Podsumowanie miesiąca – sandały biegowe

Plany są od tego, żeby je zmieniać…niestety te zmiany czasami nie zależą tylko i wyłącznie od nas. Tegoroczny lipiec z jednej strony był dla mnie udany, z drugiej jednak, pod względem biegania zbyt różowo nie było, a wszystko to przez przeciągające się problemy z gardłem i …kontuzję Achillesa, której nabawiłem się przez przypadek. Jeżeli chodzi o pierwszą sprawę, to wszystko ciągnie się od 22 czerwca. W międzyczasie odwiedziłem trzech lekarzy i za każdym razem usłyszałem, że nie ma powodów do obaw i dostawałem coraz to inne leki. Bardzo niepokojące wydawało mi się to, że czułem co jakiś czas trwający nawet kilka dni wyraźny ból przy przełykaniu choćby śliny. Obawiałem się, że mogą to być jakieś guzki, najbardziej obawiałem się o krtań. Na szczęście laryngolog po dokładnych badaniach stwierdził, że krtań jest w dobrym stanie, a jedyny problem dotyczy gardła. Dostałem nowe leki oraz zalecenie, żeby na razie zrezygnować z treningów i oszczędzać się…co z trudem, ale jednak realizuję, jednocześnie pochłaniając kolejne książki. Sytuacja z dnia na dzień wygląda coraz lepiej, nie mam już duszącego kaszlu, więc myśle, że powoli wychodzę na prostą :)
Jeżeli chodzi o Achillesa, to tutaj sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Kontuzji nabawiłem się jeszcze przed wyruszeniem na moją wyprawę, kiedy próbowałem nogą uruchomić zablokowany łańcuch w rowerze. Przy mocniejszym nacisku poczułem, że coś jakby strzyknęło. Przez kilka minut czułem ból, ale później o nim zapomniałem. Na rowerze wszak nie wszystkie urazy są upierdliwe. O tym, że mam problem „dowiedziałem” się już na początku pierwszego treningu biegowego. Na początkowych metrach czułem jakby ktoś mi igłę wbijał w tego achillesa. Zacząłem biec lekko utykając, cały sztywny i po niespełna 100 metrach pojawiła się w głowie myśl – zawróć. Obawiałem się, że dalszy trening może spowodować jakieś poważne naderwanie ścięgna i w konsekwencji uziemienie na kilka miesięcy. Powiedziałem sobie jednak, że spróbuję przebiec kilometr. Kontynuowałem w związku z tym swój bieg i stwierdziłem, że ból jest coraz mniejszy, więc ….postanowiłem biec dalej. Ból praktycznie całkowicie ustąpił po 3-4 kilometrach. Dobiegłem do końca pętli i po nieco ponad 5000 metrów dotarłem do domu. Po treningu też nie odczuwałem żadnych dolegliwości, więc położyłem się spać z myślą, że może nie jest aż tak źle.
Następnego dnia z rana przy wstawaniu poczułem jednak, że nie do końca wszystko jest ok. W planach miałem przebiegnięcie 7 kilometrów. Postanowiłem więc posmarować pół godziny wcześniej ścięgno jakąś maścią przeciwzapalną i ruszyłem na swój szlak. Tak samo jak poprzednio, ból pojawił się od razu. Najgorzej było na 100-metrowym odcinku asfaltowym. Później po wbiegnięciu do lasu sytuacja się poprawiła i ból zniknął. Po dniu przerwy postanowiłem jeszcze raz spróbować. Wcześniej smarowałem achillesa i próbowałem je trochę masować. Rzeczywiście jakaś ulga po tym była, chociaż cały czas przy ucisku czułem nieprzyjemny ból. Po wyjściu na trening postanowiłem podarować sobie odcinek asfaltowy, który po prostu przeszedłem. O dziwo sytuacja się odwróciła. Przez pierwsze 100 metrów bólu nie czułem, pojawił się on jednak wkrótce, ale ku mojemu zaskoczeniu był mniejszy niż ostatnio. Tradycyjnie jednak po 3-4 kilometrach odpuścił. Na koniec treningu, zainspirowany pewną książką, postanowiłem więc że pobiegam sobie boso na dość równej, wystrzyżonej trawce. Przyznam szczerze, że po zdjęciu butów i skarpet biegało się rewelacyjnie. Uczucie wolności, nieskrępowanych ruchów to jest coś, czego się nie da poczuć biegając w butach. Różnica jest kolosalna. Po założeniu butów czułem się jakiś cięższy, bardziej usztywniony. Wcześniej zdarzało mi się za namową trenera po treningu na stadionie robić kilka przebieżek na boso. Teraz jednak mogłem delektować się samym biegiem. Trawa co prawda była dość mocno spalona przez słońce i krótko ścięta, ale dało się biec na niej w miarę swobodnie, bez obawy że trafi się na jakieś nierówności czy szkło.
