Trochę „roweru” (nie)zaszkodzi

W niedzielę dwa tygodnie temu obawiałem się, że może mnie dopaść choroba i niestety czarny scenariusz się potwierdził. Infekcja rozłożyła mnie na tydzień i niestety musiałem zrezygnować z treningów na dokładnie osiem dni. Do biegania powróciłem dopiero w ostatni wtorek. Oczywiście musiałem zadowolić się krótkim, zaledwie 10-kilometrowym rozbieganiem. Choroba niestety zawsze niesie ze sobą jakieś konsekwencje, więc trzeba ostrożnie wrócić na poprzedni poziom, co zazwyczaj trwa przynajmniej kilka dni. W tym tygodniu postanowiłem nie szaleć, więc na drugi, i jak się okazało ostatni trening w tym tygodniu wybrałem się w czwartek. Tym razem zdecydowałem się przebiec 12 kilometrów, z czego na ostatnich dwóch przyspieszyłem do tempa mniej więcej 4:30/km. Generalnie czułem się ok, puls i oddech w normie, nogi dobrze współpracowały. Nawet nie wiem kiedy przebyłem cały dystans, bo miałem o czym myśleć. Jedną z kwestii, która zaprząta mi ostatnio głowę jest rower. Postanowiłem, że w lipcu z okazji okrągłych urodzin, które będę obchodził ciut później, postaram się pobić swój jednodniowy rekord jeżeli chodzi o liczbę kilometrów zrobionych jednego dnia na rowerze. 27 lipca 2010 roku udało mi się wspólnie z kolegą przejechał 333 kilometry. Mam nadzieję, że teraz uda się ten „rekord” poprawić. Z jednej strony mam znacznie lepszą kondycję, niż 5 lat temu. Z drugiej strony ostatni raz byłem na rowerze na początku lipca zeszłego roku. Przez te pięć lat mój rower kilka razy odmówił „posługi”, co jednak jest zrozumiałe zważywszy, że mam go ponad 15 lat. Mam nadzieje, że ten wehikuł z 18 przerzutkami nie zawiedzie mnie w ciągu najbliższych kilku miesięcy, bo trochę będę musiał na nim pojeździć.
Pierwszy krok w kierunku realizacji nowego wyzwania zrobiłem dziś. Razem z kolega wybrałem się na mniej więcej 100-kilometrową przejażdżkę. W jedną stronę trafiliśmy na dość mocny i nieprzyjemny wiatr, co przy odkrytym terenie dało się odczuć. Jeżeli mowa już o odczuciach, to podejrzewam, że mój tyłek też będę czuł jeszcze przez kilka najbliższych dni :) W każdym razie udało się nam pokonać dzisiejszą trasę w całkiem niezłym tempie, wyszło 23-24 km/h. To tempo właśnie chciałbym utrzymać w lipcu. Pięć lat temu mając średnią około 23,5 km/h spędziłem na siodełku 14 h i 20 minut. Teraz muszę być przygotowany na co najmniej 15 h. Zadanie trudne, ale mam nadzieje wykonalne. Przemyślałem już w jaki sposób połączyć bieganie z jazdą na rowerze. Mam nadzieję, że ten eksperyment się powiedzie. Generalnie mogę powiedzieć, że wróciłem do korzeni, bo gdyby ktoś mnie spytał czy wolę biegać, czy jeździć na rowerze, to zdecydowanie wybrałbym drugą opcję. Dlaczego więc jestem obecnie biegaczem, a nie rowerzystą, to długa i skomplikowana historia.

Wiosna ach to Ty! – podsumowanie tygodnia

W końcu pogoda się zmieniła i deszczowe, pochmurne dni zostały zastąpione przez słońce. Ten okres w roku lubię najbardziej, bo nie ma ani mrozów, ani upałów – jest po prostu w sam raz.
Dobrze tez zrzucić zimowe okrycie i wyjść pobiegać w krótkich spodenkach, bez czapki, rękawiczek i całego tego balastu. Oby tylko wiosenna aura nie opuściła nas zbyt szybko :)
Jeżeli chodzi o treningi, to obecny tydzień był bliźniaczo podobny do dwóch ostatnich. We wtorek czułem się bardzo dobrze, więc zdecydowałem się na zabawę biegową: sześć trzyminutowych odcinków. Wszystkie w tempie od 3:30 do 3:45, przedzielone trzyminutowymi przerwami w truchcie. Razem z rozbieganiem i schłodzeniem wyszło mi 16 km. Dzięki temu treningowi czuję, że żyję. Warto go wpleść do swoich treningów, bo nie absorbuje tak uwagi jak interwały, gdzie „trzeba” pilnować tempa. W przypadku zabawy biegowej liczy się tylko to, żeby biec żwawo, bez większej presji na dystans czy tempo. Nie przepadam za treningami szybkościowymi, ale ten rodzaj aktywności akurat lubię. Nie ma nic lepszego od solidnego przewietrzenia płuc w lesie, kiedy wszystko wokół kwitnie i śpiewają ptaki :)
Następnego dnia, w środę miałem dzień wolny, natomiast w czwartek zrobiłem tradycyjne, 18-kilometrowe rozbieganie. Mimo, że nie czułem się jakoś fantastycznie, to jednak średnie tempo wyszło w okolicy 4:45/km. Generalnie im dłużej biegłem, tym lepiej się czułem. Ostatnio to u mnie norma, coś długo się rozkręcam :) W czwartek podjąłem też pewną ważną decyzję odnośnie lipca. Pomysł jest szalony, ale czasami trzeba coś takiego w życiu zrobić :) Więcej na razie o tym nie napiszę, wszystko z czasem.
W piątek czułem się bardzo dobrze, więc postanowiłem pobiegać drugi zakres. Po raz kolejny zacząłem trochę za szybko (pierwszy kilometr w 4:04), więc trzeba było w miarę to tempo utrzymywać. Pierwsze 10 km zakresu przebiegłem w tempie od 4:04 do 4:08. Na czterokilometrowej końcówce postanowiłem przyspieszyć i wyszło poniżej 4 min/km. Summa summarum wszystko wyszło ładnie, nogi w końcówce były trochę ciężkawe i …obtarte (nie ma to jak pierwszy trening w krótkich spodenkach), ale widać że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Niestety na schłodzeniu nie mogłem sprawdzić pulsu, bo mój zegarek oszalał i pokazywał, że moje tętno oscyluje w granicy 190. Nie wiem skąd się to bierze, ale czasami właśnie tak się dzieje. Biegnę powiedzmy 4 min/km na pulsie 160, a potem kończąc trening w truchcie przy prędkości 6 min/km tętno wzrasta do 180-190…Kolejny przykład, że elektronika jest niestety bardzo zawodna.
Po jednym dniu odpoczynku, dziś wybrałem się na zwykłe rozbieganie. Nawet nie zauważyłem, kiedy przebiegłem te 18 kilometrów. Jak się ma umysł zajęty myślami, to czas nie wiadomo kiedy upływa. Mam tylko nadzieję, że przez dzisiejszy trening się nie „załatwiłem”, bo od wczoraj czułem lekkie drapanie w gardle.

