Ostatni trening w 2014 roku – podsumowanie 12 miesięcy

Rok 2014 powoli dobiega końca, pora więc na krótkie podsumowanie ostatnich dwunastu miesięcy. Obecny rok nie zaczął się dla mnie zbyt dobrze i niestety rewelacyjnie się także nie kończy ze względu na kontuzje. O ile w styczniu zmagałem się z achillesami, o tyle teraz walczę o powrót do pełni sprawności po urazie kolana. Mimo wszystko ostatni rok to były także bardzo przyjemne momenty. Mocnym zastrzykiem motywacyjnym był dla mnie złoty medal Ole Einara Bjoerndalena na Igrzyskach Olimpijskich w Soczi. Człowiek, którego podziwiam już od kilkunastu lat, był w stanie w wieku 40 lat wygrać ze wszystkimi rywalami. Został najstarszym sportowcem, któremu udało się wywalczyć złoty medal w konkurencji indywidualnej na zimowych igrzyskach olimpijskich! „Powrót Króla na tron”, jak pisały o tym gazety! To było coś fenomenalnego! Ole to niesamowity człowiek, który jest najwybitniejszym i najbardziej utytułowanym sportowcem w historii, jeżeli chodzi o sporty zimowe, a nadal ma chęci, aby walczyć o kolejne triumfy. Miał już kończyć swoją karierę w marcu, ale postanowił ją kontynuować przynajmniej do Mistrzostw Świata w Oslo w 2016 roku. Mam nadzieję, że wtedy też zmieni zdanie, bo bez niego biathlon nie będzie już taki sam…Nie zapomnę też Pucharu Świata w Oberhofie, na który pojechaliśmy ze znajomymi na początku stycznia. Niesamowite było zobaczyć go na żywo po raz kolejny. Dwukrotnie zajął wówczas drugie miejsce, a zwycięstwo było w obu przypadkach na wyciągnięcie ręki. Najbardziej jednak utkwił mi w pamięci moment, kiedy przechodził po biegu obok nas i poklepał po kurtkach. Zapomniałem wtedy języka w gębie – chyba pierwszy raz w życiu :)
Dobra wróćmy do rzeczywistości…W tym roku przebiegłem w sumie około 3414 kilometrów w 233 jednostkach treningowych, co dało średnio 14,65 km na trening. Największy kilometraż zrobiłem w lipcu (501 kilometrów), natomiast najmniej kilometrów przebiegłem w grudniu (zaledwie 29). W ciągu ostatnich 12 miesięcy siedmiokrotnie wziąłem udział w zawodach na dystansie od 7 kilometrów (bieg 3 plaż) do 42 (maraton). Udało mi się poprawić życiówki na wszystkich trzech oficjalnych dystansach, na których startowałem. Najbardziej oczywiście cieszę się z wyniku uzyskanego w Maratonie Toruńskim. To były moje najlepsze zawody jak do tej pory. Jestem także zadowolony z wyniku uzyskanego w majowym półmaratonie w Grudziądzu. W tych zawodach też pobiegłem bardzo dobrze od strony taktycznej. Mały niedosyt czuję, jeżeli chodzi o zawody na dystansie 10 kilometrów. Niestety zarówno we wrześniu, jak i listopadzie miałem trochę „pecha” i nie osiągnąłem takich wyników jakie zakładałem. Mimo wszystko rok 2014 uważam za przyzwoity. Cieszę się z tego, że udało mi się osiągnąć satysfakcjonujące rezultaty, mimo tego, że nie przepracowałem odpowiednio zimy. Mam nadzieję, że ten nadchodzący rok będzie jeszcze lepszy i przede wszystkim przyniesie znacznie lepszą życiówkę na moim ulubionym dystansie 10 kilometrów. Będzie to zresztą jedyna szansa do poprawienia życiówek, bo półmaratonów i maratonów w przyszłym roku biegać nie zamierzam. Tak jak pisałem wcześniej, chcę się skupić na poprawieniu wytrzymałości tempowej, szybkości i ogólnej sprawności. Mam nadzieję, że to zaowocuje w przyszłości także na dłuższych dystansach :)
W tym miejscu życzę wszystkim zdrowia i pomyślności w nadchodzącym, 2015 roku! :)

