Podsumowanie miesiąca – rowerowy spacer

W ostatnim wpisie znalazł się opis poniedziałkowego treningu, więc go w tym miejscu pominę. Dzień później postanowiłem, że po lekkim przeziębieniu i kilkudniowym wyjeździe warto mocniej przewentylować płuca. Zdecydowałem się na zabawę biegową, a konkretnie sześć dwuminutowych odcinków, bieganych na przerwie o takiej samej długości. Tempo poszczególnych powtórzeń było w miarę równe, od 3:30 do 3:40/km. Trening na pewno na plus, oczywiście do jakiejś tam formy daaaaleko, ale cudów też spodziewać się nie mogę, zważywszy na ostatnie kilka miesięcy. Środa to dzień wolny od treningu, czas na regenerację po trzydniowym „maratonie”. W czwartek zdecydowałem się na drugi zakres. Zacząłem bardzo ostrożnie, od 4:20/km, pozostałe kilometry przebiegłem w przedziale od 4:10 do 4:20, tradycyjnie już z mocniejszą końcówką. Kolejny raz przeżyłem miłe zaskoczenie, bo biegało mi się rewelacyjnie. W piątek i sobotę niestety „nie mogłem” pobiegać. Cóż, siła wyższa. W niedzielę natomiast chciałem zrobić długą wycieczkę rowerową z kolegą, gdzieś tak 150-180 km. Niestety plany się skomplikowały, bo z jednej strony dzień przed wycofał się mój towarzysz, a w niedzielę po przejechaniu raptem kilkunastu kilometrów „złapałem gumę”. Trzecią w ciągu ostatnich 12 miesięcy…Zaczynam się zastanawiać czy to przypadek, czy może „fatum” :) Na 6 albo 7 wyjazdów, żeby przebić trzy dętki, to już jest podejrzane. Przypadek? Nie sądzę :) W każdym razie o tyle dobrze się skończyło, że powietrze zeszło mi na dobre gdzieś tak 5-6 kilometrów od domu, więc mogłem sobie wrócić samodzielnie. Część dystansu przebiegłem, część przeszedłem, ale w końcu do domu dotarłem. Po wypiciu truskawkowego koktajlu stwierdziłem, że wypadałoby się jednak dzisiaj trochę „spocić”, więc wyszedłem do lasu pobiegać. Zrobiłem 14 km w tempie 4:45-4:55. Biegało się fajnie, więc jutro być może porobię coś szybszego. W każdym razie dieta jest obowiązkowa, bo po szaleństwach słodyczowych z zeszłego tygodnia niestety dwa dodatkowe kilogramy się pojawiły. We wtorek przekroczyłem dopiero barierę 1000 km. Strasznie słabo w porównaniu nawet do ostatnich 2-3 lat. Będzie co nadrabiać jesienią i zimą :)

Podsumowanie tygodnia: 52 km w 4 jednostkach treningowych
Podsumowanie miesiąca: 188 km w 14 jednostkach treningowych

Spotkanie z dzikami

Od ostatniego wpisu minęły „wieki”…a może nawet dłużej. Moja nieaktywność jest spowodowana „życiem na krawędzi”, czyli totalnym brakiem wolnego czasu. Najbliższe 5-6 tygodni będzie wyglądało podobnie, stąd liczba wpisów będzie na pewno także ograniczona.
Ostatnie trzy tygodnie to jeden wielki chaos pod względem organizacyjnym. Co chwilę jakiś wyjazd (chociaż były bardzo przyjemne, więc nie ma co narzekać) albo rozważanie, w jaki sposób wskoczyć na rower i zrobić coś sensownego. Z tym drugim mam nieco problemów. Ostatni mój wyjazd, 55-kilometrowy, miał miejsce 11 maja. Już teraz czuję w kościach, że w lipcu będzie „ciekawie” :)
Jeżeli chodzi o treningi biegowe, to ostatnimi czasy robię bardzo dużo szybkich rozbiegań w tempie 4:30:4:40/km z mocniejszą końcówką. Nie jest to co prawda mocny akcent, ale jak się nie ma co się lubi…to się robi co się nawinie. Trudno powiedzieć w jakiej jestem dyspozycji. Ostatnio byłem nieco osłabiony, dwukrotnie balansowałem na granicy przeziębienia, ale chyba wygrałem walkę z wirusami (mam przynajmniej taką nadzieję). Na szczęście nie uskarżam się też na żadne urazy mięśniowe czy stawowe, więc nie ma powodu do paniki. Generalnie jednak do prawdziwego biegania wrócę pewnie dopiero w lipcu. Teraz to jest i będzie w najbliższym czasie, jeden wielki poligon doświadczalny. W każdym razie na brak atrakcji ostatnio nie narzekam. Dziś wracając do domu natknąłem się na grupę 3 dzików. Minęliśmy się w pokoju – każdy pobiegł w swoją stronę :)
Poniżej zamieszczam listę moich ostatnich treningów:

