Podsumowanie stycznia, czyli śnieg, góry i wichury

W końcu udało mi się zrealizować większość założeń treningowych na styczeń! Forma co prawda nadal raczkuje, ale przynajmniej kilometraż wybiegałem przyzwoity (280 kilometrów) – największy od marca 2015. Drugim sukcesem było przebiegnięcie przedwczoraj ponad 20 kilometrów na jednym treningu. Co prawda miałem kryzys w końcówce, kiedy przyszło mi biec pod wiatr, ale jakoś udało mi się dotrzeć do domu. Duża w tym zasługa kolegi, który wyciągnął mnie na nieco dłuższą pętlę i wspierał na „ostatnich metrach”. W każdym razie był to najtrudniejszy trening w tym roku. Dość mocno się odwodniłem, do tego poziom cukru musiał być niesamowicie niski, bo powoli zaczynałem „pływać”. Od soboty „wróciłem do lasu”. Mam głęboką nadzieję, że w tym roku śnieg już się nie pojawi, a przynajmniej nie w takich ilościach, żeby mnie z powrotem skierować na chodniki i ścieżki rowerowe :)
Wczoraj przebiegłem w sumie 10 kilometrów. W porównaniu do piątku czułem się rewelacyjnie. Dziś z kolei wybrałem się z innym kolegą na dłuższe rozbieganie. Przebiegliśmy ponad 18 kilometrów, chociaż warunki do łatwych nie należały. Wiatry mają jeszcze nas trochę pomęczyć, dlatego dobrze, że trasy w lesie wróciły do normalnego stanu.
W zeszłym tygodniu miałem z kolei nieco treningu „górskiego”. Na kilkudniowy wypad zabrałem oczywiście sprzęt do biegania, dwukrotnie wybierając się na godzinną „wycieczkę biegową”. Za drugim razem zaatakowałem dość stromy, ponad dwukilometrowy podbieg, który miejscami miał kilkanaście metrów nachylenia. Nie powiem, podbieg wymagający, ale widoki na górze niesamowite :) Warto było się pomęczyć wbiegając i później zbiegając, co również było nie lada wyzwaniem ze względu na zalegający śnieg.
Od przyszłego tygodnia chciałbym spróbować porobić coś szybszego na ożywienie i przede wszystkim zabrać się za gimnastykę siłową, której mi ewidentnie brakuje. W piątek stwiedziłem, że nie ma sensu rzucać się na kwietniowy maraton. Zostało raptem 8-9 tygodni treningu, a droga do odbudowania formy jeszcze bardzo długa. Mam nadzieję, że uda mi się przebiec jakiś maraton na jesieni. Liczę, że do tego czasu zdołam odzyskać normalną dyspozycję :)

Podsumowanie stycznia: 280 kilometrów na 21 treningach
Ostatnie treningi:
18 stycznia: 15 km rozbiegania
21 stycznia: ok. 10 km (w górach)
22 stycznia: ok. 10 km (w górach)
26 stycznia: 15 km
27 stycznia: 18 km
29 stycznia: 20 km
30 stycznia: 10 km
31 stycznia: 18 km