Skąd się wziął mój nagły entuzjazm jeżeli chodzi o bieganie boso? W lipcu przeczytałem kilka książek o bieganiu i w jednej z nich udało mi się trafić na dość interesujące fakty. W Meksyku żyje sobie pewne indiańskie plemię, Tarahumara, które słynie z tego, że jego członkowie są w stanie przemierzać niesamowite dystanse bez żadnych problemów i kontuzji. Biegają tam wszyscy: kobiety, dzieci, starsi. Mają własne zawody i rywalizację, którą traktują bardzo poważnie. Często też muszą się przemieszczać, więc umiejętność biegania jest im bardzo potrzebna. Autor książki „Urodzeni biegacze” zaczął się zastanawiać. Jak to jest, że wszyscy biegają, a nikt nie łapie kontuzji. Jak to możliwe w tak trudnych warunkach (wysoka temperatura, trudne podłoże itp.)? Oczywiście plemię to żyje można powiedzieć „dziko”. Nie korzysta z pulsometrów i nie ma do wyboru 1000 par butów do biegania, które mogą sobie kupić na każdym kroku. Biegają w zwykłych sandałach biegowych, które pozbawione są jakiejkolwiek amortyzacji. Stopa dzięki temu ma możliwość naturalnych ruchów, nie jest w żaden sposób skrępowana, w przeciwieństwie do naszego obuwia, które jest wyposażone w dziesiątki systemów amortyzujących. Autor właśnie w ten sposób tłumaczy mnogość kontuzji, która staje się coraz większą plagą wraz z rosnącą liczbą biegaczy. Jako argument przytoczył też przykład jednego biegu, na który zaproszenie dostali przedstawiciele tego plemienia. Był to jakiś ultramaraton w USA. „Menedżer” tej grupy zdołał pozyskać sponsora (bardzo znany producent obuwia), który pokrywał wszelkie koszty. Warunek był jeden. Tarahumara muszą pobiec w obuwiu tej firmy. Co się okazało? Po dosłownie 20 kilometrach jeden z nich złapał kontuzję kolana…Na pierwszym punkcie kontrolnym wszyscy biegacze z tego plemienia zamienili „świetnie amortyzowane obuwie” na swoje zwykłe sandały i pognali w nich po zwycięstwo :)
Po przeczytaniu powyższej książki zacząłem się rozglądać za podobnymi sandałami i okazało się, że można je dostać na allegro. Nie zastanawiając się zbytnio zamówiłem jedną parę. Jestem bardzo ciekawy, jak będzie mi się w nich biegać. Postaram się oczywiście na początek stopniowo je wprowadzać do swojego treningu, aby stopy mogły się przyzwyczaić.
Jest jeszcze kilka innych ciekawych kwestii, które postaram się opisać, ale to już innym razem. Pierwsze przymiarki do treningu zrobię w poniedziałek, może uda się powoli wrócić do biegania.
Jeżeli chodzi o lipiec to przebiegłem w sumie…60 kilometrów na 7 treningach…Nie ma nawet co porównywać do sytuacji sprzed roku, kiedy przebiegłem ponad 500 kilometrów :) Mam nadzieję, że sytuacja się ułoży po mojej myśli, bo MOTYWACJI do treningu mi na pewno nie brakuje :)

Nowy rekord rowerowy! Powrót do biegania.