5 maja – 12 km rozbiegania + GR
6 maja – 6 km rozb + 6 x 2 min zabawa biegowa (2 min przerwy), w sumie 12 km
8 maja – 14 km szybszego rozbiegania (4:20-4:40) + GR
10 maja – 14 km szybszego rozbiegania (4:20-4:40) + GR
Podsumowanie tygodnia: 52 km w 4 jednostkach treningowych

11 maja – 55 km rower (śr. tempo 23-24 km/h)
12 maja – 10 km rozbiegania + GR + 10 x 100 m przebieżki, w sumie 12 km
14 maja – 12 km rozbiegania (tempo 4:30-4:45) + GR
17 maja – 12 km rozbiegania (tempo 4:30-4:40) + GR
Podsumowanie tygodnia: 36 km w 3 jednostkach treningowych

18-19 maja – lekkie przeziębienie
20-23 maja – wyjazd w góry
24 maja – 12 km rozbiegania (4:30-4:45) + GR
25 maja – 12 km rozbiegania (4:30-4:45) + GR

Raz biegaczem, raz zającem – podsumowanie miesiąca

Kwiecień plecień, bo przeplata – raz życiówka, raz padaka :) Niestety tej pierwszej zabrakło, chociaż miesiąc zaczął się bardzo dobrze. Później nadeszła infekcja, która trochę mi skomplikowała życie i pokrzyżowała plany. Generalnie jednak kwiecień zapamiętam jako przełomowy moment w kontekście podjęcia decyzji o „powrocie na rower”. Pewnie bieganie trochę ucierpi, ale jak to mówią „coś za coś”. Jak chce się dodatkowych przyjemności, to trzeba trochę na nie zapracować :)
Ostatni tydzień oceniam jako bardzo pozytywny, przynajmniej pod kątem sportowym. W poniedziałek wybrałem się na 12-kilometrowe rozbieganie. W trakcie biegu nie czułem niedzielnego wypadu rowerowego, ale później, przy rozciąganiu odezwały się niektóre części ciała. Nie ma się w sumie czemu dziwić. Jak się pewnych mięśni długo nie używa, to później potrafią o sobie przez kilka dni przypominać.
We wtorek zrobiłem wolne, bo rano czułem się kiepsko, a do tego doszedł dość długi pobyt w pracy. Dzień później postanowiłem pokombinować i po raz pierwszy w tym roku porobiłem trochę podbiegów. Były one dosyć nietypowe, bo wybrałem się na piaszczystą skarpę o długości około 100 metrów. Momentami było tak stromo, że się ledwo dało biec. Na szczęście wcześniej trochę popadało, więc podłoże też było nienajgorsze. W każdym razie na szczycie wzniesienia nogi miałem jak z waty, a po ostatnim, szóstym podbiegu, który pokonałem w tempie „ile fabryka dała”, przez dobre dwie minuty nie mogłem złapać oddechu. Mimo wszystko trening okazał się bardzo pożyteczny. W czwartek zrobiłem drugi zakres w tempie 4:10-4:15 i nogi świetnie niosły. Nie ma to jednak jak porcja solidnej siły biegowej. Samopoczucie było bardzo dobre, ale nie chciałem tez przeszarżować mając w planach niedzielny półmaraton. Dlatego cały trening zamknął się w 15 kilometrach, z czego 10 przebiegłem właśnie jako drugi zakres.