Krok, krok, za krokiem krok

Kolejny pracowity tydzień za mną. Udało mi się zrobić kawał dobrej roboty, chociaż łatwo nie było. Najbardziej we znaki daje się oczywiście śnieg i lód, ale w końcu mamy zimę, więc trzeba się z góry nastawić na trudne warunki. Po weekendowych „zmaganiach”, kolejny trening zrobiłem we wtorek. Ponownie zwiększyłem kilometraż, tym razem do szesnastu kilometrów. Wybrałem się do lasu, chociaż wcześniej dopadało dość sporo śniegu. Trening był dość męczący pod względem mentalnym, bo musiałem ciągle szukać wydeptanych ścieżek, bądź omijać miejsca, w których stada danieli zrobiły sobie „toaletę”. W niektórych miejscach, na odcinku nawet kilkunastu metrów śnieg był dosłownie żółty. Widocznie danielom spodobała się moja pętla biegowa albo zemściły się za akcje sprzed kilku dni, kiedy próbowałem dość spore stado odgonić od ruchliwej drogi :)
Najtrudniejszym treningiem dla mnie okazał się ten środowy, który zrobiłem rano przed pracą. Od rana nogi były jakieś sztywne i biegło się bardzo ciężko. W końcówce ledwo powłóczyłem swoimi kończynami dolnymi. Udało się jednak zrobić zamierzony dystans czternastu kilometrów. O wiele lepiej poszło mi w czwartek. Trening zrobiłem późnym wieczorem, więc miałem dość sporo czasu na regenerację. Nogi odżyły, chociaż w końcówce też łatwo nie było, zwłaszcza, że chodniki były dość oblodzone. Do tygodniowego przebiegu dorzuciłem piętnaście kilometrów.
W piątek zrobiłem sobie dzień wolny, aby odpocząć po trzech kolejnych dniach treningowych. W sobotę zmieniłem nieco trasę mojego wybiegania. Urozmaicenia jednak są wskazane w przypadku biegania po mieście. Końcówka znowu trudna, ale powodem mogło być odwodnienie, bo straciłem około 3 litrów na dystansie 16 kilometrów. Strasznie dużo. Są dwie możliwości, albo zbyt ciepło się ubieram, albo tłuszcz się intensywnie spala :) Na niedzielne wybieganie wybrałem się z kolegą. Biegając z kimś czas i kilometry znacznie szybciej płyną, więc nawet nie zauważyłem kiedy na liczniku pojawił się dystans 18 kilometrów.
Reasumując, w tym tygodniu udało mi się przebiec 79 kilometrów – o prawie 20 więcej, niż tydzień wcześniej. Liczę, że jeszcze w styczniu uda mi się przekroczyć na jednym treningu barierę 20 kilometrów, co mi się nie udało od majowego półmaratonu. Przyszły tydzień to z kolei kilkudniowy wyjazd. Zabieram ze sobą strój do biegania, ale nie wiem, gdzie przyjdzie mi trenować, więc nie nastawiam się na żadną konkretną „robotę”. Kolejny krok do przodu poczyniony…masa ciała spada…oby tak dalej ;)

Kolejny krok do przodu

No i doczekaliśmy się pierwszej tej zimy, dość „solidnej” pokrywy śnieżnej. Warunki, zarówno te atmosferyczne, jak i biegowe, zmieniły się dość diametralnie w ciągu ostatnich kilku dni. Śnieg jest dość uciążliwy, ale na szczęście wszystko wskazuje na to, że z każdym dniem będzie go coraz mniej. Tragedii nie ma, 3-4-centrymetrowa warstwa nie stanowi wielkiego problemu, gorzej jak zrobi się z niej lodowisko na skutek rozmrażania i powtórnego zamarzania roztopów. Najwyżej będzie można się przygotować do kolejnej edycji „Tańców na lodzie” ;)
Z obecnego tygodnia jestem bardzo zadowolony. Przebiegłem w sumie 61 km, co już bardzo długo mi się nie zdarzyło. Najtrudniejszy był środowy trening, później było już z górki ;) O wtorku i środzie pisałem ostatnim razem. Przebiegłem wówczas po 12 kilometrów. W czwartek zrobiłem sobie krótszy dystans, żeby się trochę zregenerować. W sumie wyszło 9 kilometrów. Na zwiększenie dystansu zdecydowałem się w weekend. O ile piątek miałem wolny, to sobota i niedziela były bardzo pracowite. W obydwu przypadkach przebiegłem po 14 kilometrów. Muszę przyznać, że czułem się bardzo dobrze. Puls z każdym dniem jest niższy, powoli wraca „normalny oddech”, nogi też lepiej wytrzymują dystans. Oby tak dalej! Jutro dzień przerwy, a we wtorek spróbuję prawdopodobnie przebiec 16 kilometrów. Morale są dobre, oby tylko zdrowie było!

Mrozy nie są takie straszne!

