BNP i wycieczka biegowa, czyli mieszanka wybuchowa

Ostatnie kilkanaście dni to dla mnie istna mieszanka, jeżeli chodzi o treningi i samopoczucie. W zeszłym tygodniu udało mi się przebiec zaledwie 24 kilometry. Moje plany pokrzyżowała niestety kilkudniowa niedyspozycja, która objawiła się dość wysoką gorączką i lekkim przeziębieniem. Choroba dopadła mnie po wtorkowym treningu, na którym biegałem dość mocny drugi zakres. Do treningów powróciłem w zeszłą niedzielę. Zrobiłem wówczas dziesięciokilometrowe rozbieganie.
W obecnym tygodniu postanowiłem nieco zwiększyć intensywność. Do dwóch mocnych treningów w drugim zakresie, dorzuciłem przebieżki po rozbieganiach. Udało mi się już zrzucić ze trzy kilogramy, więc aż tak bardzo nie obciążam już stawów i ścięgien. Generalnie z wykonanej „roboty” jestem zadowolony, chociaż przyznam szczerze, że łatwo nie było…zwłaszcza w weekend.
Wtorkowy trening w drugim zakresie (WB2), mimo obaw jakie miałem ze względu na chorobę, mogę zaliczyć do bardzo udanych. Rozpocząłem tradycyjnie od spokojnych dwóch kółek, po 4:50-5:00/km. Potem przyspieszyłem. Ostatnie dwa kilometry przebiegłem po około 4:10/km. Oby więcej takich treningów. Uwielbiam WB2…prawie tak samo jak słodycze :)
W środę postanowiłem zrobić wolne, aby dobrze zregenerować się po mocnym akcencie. W czwartek natomiast przed pracą wybrałem się na czternastokilometrowe rozbieganie, zakończone pięcioma dość żwawymi przebieżkami. Podobny trening zrobiłem w piątek, chociaż warunki do komfortowych nie należały. Cały czas praktycznie padał deszcz, wszędzie było sporo kałuż, a do tego zjadłem dość obfity obiad na niespełna dwie godziny przed wyjściem. Tragedii nie było, tylko trochę przemokłem. Na przebieżkach dostałem jakieś turbo przyspieszenie nie wiadomo skąd. Może to ten makaron z tuńczykiem, który zjadłem na obiad :)
Na sobotni trening umówiłem się z kolegą. Postanowiliśmy pobiegać trochę w drugim zakresie. Pierwszy kilometr wyszedł nam po 4:32, potem było już tylko szybciej…ostatnią pętlę pokonaliśmy w tempie poniżej 4 minut na kilometr. Nie pamiętam już, kiedy na WB2 osiągnąłem taką prędkość :) Łatwo nie było, po treningu czułem wszystkie mięśnie brzucha. W dodatku tętno tego dnia było wyższe, niż w trakcie wtorkowego treningu. Reasumując – dobra robota…tylko chyba jednak trochę za mocna…
No i na koniec wisienka na torcie, czyli dzisiejszy trening. Całkiem niedawno pisałem o najtrudniejszym biegu w 2016 roku. To już nieaktualne! Pojawił się „nowy faworyt”. Od rana w sumie odbierałem od mojego organizmu sygnały, że jest trochę podmęczony. Sądziłem jednak, że wspólna wycieczka biegowa z kolegą, pozwoli mi się zmobilizować. Tak było w zasadzie do 10, może 12. kilometra. Potem zaczęły się schody, a właściwie góry. Najgorsze było to, iż w zasadzie nie miałem jak skrócić treningu, pobiegliśmy na jedną dużą pętlę, więc trzeba było jakoś do domu z powrotem dobiec. Największy kryzys dopadł mnie 4-5 kilometrów przed końcem. Czułem, że jestem strasznie odwodniony, a i poziom cukru musiał mi mocno spaść. Kiedy w mojej głowie toczyła się walka o to, aby nie stanąć i jakoś dobrnąć do mety, na horyzoncie pojawiło się „wybawienie”, czyli kolega, który nadbiegł z przeciwka. Okazało się, że ze względu na długie wybieganie, które miał w planach, zabrał ze sobą dość duży bidon z napojem izotonicznym…Połowę mówiąc brzydko mu „wychlałem”. Cudowny smak napoju, to było w tamtym momencie jak spełnienie marzeń :) Te kilka łyków płynu naprawdę mi pomogło, przynajmniej w dotarciu do domu. Na miejscu okazało się, że straciłem prawie 5 kilogramów na wadze, czyli prawie 5 litrów wody…aż nie mogłem w to uwierzyć. Nie było przecież ani ciepło, nie grzało praktycznie w ogóle Słońce, przez połowę treningu padało…Dziwna sprawa, aby na nieco ponad dwudziestu kilometrach stracić tyle wody. Mam teraz nad czym myśleć.
W kolejnym tygodniu postaram się nieco zwiększyć kilometraż. Korci mnie też, aby wybrać się na kros albo podbiegi. Dziś miałem okazję wizytować pierwsze ze wspomnianych miejsc. Ze względu na jakieś prace, zmieniła się nieco nawierzchnia, na (nie)stety bardziej „piaszczystą”. Jak zrobi się sucho, to treningi na krosie mogą stać się niezwykle wymagające. Cóż, nikt nie powiedział jednak, że będzie łatwo :)