Podsumowanie dzisiejszego treningu: 5 km + GR
Podsumowanie miesiąca: 29 km w jednostkach treningowych
Podsumowanie roku: 3414 km w 233 jednostkach treningowych

Promyk nadziei

W ciągu ostatnich 48h miałem niesamowitą mieszankę nastrojów. W sobotę po świątecznym bieganiu bolało mnie kolano. Wczoraj zaś nasilił się ból pleców, który odczuwam już od kilku czy kilkunastu dni. Czasami jest on prawie niezauważalny, ale niekiedy potrafi mocno utrudniać mi funkcjonowanie. Dziś na szczęście od rana było znacznie lepiej, więc postanowiłem zgodnie z planem wyjść na krótki trening. Nie chciałem przesadzić, więc przebiegłem raptem 5 kilometrów. Delikatny ból czułem w okolicach pierwszego kilometra, później było już ok. Co ciekawe po treningu zniknął też ból pleców. Wniosek jest jeden – muszę biegać, żeby mój stan zdrowia się poprawił :) Po południu poszedłem do przychodni po skierowanie do ortopedy, aby w razie czego udać się na kolejną wizytę. Na razie jednak się wstrzymam i zobaczę, jak sytuacja będzie wyglądać za kilka dni. Dostałem także zalecenie, żeby ze 2-3 razy w tygodniu popływać. Od ponad dwóch lat nie byłem na basenie, więc z tym pływaniem mógłby być mały problem :)
Jeżeli chodzi o sam trening, to zważywszy na okoliczności wyszedł on całkiem nieźle. Puls miałem o mniej więcej 10 uderzeń niższy niż ostatnio, układ oddechowy przyzwyczaił się do mrozu, nogi pracują bez zarzutu. Pozostaje mi tylko wrócić do pełnej sprawności, zrzucić trochę masy i wziąć się za realizację kolejnych wyzwań. Już nie mogę się doczekać :)
Pierwszy krok już w sumie poczyniony – od soboty nie jem słodyczy. Przez ostatni miesiąc zjadłem ich za wszystkie czasy :)