No i w końcu udało się zrealizować to, co zaplanowałem sobie dość spontanicznie w kwietniu. Chodzi mianowicie o pobicie rekordu przejechanych kilometrów na rowerze (333 km), który ustanowiłem 5 lat temu w lipcu. No, ale po kolei…
Początki do łatwych nie należały. Długi rozbrat z rowerem oczywiście miał wpływ na sam komfort przemieszczania się na dwóch kołach. Tyłek po pierwszej wyprawie, która sama w sobie do najkrótszych nie należała (ok. 100 km), bolał mnie przez 3-4 dni :) Kolejne dwa, trzy wypady to walka o rozbudzenie „pamięci rowerowej”, czyli automatyzmu, płynności, która sprawia dużą frajdę w samej jeździe. Innym problemem były przebijające się dętki. Problem automatycznie rozwiązał się wraz z wymianą opony. Wcześniej „fachowiec” twierdził, że na pewno wszystko z nią w porządku…trudno się było z nim zgodzić wymieniając ją co 2-3 jazdę…W sumie od końca kwietnia, kiedy rozpocząłem swoje „przygotowania” do momentu samej wyprawy w dniu 11 lipca, przejechałem niespełna 800 km. Na ten dystans składało się 5 wypadów powyżej 100 kilometrów (najdłuższy 150 km). Wszystkie one jednak bardzo się przydały, bo z każdą kolejną przejażdżką czułem się coraz lepiej na siodełku.
Termin wyprawy początkowo ustaliłem na dzień 4 lipca (chciałem, aby w „dzień próby” było jak najdłużej jasno). Niestety zarówno stan zdrowia (zachorowałem 22 czerwca), jak i pogoda (temperatura na poziomie 34-35 stopni) wpłynęły na odroczenie wyjazdu. Kiedy w końcu po kilku dniach skończyły się upały, a i sił po chorobie przybywało, niestety pojawił się kolejny problem w postaci silnego wiatru, który skutecznie uniemożliwił jazdę zarówno w czwartek, jak i piątek. W sobotę 11 lipca miało być już znacznie lepiej. W prognozach zapowiadano znacznie słabszy wiatr, miało być słonecznie i stosunkowo ciepło (ok. 22 stopni). Niestety „wróżby” się nie do końca sprawdziły…
W dzień przed wyprawą byłem tak podekscytowany, że w ogóle nie czułem zmęczenia. Położyłem się koło godziny 23, ale długo nie mogłem zasnąć. Budziłem się co chwile, wstawałem, zerkałem na zegarek. Ostatecznie wstałem jeszcze przed budzikiem, punktualnie o 3 w nocy. Podszedłem do okna – „powiało” nieco optymizmem. Nie padało, wiatr wydawał się słabszy, więc spokojnie udałem się do kuchni na porządny posiłek, który stanowił makaron z tuńczykiem. Nie zjadłem go zbyt dużo, aby nie czuć niepotrzebnego „ciążenia” w żołądku. Po śniadaniu odwiedziłem łazienkę i wskoczyłem w przygotowany wcześniej strój. Punktualnie o godzinie 3:40 wyruszyłem z domu. Niestety kolega, z którym miałem jechać pierwszą „setkę” nie dał rady tego dnia ze mną pojechać, więc zmuszony byłem pedałować w samotności. Na pierwszych kilometrach było jeszcze szaro, zwłaszcza na odcinku w lesie, gdzie trudno było odpowiednio szybko dostrzec pojawiające się dziury. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów pojawiła się pierwsza trudność, czyli podjazd, który w sumie jest rozciągnięty na dystansie kilku kilometrów, ale jego zasadnicza część, z dość znacznym przewyższeniem, liczy sobie około 600 metrów. Jednak to nie podjazd, ale zmiana kierunku jazdy na jego szczycie wywołała mały szok, gdyż zacząłem wtedy brnąć pod wiatr. Niestety wbrew prognozom był on dość mocny. Na szczęście moja trasa nie stanowi linii prostej, więc nie musiałem się z nim zmagać na całej drodze do półmetka. W każdym razie droga powrotna z Ostaszewa była niesamowitą ulgą, bo więcej było odcinków z bocznym, bądź tylnym wiatrem. Generalnie pierwszą pętlę (103 km) pokonałem w 4h 43 minuty, wliczając w to czas przerw, których miałem 5. Na każdej przerwie zjadłem po jednym batonie i oczywiście uzupełniałem płyny.