Ostatnie treningi:
9.02 – 14 km, w tym 10 km WB2 (od 4:36 do 4:10/km)
14.02 – 10 km rozbiegania
16.02 – 14 km, w tym 10 km WB2 (od 4:40 do 4:10/km)
18.02 – 15 km (w tym 5 przebieżek po 100 metrów)
19.02 – 13 km (w tym 5 przebieżek po 100 metrów)
20.02 – 16 km, w tym ok. 11 km WB2 (od 4:32 do 3:59/km)
21.02 – ok. 20-21 km wycieczka biegowa

Karuzelę treningową czas rozkręcić – podsumowanie tygodnia

Mimo że ten tydzień do łatwych nie należał i dostałem ostro…w kość, to jednak jestem zadowolony z wykonanej pracy. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów udało mi się zrobić aż trzy mocniejsze jednostki treningowe w tygodniu! Strasznie mi tego brakowało. Chyba muszę się czasami trochę bardziej zmęczyć :) Tak jak pisałem wyżej, łatwo nie było, ale zacznijmy od początku.
Poniedziałek był moim dniem wolnym. We wtorek z kolei postanowiłem pobawić się szybkością. Zrobiłem tradycyjną zabawę biegową, bez presji utrzymania stałego tempa czy dystansu. Sześć jednominutowych odcinków, z których ostatni pobiegłem w tempie ok. 3:15/km, dobrze „odmuliło” moje nogi. Oczywiście mając te kilka kilogramów więcej, niż przed kontuzją, biegało mi się trudniej niż zazwyczaj, ale narzekać nie mogę. Środa była dla mnie kolejnym dniem wolnym. Trening mogłem zrobić tylko z rana, ale nogi miałem dość ciężkie, więc stwierdziłem, że lepiej odpocząć. Okazało się to strzałem w dziesiątkę! Czwartkowy trening przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Zaplanowany bieg w drugim zakresie tętna, a właściwie klasyczny bieg z narastająca szybkością, zrobiłem na dużym luzie. Już po 3-4 kilometrach biegłem w tempie ok. 4:30/km, zaś końcowe dwa kilometry pokonałem w mniej więcej 4:15/km. Do domu wracałem niesamowicie zadowolony, bo nie spodziewałem się, iż tak płynnie wszystko wyjdzie. Momentami miałem wrażenie, że biegnie mi się łatwiej, niż w trakcie wcześniejszych rozbiegań, które pokonywałem w tempie o ponad minutę wolniejszym…dziwne, ale cóż, może swoje zrobiło też nastawienie. Od rana byłem zmobilizowany „do walki” na trasie. Zrobiłem po prostu swoje, tak jak za „dawnych czasów” :)
W piątek trening bez historii. Dwunastokilometrowe rozbieganie przebiegłem w nieco ponad godzinę. Nie chciałem się specjalnie wysilać, ze względu na wcześniejszy BNP oraz perspektywę sobotniego akcentu, który okazał się dla mnie niesamowicie wyczerpujący. Na trening umówiłem się z kolegą. W planie mieliśmy sześć dwuminutowych odcinków. O ile przed moją kontuzją dość często walczyliśmy „ramię w ramię” na zawodach, o tyle teraz, biorąc pod uwagę moja dyspozycję, powinienem zamiast próbować utrzymać jego tempo, starać się robić swoje. Niestety „głód ścigania” wygrał. Summa summarum i tak nie dawałem rady „siąść koledze na plecach”, ale każdy odcinek biegłem praktycznie na swoje maksimum. Na ostatniej dwuminutówce miałem puls 185 i nogi jak z waty. Ledwo doczłapałem do domu, gdzie dopadł mnie kryzys. Niesamowicie się odwodniłem, do tego czułem ból gardła i dreszcze. Wziąłem szybki prysznic, ubrałem się ciepło, wskoczyłem do łóżka pod koc, wypiłem 3 litry gorącej herbaty i jakoś po 2-3 godzinach doszedłem do siebie. Nauczka dla mnie, muszę rozważniej szacować swoje możliwości.
Dziś z rana lekko bolało mnie gardło. Zdecydowałem się jednak zrobić osiemnastokilometrowe rozbieganie. Ludzi w lesie było multum: rowerzyści, biegacze, kijkarze, osoby spacerujące itp. Momentami trzeba było robić slalom :) Biegło się generalnie OK, nie licząc bólu mięśni brzucha po wczorajszym „szaleństwie” :) Końcówka też do łatwych nie należała. Po raz kolejny się musiałem mocno odwodnić, mimo że wczoraj wypiłem z osiem litrów płynów…może więcej…Dość dziwnie to wygląda w porównaniu do innych zim. Może to tłuszcz się tak dobrze spala :)
Podsumowując, tydzień trudny, ale mam nadzieję, że owocny. Przebiegłem w sumie 76 kilometrów w 5 jednostkach treningowych. W przyszłym tygodniu postaram się nieco zwiększyć kilometraż, ale chyba poprzestanę na dwóch akcentach. Nie ma co szarżować.

Podsumowanie tygodnia: 76 kilometrów w 5 jednostkach treningowych
wtorek – 16 km w tym 6 x 1 min (szybko)
czwartek – 14 km (bieg z narastającą prędkością, od 5:00 do 4:15/km)
piątek – 12 km rozbiegania
sobota – 16 km w tym 6 x 2 minuty (bardzo szybko)
niedziela – 18 km rozbiegania