Świąteczny trening

Święta, święta i już prawie po świętach…czas szybko płynie. Wczoraj niestety z kilku przyczyn nie mogłem zrobić treningu, postanowiłem więc zrobić go dziś. Po ostatnim bieganiu nie odczuwałem żadnych dolegliwości bólowych w kolanie, więc wychodząc rano byłem dobrej myśli. Większy problem zdawał się być za oknem. Pogoda w ostatnim tygodniu jest niesamowita. Najpierw w Wigilię lało i było prawie 10 stopni, a dziś nad ranem termometry wskazywały -6 stopni. Musiałem sięgnąć po ocieplane getry, grube rękawiczki i cieplejszą bluzę. Trochę bałem się, że mój układ oddechowy dozna „szoku”, bo dla organizmu kilkanaście stopni różnicy w tak krótkim czasie, to bardzo dużo. Jednak pod względem oddechowym biegało mi się wyśmienicie. W tym miejscu warto się na chwilę zatrzymać. Minusowa temperatura na zewnątrz od wielu lat stanowi źródło wielu dyskusji. Biegać, nie biegać? Oddychać przez usta czy przez nos? W jaki sposób się ubrać? Większość ludzi, którzy nie mają do czynienia na co dzień z bieganiem, powie: „Po co Ci to? Spocisz się, przeziębisz, przewrócisz się na śniegu i złamiesz nogę. Nie lepiej iść do ciepłej siłowni albo poćwiczyć trochę w domu?”. Odpowiedź jest jedna – nie, nie lepiej. W sportach wytrzymałościowych bardzo istotna jest regularność. Jeżeli ktoś chce się cały czas rozwijać, a nie chce zaczynać co roku praktycznie od nowa, musi biegać też w zimę. Dla mnie bieganie po bieżni mechanicznej to mordęga. Przyczyn jest wiele, większość oczywistych, więc nie będę się nad tym rozwodził. Po prostu wolę zdecydowanie bardziej bieganie w naturalnych warunkach.
Napisałem wyżej, że można biegać przy ujemnych temperaturach. Oczywiście bieganie w temperaturze -50 stopni nie byłoby najlepszym rozwiązaniem, ale takich temperatur w Polsce raczej nie zaznamy. Ok, ale chyba musi istnieć jakaś „dolna granica rozsądku”? W biathlonie i biegach narciarskich, z tego co wiem, wyznaczona jest temperatura graniczna, -20 stopni, poniżej której zawody są odwoływane lub przekładane. Osobiście też stosuję tą zasadę. Jeżeli za oknem jest zimniej niż -20 stopni, to wówczas nie biegam. Jednakże w trakcie kilku ostatnich lat, ani razu nie zdarzyło mi się odwołać treningu z powodu zbyt niskiej temperatury. Zresztą, zdecydowanie bardziej wolę biegać przy kilkunastostopniowym mrozie, niż 30 stopniowym upale. Jedyne czego w zimę nie cierpię to śniegu i lodu, które są największymi wrogami biegacza obok upałów, burz i silnego wiatru.
Jeżeli chodzi o oddychanie zimą w trakcie biegu, to często usłyszeć można, że powinno się oddychać wyłącznie nosem. Bzdura! W TRAKCIE WYSIŁKU NALEŻY ODDYCHAĆ I PRZEZ NOS, I PRZEZ USTA. Organizm ludzki jest tak fantastyczną „maszyną”, że do zimnego powietrza też może się przyzwyczaić. Oczywiście, jeżeli ktoś nigdy nie biegał i nagle przyjdzie mu do głowy świetny pomysł, żeby pobiegać w kilkunastostopniowym mrozie, to zapewne…przeżyje szok :) Ja czegoś takiego doświadczyłem jeszcze zanim zdecydowałem się biegać zimą. To było kilka ładnych lat temu, bodajże w lutym. Po złotym medalu mojego idola na jakichś Mistrzostwach Świata postanowiłem w euforii iść sobie pobiegać. Temperatura wcale nie była niska, bo oscylowała w okolicach zera, ale dla osoby, która wcześniej nie biegała w temperaturze poniżej 10 stopni, to był szok. Przez kilka godzin myślałem, że skończę z zapaleniem płuc :) Jak jest w chwili obecnej? Nawet kilkanaście stopni mrozu nie robi większego wrażenia na moim układzie oddechowym. Zdarzało mi się już w takiej temperaturze robić treningi szybkościowe. Najważniejszą rzeczą jest więc aklimatyzacja. To tak jak z pierwszymi krokami w bieganiu. Na początku większość ludzi jest w stanie przebiec bez zatrzymania maksymalnie kilka minut. Po treningu umierają, następnego dnia wszystko ich boli. Po kilku miesiącach potrafią już jednak biec nieprzerwanie przez godzinę albo dłużej, a po wysiłku czują się rewelacyjnie. Wiele rzeczy możemy wypracować, potrzeba tylko systematyczności! :)
Ostatnia kwestia jaka została do omówienia – ubiór. Przyjmuje się, że do biegania powinniśmy ubierać się tak, jakby na dworze było dziesięć stopni więcej niż w rzeczywistości. Jeżeli wychodzimy i jest nam za ciepło, to co później, kiedy zaczniemy biec? Oczywiście wszystko trzeba robić z głową. Najważniejsza sprawa to jednak odpowiednia ochrona naszej „mózgownicy” :) Nie wyobrażam sobie biegać bez czapki w mrozie, a takie osoby już widywałem…Ok, przymierzam się w najbliższych dniach do napisania postu o stroju biegowym na różne warunki atmosferyczne, więc nie będę się już nad tym rozwodzić.
Na koniec zostawiłem opis dzisiejszego treningu. Znów mam mieszane uczucia. O ile wysokim pulsem nie mam się co przejmować, bo wiadomo, że do optymalnej formy daleko. Równo dwa miesiące temu startowałem w maratonie, wtedy czułem się kapitalnie i nogi dosłownie frunęły nad asfaltem. Dziś niestety po tej dyspozycji pozostały wspomnienia. Oczywiście wysokim pulsem czy mniejszą siłą mięśniową się nie przejmuję, bo wiem, że z każdym kolejnym treningiem będzie coraz lepiej. Najbardziej martwi mnie jednak kwestia lewego kolana. Do piątego, szóstego kilometra wszystko wygląda bardzo dobrze, niestety później pojawia się ból, który nawet trudno dobrze zlokalizować. Szczerze mówiąc jestem w kropce. Biegać czy odpuścić jeszcze kilka dni? Iść do ortopedy czy cierpliwie poczekać, aż problem sam ustąpi? Zastosować jakąś opaskę na kolano czy niczym go nie owijać? Pytań w głowie wiele, ale żadnych klarownych odpowiedzi na chwilę obecną nie dostrzegam. No nic, będę biegał na razie co dwa dni po 5 kilometrów i z czasem, jak nie będzie objawów bólowych, spróbuję wydłużać dystans. To jest chyba najlepsza opcja…oczywiście poza całkowitym odpoczynkiem od biegania…