Podsumowanie tygodnia: 89 kilometrów w 5 jednostkach treningowych

Świąteczne bieganie

Święta, święta …. i już prawie po świętach. Zwykle w tym okresie się nieco więcej je, więc trzeba też nadmiar kalorii wybiegać. Przez ostatnie kilka dni robiłem głównie spokojne rozbiegania, chociaż znalazło się też miejsce na solidny akcent.
Po wtorkowym krosie i środowym odpoczynku na swoją pętlę biegową wróciłem w czwartek. W przeciwieństwie do mojego ostatniego krosowego treningu nogi całkiem nieźle funkcjonowały. Napisałem „całkiem”, bo jednak przeważnie mocniejsze tempo na krosie odczuwa się w mniejszym, bądź większym stopniu przez kilka kolejnych dni. Potruchtałem, potruchtałem i wyszło w sumie 18 kilometrów. Dzień później, w piątek zdecydowałem, że spróbuję zrobić drugi zakres. Po 2,5-kilometrowej rozgrzewce i kilku minutach ćwiczeń wyruszyłem na swoją chwilę prawdy. Czułem się generalnie zmęczony, więc zacząłem ostrożnie. Pierwszy kilometr przebiegłem w 4:14, potem jednak było już tylko szybciej. Większość trasy pokonałem w tempie ok. 4:05 i muszę przyznać, że w końcu poczułem, iż wracam do swojej jesiennej dyspozycji. Na dwóch ostatnich kilometrach dość mocno „dokręciłem śrubę” i finiszowałem w tempie 3:45/km. W sumie samego zakresu zrobiłem 14 km. Średnie tempo wyszłoby mi pewnie ciut powyżej 4 min/km. Jeszcze miesiąc temu pozostawało to w sferze „marzeń” :)
W sobotę postanowiłem powtórzyć trening czwartkowy i wybrałem się na spokojne, 18-kilometrowe rozbieganie. Po drodze przeżyłem „chwile grozy”. W pewnym momencie, gdzieś tak w połowie treningu usłyszałem straszne wycie, jakby z kogoś skórę zdzierali. Było to zwierzę, ale trudno nawet stwierdzić jakie. Brzmiało to jak połączenie yeti z wilkołakiem. Stwierdziłem, że może niekoniecznie chce sprawdzić, co wydaje takie dźwięki. Nie był to raczej pies, więc stwierdziłem, iż nie ma sensu ryzykować i biec w stronę trudnego do zlokalizowania hałasu. Zresztą po niedzielnej przygodzie z psem, lepiej dmuchać na zimne :) Sam trening wyszedł fajnie. Chyba to wycie mnie trochę zmobilizowało, bo średnia wyszła gdzieś koło 4:45/km.
W niedzielę zrobiłem sobie dzień przerwy, a dziś z rana znowu zdecydowałem się na rozbieganie. Wczoraj trochę posiedziałem i rano, o ósmej trudno było się zwlec z łóżka. Początek był trudny, ale później jakoś się rozruszałem. Zastanawiałem się nawet czy dziś nie zmienić trochę trasy mając w pamięci sytuację sprzed kilku lat, kiedy w Święta Wielkanocne zostałem prawie znokautowany przez spadającego z nieba gołębia :) Ostatecznie zdecydowałem się znowu cały trening zrobić po swojej pętli i ponownie wyszło mi….18 km :) Jutro muszę porobić coś szybszego. Pewnie zabawę biegową.

Podsumowanie poprzedniego tygodnia: 93 kilometry w 5 jednostkach treningowych
Podsumowanie dzisiejszego treningu: 18 km rozb + GR