowszych butach, z lepszą amortyzacją. Pewnie to samo zrobię w tygodniu startowym.
Wracając do dzisiejszego treningu…przebiegłem w sumie 16 km. Nogi mnie dobrze niosły, niektóre kilometry wychodziły nawet po 4:40. Musiałem się czasami wręcz hamować, żeby nie przesadzić. Na koniec dorzuciłem gimnastykę rozciągającą. Stwierdziłem też, że dziś jeszcze nie będę ryzykował z przebieżkami, a wszelkiego typu ćwiczenia odłożę już na bok. Organizm musi dobrze się zregenerować, teraz i tak już cudów przecież nie zdziałam. W przyszłym tygodniu planuję zrobić trzy i pół treningu. We wtorek, środę i czwartek pobiegnę delikatne rozbiegania na poziomie 10-12 kilometrów, dorzucę do nich ewentualnie kilka przebieżek, a te pół treningu, to piątkowy rozruch – 5 kilometrów biegu i do tego 5 przebieżek :) Sobota oczywiście wolna – trzeba będzie trochę filmów pooglądać, poczytać jakąś książkę, pośpiewać itp. :)

Podsumowanie tygodnia: 82 kilometry w 5 jednostkach treningowych

Stadionowy bieg

W dniu dzisiejszym zrobiłem ostatni mocny akcent przed przyszłotygodniowym maratonem. Z rana trochę się obawiałem czy dam radę go w ogóle pobiec, bo przy wstawaniu poczułem lekki ból w okolicach kostki. Na szczęście kilka minut rozchodzenia i było ok.
Jak to zwykle bywa przed zawodami – ostatni mocny trening robi się typowo na pobudzenie, najczęściej w formie interwałów. Korzystając z nieco zmodyfikowanej propozycji J. Skarżyńskiego, wybrałem się wspólnie z kolegą na stadion. Zdecydowaliśmy się na godzinę 10, czyli godzinę startu maratonu (dobrze jest przyzwyczaić organizm do większego wysiłku w okolicy rozpoczęcia zawodów). Z rana było zimno, około 7 stopni, więc na głowę powędrowała czapka, a na ręce cienkie rękawiczki. Tak, jak pisałem wcześniej, nie zamierzałem dziś szaleć, więc mogłem sobie pozwolić na cieplejszy strój. Trening rozpoczęliśmy tradycyjnie od spokojnego rozbiegania. Po około 3 kilometrach, porobiliśmy trochę gimnastyki rozciągającej i ruszyliśmy na „kilometrówki”. Pierwszy odcinek przebiegliśmy w 3:53. Ja prowadziłem i nieco mnie „poniosło” :) Trudno mi było się przyzwyczaić, bo zazwyczaj kilometrówki robię po 3:40-3:45. Kolejne odcinki to już było pilnowanie tempa i wszystkie, poza ostatnim, udało się zrobić w czasie 3:58-3:59. Ósmy kilometr pobiegłem w 3:50, wchodząc dopiero na końcówce w trzeci zakres. Tętno w zasadzie cały czas oscylowało między 157 a 160, a na przerwach (3 minuty w truchcie – ok. 500 m) spadało do około 130. Dopiero na ostatnim odcinku, a w zasadzie na końcowych 200-metrach wskoczyłem na trzeci zakres. Generalnie trening uważam za udany. Kostka „pozwoliła” mi biec (problem dotyczy chyba więzadła, które znajduje się blisko niej). Cieszy jednak spokojny, miarowy oddech, stosunkowo niskie tętno i dość dobrze „podające” nogi. Oby w przyszłym tygodniu udało się te wszystkie trzy elementy zgrać ze sobą :)

Podsumowanie dzisiejszego treningu:
3 km rozbiegania => 5 min GR => 8 x 1 km (3:50-3:59, na trzyminutowych przerwach) => ok. 2 km rozbiegania
w sumie około 17 km

Obawa o kostkę

„Zdrowy rozsądek to rzecz, której każdy potrzebuje, mało kto posiada, a nikt nie wie, że mu brakuje.” – ta maksyma chodziła mi dziś po głowie. Dlaczego? W ostatnim wpisie wspomniałem, że w środę przez kilka kilometrów czułem dyskomfort w okolicy kostki w trakcie biegu. Wczoraj niestety ból był na tyle nieprzyjemny, nawet przy chodzeniu, iż postanowiłem zrobić sobie wolne od biegania i ćwiczeń. Dziś z kolei to już była istna karuzela. Rano, wychodząc do pracy, ubrałem stabilizator, jednak po zrobieniu kilku kroków stwierdziłem, że mając go na nodze bardziej mnie boli – decyzja więc mogła być tylko jedna. Później bywało różnie, ale generalnie ból w trakcie dnia stawał się coraz mniej uciążliwy. Po powrocie do domu stwierdziłem, że spróbuję dziś zrobić spokojne rozbieganie. Po pierwszych kilkudziesięciu metrach miałem ochotę zawrócić, bo ból był nieprzyjemny, ale nagle – czary mary – przeszło. Biegłem normalnie, bez żadnego utykania, przez pierwsze kilka kilometrów pojawiały się co jakiś czas „przebłyski bólowe”, ale po półmetku było już ok. Mimo wszystko zdecydowałem, że zrezygnuję z przebieżek i gimnastyki siłowej w domu – nie ma sensu ryzykować. Na razie odpukać jest dobrze i oby to był tylko przejściowy problem. Cały czas tylko zastanawiam się, gdzie sobie coś takiego zafundowałem…mam 3 hipotezy, tylko nie wiem, która jest prawdziwa.
Dziś przebiegłem w sumie 14 km, w domu dorzuciłem do tego ćwiczenia na brzuch (8 min ABS i 7 min ABS) – jak na trening rozbieganiowy wystarczy. Jutro czeka mnie ostatni mocny akcent przed maratonem, czyli kilometrówki na stadionie. Mam nadzieję, że kostka pozwoli mi zrealizować ten trening.
Wczoraj, na osłodę problemów zdrowotnych, czekała na mnie miła niespodzianka. Z rąk Prezydenta Grudziądza otrzymałem puchar za II miejsce w Mistrzostwach Grudziądza Nauczycieli – mój pierwszy w życiu :) Co prawda kiedyś już stałem na podium kategorii wiekowej, ale wtedy dostałem tylko nagrody rzeczowe. Niby konkurencja nie była zbyt wielka, bo startowało tylko 25 nauczycieli, ale zawsze jakaś satysfakcja jest :) Poza wręczeniem nagród, odbyła się też kilkudziesięciominutowa dyskusja na temat organizacji biegu i pomysłów na kolejne lata. Swoje trzy grosze oczywiście dorzuciłem i mam nadzieję, że wszystkie wnioski i pomysły, które padły na tym spotkaniu, zostaną w przyszłym roku zrealizowane i wprowadzone :)

Podsumowanie dzisiejszego treningu:
14 km rozbiegania => 5 min GR
w domu 8 min ABS, 7 min ABS + hantle