Podsumowanie treningu:
10 km rozbiegania (5:00-5:10) + GR

28 dni później

Wczoraj wieczorem, po bardzo długim czasie, obejrzałem w końcu film „28 dni później”. Co ciekawe właśnie tyle samo dni upłynęło od mojego ostatniego treningu…oczywiście jest to czysty przypadek :) Myślę, że mogę napisać, iż ostatnie 4 tygodnie, to był jeden z trudniejszych okresów w moim życiu. W zasadzie przez cały ten czas zmagałem się nie tylko z kontuzją, ale i chorobami. Wszystko zaczęło się w przedostatni weekend listopada, kiedy dopadło mnie przeziębienie. Nie wiedziałem wówczas, że tyle czasu zajmie mi powrót do jako takiego funkcjonowania. W między czasie trzykrotnie odwiedziłem swoją przychodnię, wziąłem dziesiątki tabletek (niestety były wśród nich antybiotyki) i wypiłem hektolitry domowych wywarów. Na domiar złego półtora tygodnia temu przyplątała się grypa jelitowa – innymi słowy full service :) Chociaż i tak najlepsza z tego wszystkiego była moja ostatnia wizyta w przychodni. Wyszła z tego niezła komedia – nie wiem kto się więcej śmiał, ja czy pani doktor :) W każdym razie nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek chorował dłużej niż przez dwa tygodnie. No nic, zapłaciłem po raz kolejny za swoją nadgorliwość, a właściwie cztery miesiące ciężkiej roboty w pracy i na studiach. Nawet teraz, po kilku dniach, kiedy mogłem spać ponad 8h czuję się jeszcze zmęczony i nie mam tej wewnętrznej energii, która normalnie motywowała mnie do pracy. Na szczęście obecnie mogę nieco odpocząć i naładować akumulatory przed Nowym Rokiem.
Jeżeli chodzi o bieganie, to niestety bardzo mi go brakowało przez ostatni miesiąc. Czułem niesamowitą pustkę, mimo tego, że wolnego czasu miałem jak na lekarstwo. Jestem chyba uzależniony od sportu. Endorfiny i adrenalina pozwalają mi normalnie funkcjonować i…zapobiegają obżarstwu…Jednak w ostatnim czasie trzeba było jakoś „zagryźć smutek”. Może jednak lepiej pominę w tym miejscu ilość słodyczy jaką pochłonąłem przez ostatnie cztery tygodnie :) Dzięki „super diecie” zyskałem 5-6 kilogramów, czyli będzie co zrzucać od Nowego Roku :)
Ok, koniec z użalaniem się. Przejdźmy do rzeczy. W piątek zakończyłem rehabilitację kolana i już wtedy postanowiłem, że na początku obecnego tygodnia spróbuję pobiegać. Wczoraj niestety miałem dużo spraw do załatwienia, więc nie chcąc biegać po ciemku po asfalcie czy betonie, przeniosłem swoją „chwilę prawdy” na dzień dzisiejszy. Trening wyszedł mega dziwny. Już na dojściu puls osiągał bardzo wysokie wartości. W każdym razie nie przejmując się wskazaniami pulsometru rozgrzałem standardowo swoje achillesy i ruszyłem. Cały czas po głowie kołatała mi myśl czy odezwie się kolano i kiedy to nastąpi. Początkowo jednak większym problemem był puls, który bardzo szybko wskoczył na wysoki poziom. Biegnąc w tempie 5:15/km miałem tętno na poziomie 150-160 uderzeń…Normalnie przy takiej prędkości to miałbym między 125 a 130…Na tym przykładzie widać, w jakim stanie jest organizm po chorobie, a zwłaszcza po tak długiej przerwie…Na drugim/trzecim kilometrze poczułem lekkie kłucie serca, ale to akurat u mnie norma na pierwszym treningu po tak długim rozbracie z bieganiem. W jako taki rytm biegu wszedłem na 6-7 kilometrze, ale wtedy pojawił się lekki ból kolana. Wydawało mi się, że nie jest on zlokalizowany w miejscu niedawnej kontuzji, ale nie chcąc ryzykować pobiegłem do domu. W sumie wyszło mi nieco ponad 9 kilometrów. Pocieszeniem jest dla mnie tylko fakt, że po zatrzymaniu się na gimnastykę rozciągającą, ból w kolanie ustąpił, co nie miało miejsca jeszcze miesiąc wcześniej. Mam nadzieje iż dzisiejszy dyskomfort, to nic poważnego i będę mógł w końcu wrócić do normalnego biegania. To byłby dla mnie najlepszy prezent na święta. Kolejny trening chcę zrobić w pierwszy dzień świąt – trzeba będzie wybiegać te wszystkie smakołyki :)
W każdym razie życzę wszystkim Zdrowych i Wesołych Świąt, z naciskiem na „Zdrowych”, bo gdy jego nie ma, to wszystko szwankuje.