Po pierwszej pętli pojechałem do domu, żeby się przebrać i zrzucić nieco ciuchów (jak wyjeżdżałem to było zaledwie 12 stopni). Była to dobra decyzja, bo przy okazji mogłem napić się czegoś ciepłego. Drugą pętlę, identyczną jak poporzednią, rozpocząłem o 8:34. Na szczęście miałem na niej wsparcie kolegi, który dzielnie mi towarzyszył. Wiatr niestety wzmógł się jeszcze bardziej, mocno się zachmurzyło i powiem szczerze, że pojawił się pierwszy delikatny kryzys, raczej mentalny. Zacząłem się zastanawiać czy dam radę jak będzie tak mocno wiało do końca dnia, czy nie skończę z zapaleniem oskrzeli albo płuc, bo było zimno, a ja w przepoconych bluzach walczyłem momentami z kaszlem. Wyczekiwałem już tylko momentu, kiedy uda nam się dotrzeć do Ostaszewa, bo wiedziałem, że w drodze powrotnej po nawrocie powinno być ciut lżej. W drodze powrotnej jednak kolega miał defekt, którego naprawianie zajęło kilka minut. Nie zrażeni jednak okolicznościami dojechaliśmy do miejsca startu. Jazda we dwójkę jest na pewno łatwiejsza, ale w tamtym momencie popełniłem jeden zasadniczy błąd – jechałem obok kolegi, a nie za nim, być może okazało się to kluczowe dla ostatnich kilometrów. Zamiast gadać z nim, mogłem po prostu „usiąść mu na koło”, dzięki czemu może nie musiałbym walczyć aż tak z wiatrem. No nic, nie ma już co rozpamiętywać. Pokonanie drugiej pętli zajęło nam 5h i 11 min, czyli prawie pół godziny dłużej. Prawie pół godziny różnicy pomiędzy obiema pętlami wynikało nie tylko z defektu kolegi, ale także dłuższych pobytów w sklepach. Na pierwszym okrążeniu miałem trochę zapasów z domu, więc nie musiałem aż tak często robić zakupów, dzięki czemu przerwy mogły być 2-3 minutowe. W każdym razie postanowiliśmy, że przed wyjechaniem na kolejną część trasy, dobrze będzie się przebrać i napić znowu coś gorącego, więc zajechaliśmy do mnie na banany i herbatę.
Trzecią pętlę ze względu na możliwości czasowe kolegi postanowiliśmy nieco skrócić i zamiast do Łysomic, o godzinie 14:10 wyruszyliśmy do Zelgna (ze 103 km pętla skróciła się do 68). Wiatr był delikatnie lżejszy, więc w pierwszą stronę jechało się stosunkowo dobrze. Problem pojawił się przy nawrocie. Wiatr chyba lekko zmienił kierunek i z bocznego stał się jakby przednio-boczny. Na tej pętli mieliśmy rozplanowane tylko dwie przerwy, a całą drogę z Zelgna zaplanowaliśmy pokonać w całości. Kryzys dopadł mnie kilka kilometrów po nawrocie (ok. 250 km). Poczułem jakbym nagle stracił „paliwo” w nogach, mimo że na przerwie kilkanaście minut wcześniej zjadłem banana i jakiegoś batona. Dodatkowo pojawił się ból kolan. Dystans dłużył się niemiłosiernie, a i tempo spadło o te 3-4 km/h. Jakoś udało mi się dojechać do domu, przy którym licznik pokazał 276 km. W głowie pojawiły się czarne chmury. Jakim cudem mam jeszcze wycisnąć z siebie tyle sił, żeby przejechać ponad 120 km???