Dzień później, w piątek, wybrałem się na rozbieganie. Nogi nadal wspaniale niosły, więc 14 km pokonałem nawet nie wiem kiedy. W sobotę zrobiłem sobie dzień przerwy, żeby porządnie wypocząć przed czekającym mnie w niedzielę wyzwaniem. Pewnie już o tym pisałem, ale 3 maja w moim kalendarzu oznaczony był jako kolejny eksperyment (chyba tak to mogę nazwać). Nigdy wcześniej nie „robiłem za zająca” (osobę nadającą tempo), a że w półmaratonach w tym roku rywalizować nie zamierzam, to postanowiłem potraktować ten start jako trening i przy okazji pomóc innym w realizacji ich zamierzeń. Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się, iż będę odczuwał aż taką presję. Jeżeli biegnie się dla siebie i popełni się błąd, to wiadomo, że konsekwencje ponosi tylko osoba zainteresowana. W przypadku prowadzenia grupy odpowiedzialność jest znacznie większa. Szarpane tempo dla zająca zazwyczaj nie stanowi problemu, ale dla zawodników, którzy biegną często na granicy swoich możliwości już na pewno tak. Swoją kandydaturę na zająca, na 1:45, zgłosiłem jeszcze w lutym. Wybrałem ten przedział ze względu na to, iż tempo 5:00 jest dla mnie tempem spokojnym, konwersacyjnym, w którym pokonuję większość regeneracyjnych treningów, w związku z tym łatwiej mi też je wyczuć.
Szczerze przyznam, że bardzo długo zastanawiałem się nad strategią w tym biegu. Wiedziałem, że w drugiej części trasy jest sporo podbiegów, a także 2-3 kilometrowy odcinek drogi gruntowej. Ostatecznie zdecydowałem się na najlepszą z możliwych strategii, czyli negative split. Pierwsze 3 kilometry pobiegliśmy w tempie 5:00-5:05/km. Grupa na początku była olbrzymia, później zaczęła oczywiście topnieć. Do półmetka było nas całkiem sporo, mimo długiej prostej z bocznym, dość nieprzyjemnym wiatrem, na której po rozpoznaniu opinii innych nieco przyspieszyłem. Przetasowania rozpoczęły się na dobre w drugiej części biegu. Grupa dość drastycznie się zmniejszyła, a wbiegając na ostatnie kilometry praktycznie się porwała. Biegacze z większą ilością sił wyrwali do przodu, aby jak najwięcej „urwać”, z kolei dla innych końcówka była zapewne gehenną. Tak to już niestety bywa. Wszystko zależy od obranej taktyki. Przeglądając wyniki z 10. kilometra i z mety, wyszło, iż wyprzedziliśmy na tym 11-kilometrowym odcinku około 50 osób, co świadczy o tym, iż wielu z nich po prostu przeszarżowało. Podejrzewam, że większość biegaczy dziś przesadziła. Może warto byłoby się zastanowić nad tym „negativem” :) ?
Generalnie bieg i jego organizację oceniam bardzo pozytywnie. W zasadzie odbyło się bez większych wpadek. Atmosfera jak zawsze była wyśmienita, szczególnie na trasie, gdzie dopingowały nas setki osób. Dziś po raz pierwszy, biegnąc na spokojnie, mogłem tego tak naprawdę doświadczyć. Normalnie człowiek jest zbyt skupiony na biegu i swoim celu, przez co wiele rzeczy mu umyka :)
Po powrocie do domu i zjedzeniu pysznego obiadu postanowiłem wybrać się jeszcze na rower. Przejechałem około 45 kilometrów, w trakcie których zaliczyłem 5 dość stromych podjazdów na jednym ze wzniesień, które miało długość około 600 metrów. Widać już ewidentną poprawę i myślę, że z każdą kolejną jazdą moje nogi będą lepiej reagować na ten rodzaj aktywności :)
Od przyszłego tygodnia planuję powrót do ćwiczeń gimnastyki siłowej. Pora wziąć się do solidnej pracy :)

Podsumowanie tygodnia: 74 km w 5 jednostkach treningowych (plus 45 km rower)
Podsumowanie miesiąca: 204 km w 13 jednostkach treningowych (plus ok. 145 km rower)