Chorobowo

Najprostsza definicja choroby – „brak zdrowia”…”Szlachetne zdrowie, ile Cię trzeba cenić…”.
Ostatnio pisałem, że dopadła mnie choroba. Niestety, sytuacja zbyt wiele się od tamtej pory nie poprawiła. O ile jeszcze w zeszły piątek czułem poprawę, to sobotnia, kilkunastogodzinna wizyta na uczelni i genialne nawiewy, których podobno nie da się wyłączyć w poszczególnych salach, spowodowały nawrót choroby. W niedzielę zacząłem się zastanawiać czy aby na pewno w dzieciństwie byłem szczepiony przeciwko gruźlicy… Napady duszącego kaszlu i temperatura rzędu 38 stopni zapewniły mi ciekawą noc z niedzieli na poniedziałek. Koniec końców musiałem pójść do lekarza i skończyło się na tygodniowym L4. Mam nadzieję, że domowe pielesze pozwolą mi odzyskać zdrowie i siły do soboty, kiedy czeka mnie kolejna „walka z wiatrakami” – dosłownie i w przenośni :)
Niestety choróbsko uniemożliwiło mi także udział w sesjach rehabilitacyjnych, a co za tym idzie będę musiał dodatkowych kilka dni poczekać, zanim spróbuję wrócić do biegania. Na chwilę obecną celuję w sobotę 20 grudnia – mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze :)
Skończył się listopad, więc wypada zrobić podsumowanie….w sumie wyszło mi 117 kilometrów na 10 treningach – delikatnie mówiąc, bywało lepiej. W sobotę oddałem do reklamacji buty kupione po maratonie w Toruniu. Stawiam, że to one są głównym winowajcą mojej kontuzji. Mam nadzieję, że będę je mógł wymienić na inny model, z większą amortyzacją. Najważniejsze to jednak stanąć ponownie na nogi. Mam nadzieję, że nastąpi to już wkrótce.