Po przedłużającej się jesieni, wreszcie/niestety (niepotrzebne skreślić) nastała zima. Pomijając okres beztroskiego dzieciństwa, jakoś specjalnie nigdy nie przepadałem za tą porą roku. Jedynym pocieszeniem jest fakt, iż mogę delektować się w tym okresie biathlonem i podziwiać wiecznie młodego Mistrza – Ole Einara Bjoerndalena :) Mimo wszystko największym koszmarem zimy dla wielu biegaczy i zmotoryzowanych osób pozostaje śnieg, który z czasem zmienia się w breję albo lodowisko. Znam fanów biegania po śniegu, ale na dłuższą metę, przy większych opadach, można sobie tylko problemów narobić, czy to nadwyrężając ścięgna, czy nieszczęśliwie upadając. Jednak główną przyczyną rezygnacji ludzi z biegania w tym okresie jest mróz, chociaż z biegiem lat coraz więcej osób stara się kontynuować treningi przez cały rok. W ostatnich dniach, na każdym treningu, mijałem co najmniej 5-6 osób. Dawniej byłoby to nie do pomyślenia. Prawdopodobnie jeszcze 15 lat temu, gdybym sam zobaczył kogoś biegającego w temperaturze powiedzmy -15 stopni, zastanawiałbym się nad jego zdrowiem psychicznym :) Cóż czasy się zmieniają, w tym przypadku to akurat dobrze. Oczywiście nadal znajdzie się grupa osób, która usilnie będzie usprawiedliwiać swoje lenistwo albo odradzać wyjście w taką pogodę na trening. Jednakże, jak mówi stare biegowe powiedzenie: „nie ma złej pogody, są tylko słabe charaktery” :) Czy mróz jest czymś strasznym? Dla osoby, która chciałaby rozpocząć akurat w tym okresie bieganie, to pewnie tak. Dla osoby regularnie trenującej, nie ma on zbyt dużego znaczenia. Odpowiedni ubiór, dobre obuwie, krem na twarz i można ruszać na trasę. Gdzie jest „granica bezpieczeństwa”? Moim zdaniem w okolicy -20 stopni. Po jej przekroczeniu odwoływane są zawody biathlonowe i chyba biegi narciarskie. Takie temperatury jednak są niezwykle rzadkie w Polsce, więc problem wydaje się marginalny. Co ubrać w takim razie? W ostatnich dniach, kiedy temperatura oscylowała w granicach -10 – (-15) stopni, zakładałem na siebie trzy warstwy. Dwie bluzki z długim rękawem oraz trochę grubszą kurtkę i ocieplane getry. Do tego oczywiście grube rękawiczki, czapka i szal. O ile oczywiście wychodząc na trening czuję lekki chłód, o tyle w trakcie biegu momentalnie się rozgrzewam i często muszę zdejmować rękawiczki, bo robi mi się za gorąco, a nie robię przecież nie wiadomo jak wymagających rzeczy ostatnio. Drugą ważną rzeczą jest oddychanie. Część osób zaleca oddychać nosem, bo powietrze jest wówczas ogrzewane. Ciekawi mnie tylko, czy te osoby kiedykolwiek w takich warunkach biegały, bo ja nie jestem w stanie. Oddychanie nosem jest o wiele mniej wydajne niż ustami, a mroźne powietrze wcale nie jest takie groźne jak się je przedstawia. Właściwie to chyba w ogóle nie jest groźne. Po przebiegnięciu kilkuset metrów nasz organizm zaczyna się przyzwyczajać do tych warunków, więc problem praktycznie znika. Reasumując, mrozy nie są przeszkodą do kontynuowania treningów. Grunt to mądrze się do nich przygotować ;)
Jeżeli chodzi o moje ostatnie treningi, to widać już progres. Dziś i wczoraj udało mi się przebiec po 12 kilometrów, bez jakichś specjalnych problemów, choć dziś nogi miałem pod koniec już trochę ciężkie i do domu dotarłem podmęczony. Ewidentnie brakuje gimnastyki siłowej….no i masa ciała jest oczywiście zbyt duża. Na szczęście wziąłem się ostro za siebie, mam nadzieję, że efekty będą już wkrótce widoczne i odczuwalne :) W każdym razie ostatni raz 12 kilometrów przebiegłem dokładnie 13 czerwca….czyli prawie 7 miesięcy temu…Mam nadzieję, że i dłuższe dystanse nie sprawią mi wkrótce problemów. Na razie, odpukać, Achilles pracuje dobrze, nie czuję żadnego dyskomfortu. Najbliższe 2-3 tygodnie poświęcę na zwykłe rozbiegania, które z czasem będę wydłużał, a pod koniec stycznia, o ile zdrowie i warunki pozwolą, postaram się wprowadzić już jakieś szybsze akcenty do treningu. Na koniec małe zestawienie treningów z ostatniego okresu:

28 grudnia – 7 km rozbiegania
29 grudnia – 9 km
30 grudnia – 9 km
31 grudnia / 1 stycznia – 7 km
2 stycznia – 10 km
3 stycznia – 10 km
5 stycznia – 12 km
6 stycznia – 12 km

Biegowe podsumowanie roku 2015

Wczoraj pożegnaliśmy 2015 rok. Rok, który był niezwykle trudny dla mnie, zwłaszcza pod względem sportowym. Większość czasu spędziłem na leczeniu kontuzji, bądź walce z chorobami. Na palcach jednej ręki mógłbym pewnie wymienić treningi, które napawały optymizmem. Mam jednak głęboką nadzieję, że obecny, 2016 rok, będzie o wiele bardziej owocny. Marzy mi się, podobnie jak w 2014 roku, poprawić życiówki na wszystkich dystansach, na jakich przyjdzie mi startować. Będzie to niezwykle trudne, bo w chwili obecnej wdrapuję się na „Rysy”. Do „Mount Blanc”, który osiągnąłem w październiku 2014 roku jeszcze daleko, ale ja cały czas wierzę, że uda mi się zdobyć w przyszłości mój biegowy „Mount Everest” :) Droga daleka, ale najważniejsze, że motywacji nadal nie brakuje. Trzeba tylko uważać, aby w czasie wspinaczki nie spaść w dół, bo to niestety zawsze boli. Najważniejsze to wytyczyć swój cel i później podążać drogą, która pozwoli nam go zrealizować :)
Miało być podsumowanie, więc niech będzie! Przez cały rok przebiegłem raptem 1326 kilometrów na 107 treningach (średnio ok. 12 km/trening). Liczby te szału nie robią, zwłaszcza w porównaniu do roku 2014 (3414 kilometrów na 233 treningach), ale jest też pozytywny aspekt! Po raz pierwszy od 2011 roku mogłem pobiegać w grudniu! W 2012 roku pauzowałem po wypadku, a w 2013 i 2014 miałem długą przerwę spowodowaną kontuzjami po październikowym maratonie. Liczę, że teraz karta się odwróci i będę mógł bez przeszkód trenować ;)
2015 roku był też nietypowy jeżeli chodzi o starty. Nigdy nie należałem do osób, które występują, gdzie tylko mogą, ale kilka biegów w sezonie zawsze zaliczałem. W zeszłym roku natomiast była straszna posucha. W maju pobiegłem jako pacemaker w półmaratonie na czas 1:45, a niespełna dwa miesiące później wystartowałem w rekreacyjnym biegu na 7 km. Nawet trudno stwierdzić, że wystartowałem, raczej wziąłem w nim udział ;) Głód ścigania jest więc we mnie ogromny. Oby tylko zdrowie pozwoliło wrócić do rywalizacji ;)
Jeżeli chodzi o poszczególne miesiące, to najwięcej kilometrów przebiegłem w marcu (366), potem był kwiecień z 204 kilometrami i maj (188 km). Przy trzech miesiącach widnieje liczba „0″, natomiast w trzech kolejnych nie udało mi się przekroczyć bariery 100 kilometrów…W 2016 roku musi być lepiej! ;)
Rok 2015 zakończył się jednak pozytywnym akcentem. Udało mi się po raz pierwszy od niepamiętnych czasów przebiec pięć treningów z rzędu. Ostatni był specyficzny, bo „najdłuższy” w mojej karierze…Rozpocząłem go o 23:40 w Sylwestra, a skończyłem mniej więcej 20 minut po północy w Nowy Rok. Bieg wśród wybuchających dookoła fajerwerków był niesamowity ;)
Na koniec wypada mi wspomnieć o celach na najbliższy rok. Chciałbym przede wszystkim wrócić do normalnych treningów, osiągnąć poprzednią dyspozycję i wejść szczebel wyżej. Marzy mi się kolejny maraton, być może w kwietniu, ale wszystko zależy od zdrowia i formy. Pozostaje mi tylko przytoczyć słowa, które widnieją z tyłu na mojej koszulce startowej: „przegrywa tylko ten, kto się poddaje”… :)