W domu spędziłem prawie pół godziny. W między czasie po raz kolejny się przebrałem, napiłem się ciepłej herbaty i …. po raz pierwszy od śniadania zjadłem coś konkretnego – 3 naleśniki z dżemem (w porównaniu do wafli i batonów to można to nazwać konkretnym posiłkiem). Bałem się jak zareagują nogi, ale stwierdziłem, że za dużo za mną i nie mogę się poddać. O godzinie 18:04 wyruszyłem na 4 pętlę, na której miał mi towarzyszyć syn koleżanki z pracy. Pętla ta miała być jeszcze krótsza niż poprzednia (46 km). Już na początku, odkąd wyruszyłem z domu, poczułem ulgę. Siły jakby wróciły, przynajmniej w dużej części! Nawet podjazd, o którym wspominałem na początku relacji nie sprawił mi zbyt wielkich trudności o dziwo. Te 46 kilometrów udało się pokonać w tempie pierwszej pętli, czyli stosunkowo szybko. Wtedy uwierzyłem, że szalony plan z 400-kilometrami może się powieść. Po 320 kilometrach w nogach czułem się naprawdę dobrze. Czekała mnie jeszcze jedna pętla, około 50-kilometrowa i ewentualne dokręcanie dystansu już na miejscu. Na ostatnią pętlę wybrała się ze mną koleżanka z pracy, której na bagażnik mogłem wpakować nieco rzeczy na przebranie, kamizelkę odblaskową, no i dwulitrową wodę :)
Pierwsza część trasy minęła bez większych problemów. Powrócił tylko ból prawego kolana, z którym jednak jakoś dało się jechać w tempie 22-24 km/h. Wiatr już na poprzedniej pętli był znacznie słabszy, a wieczorem jeszcze bardziej się uspokoiło i wypogodziło, więc jazda była przyjemna. Pierwszą przerwę zaplanowaliśmy za Chełmnem, już po nawrocie. I tutaj chyba zrobiłem kolejny błąd. Zamulony ilością słodyczy, którą pochłonąłem tego dnia, zjadłem tylko rządek karmelowej czekolady. Po kilku kilometrach zaczęło robić się ciemno. Moje światła w rowerze niestety do najlepszych nie należą mówiąc delikatnie, więc musiałem zdać się na te, które miała przypięte koleżanka (na szczęście znacznie lepsze). Hardkorowy powrót, niemalże na ślepo w moim wykonaniu zakłócił niestety kolejny kryzys, który pojawił się w połowie drogi powrotnej. Po kilku kilometrach musiałem się zatrzymać, żeby zjeść trochę tej czekolady i uzupełnić płyny, wtedy już wiedziałem, że szanse na 400 kilometrów są marne. Po dojechaniu do Grudziądza stwierdziłem, że musiałbym jechać przez ostatnią godzinę w tempie około 27 km/h, co w bieżącym stanie i ciemnościach, które spowiły miasto było prawie nierealne. Biorąc pod uwagę jeszcze ból kolan i kaszel, który się nasilił na ostatniej pętli, stwierdziłem, że nie będę na siłę katował organizmu dla kilkunastu dodatkowych kilometrów. Ostatecznie wykręciłem 373 kilometry, o 40 poprawiając swój poprzedni rekord. Przyznam szczerze, że czułem dość spory niedosyt. Nastawiłem się jednak bardzo na te 400 kilometrów i sądze, że gdyby nie moje błędy po drodze, to byłby to wynik do osiągnięcia. Być może spory udział w pokrzyżowaniu moich planów miał wiatr, być może też i osłabienie po chorobie albo słabe przygotowanie, ale mogło też zaważyć odżywianie w trakcie jazdy. No ale nic, mam nadzieję, że kiedyś jeszcze uda mi się pojechać podobny dystans, bo z jednej strony jest to może trochę szalone, ale daje też satysfakcję i przede wszystkim emocje :)
W sumie moja wyprawa trwała niespełna 20 h (z przerwami), z czego samej jazdy było 16 h 28 minut. Dystans 373 kilometrów przejechałem ze średnia prędkością około 22,6 km/h. Po drodze wypiłem 11 litrów płynów i zjadłem 6 snikersów, 3 lusette migdałowe, 2 góralki czekoladowe, marsa, 3 banany, 3 liony, 3 naleśniki z dżemem i białą czekoladę. Aż strach liczyć kalorie :) Z drugiej strony pewnie ich więcej spaliłem :)
To już jest koniec rowerowych wypraw na jakich czas…Będzie mi tego bardzo brakowało…Pora wrócić jednak na pełen etat do biegania. Mam nadzieję, że zdrowie pozwoli wziąć się ostro do pracy – jutro startuję z przygotowaniami do kolejnego wyzwania :)