Karuzela z kontuzjami…

Jak sugeruje tytuł wpisu, nie wszystko poszło po mojej myśli…, ale może od początku. Problemy zaczęły się już w nocy z piątku na sobotę. Poszedłem spać koło 23:30. Zasnąłem co prawda bez większych problemów, ale w trakcie nocy miałem kilka pobudek i śniły mi się jakieś głupoty (na szczęście już nie pamiętam jakie). Rano wstałem koło godziny 7:30 i po kilku minutach postanowiłem zjeść 3 kromki chleba z dżemem porzeczkowym. Zwiększyłem nieco „dawkę” ze względu na to, iż start zaplanowano na godzinę 11:15.
O godzinie 9, wspólnie z kolegą wyruszyliśmy w kilkudziesięciokilometrową podróż do Kwidzyna. Droga bez niespodzianek, korków brak. Dojechaliśmy w nieco ponad pół godziny. Na miejscu zobaczyliśmy tłumy samochodów, które były zaparkowane dosłownie wszędzie. Jakimś cudem udało nam się znaleźć idealną miejscówkę, oddaloną jakieś 100 metrów od stadionu, gdzie zaplanowany był start i meta. Problemów nie sprawiło też pobranie pakietów startowych. Sprawnie, szybko i na temat – mimo ponad 3000 biegaczy.
Po godzinie 10:30 wspólnie z kolegą ruszyliśmy na krótką, dwukilometrową rozgrzewkę. Potem trochę „pomachałem nogami”, odwiedziłem toaletę i ruszyłem na linię startu. Ścisk był niemiłosierny. Na szczęście udało mi się przebić do pierwszych rzędów. Słuchając spikera, który zapowiadał startujące w biegu „gwiazdy”, obserwowałem rosnący puls. Tuż przed wystrzałem podskoczył mi do 114.
Moment startu to była po prostu tragedia. Tumany kurzu, ludzie przewracający się o siebie, skaczący w niekontrolowany sposób na boki – trochę przypominało to sceny z filmu „Godzilla” albo „King Kong”, w których tłum biegnie gdzie popadnie. Na szczęście po wybiegnięciu ze stadionu droga się rozszerzyła i nie trzeba było aż tak uważać, żeby nie zostać stratowanym. Pierwszy kilometr wiódł pod górę, więc nie zależało mi na osiągnięciu zawrotnego tempa. 4:09, zgodnie z planem, w zupełności mi wystarczyło. Oznaczenia kolejnych kilometrów były chyba niezbyt dokładne. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo różnice pomiędzy poszczególnymi odcinkami wychodziły zbyt duże. W każdym razie na ogromny plus zasługuje fakt, że punktów z wodą i armatkami wodnymi było mnóstwo, jak na dziesięciokilometrowe zawody. Na szczęście było dużo chłodniej, niż 3 lata temu, kiedy temperatura przekroczyła 30 stopni, no i słońce też niezbyt często wychodziło zza chmur. Dla mnie to i tak było jednak za ciepło. Już po pierwszym kilometrze byłem „zgrzany”, mimo bezrękawnika i krótkich spodenek. Zgodnie z założeniami udało mi się jednak przyspieszyć. Wyprzedzałem ludzi, którzy zbyt odważnie wystartowali na początku. Generalnie już dawno nie biegałem w takim tłoku. Cała stawka przerzedziła się dopiero koło 3-4 kilometra, gdy dopadł mnie pierwszy kryzys. Biegło mi się ciężko, nie mogłem złapać odpowiedniego rytmu, w dodatku pierwsze pięć kilometrów było pod wiatr, co nie ułatwiało sprawy. Na szczęście po nawrocie było lekko z górki i już tak nie wiało. Półmetek minąłem w czasie niespełna 20 minut. Niesamowity zamęt zaczęły robić oznaczenia. Na jednym kilometrze wychodziło mi tempo powiedzmy 3:40 (nierealne), aby na kolejnym dojść do 4:20…oczywiście starałem się utrzymywać w miarę jednostajną prędkość, więc musiałem walczyć nie tylko z kryzysem, wysokim pulsem (koło 180), ale i matematyką. Na siódmym kilometrze mój mózg starał się mnie przekonać, że nie ma sensu biec dalej. Oczywiście go nie posłuchałem i widząc kryzys na twarzy innych ludzi starałem się walczyć dalej, chociaż łatwo nie było. Kilometr przed metą trochę odżyłem. Bieganie techniką negative split jednak pomaga, bo nawet mimo potwornego zmęczenia człowiek uczy się przyspieszać. Żeby się zmotywować do walki krzyknąłem głośno i popędziłem w kierunku mety, słysząc tylko „dawaj, dawaj”, „dalej, dalej”. To zmotywowało mnie na tyle, że osiągnąłem prawdopodobnie swój puls maksymalny, czyli 190 uderzeń na minutę. Niestety za ten zryw przyszło mi „zapłacić”….około 100-200 metrów przed metą poczułem nagłe ukłucie w mięśniu dwugłowym prawej nogi i nie byłem w stanie normalnie biec. Jakimś takim pokracznym krokiem, kuśtykając, przekroczyłem linię mety w czasie 40:36. Początkowo myślałem, że naderwałem sobie mięsień, ale z perspektywy czasu wygląda to bardziej na jakieś naciągnięcie. Oby nie było to nic poważnego…
Podsumowując, nie jestem zadowolony ze swojego występu. Cały czas brakuje mi sporo do formy sprzed kontuzji. Nie mam przede wszystkim wytrzymałości tempowej, nad którą będę musiał mocno popracować w najbliższym czasie. Na pocieszenie udało mi się, po prawie 3 godzinach czekania, wylosować zestaw nagród: mały kubek termiczny, koszulkę biegową, zestaw fiszek do języka angielskiego oraz podkładkę pod myszkę. Wśród około 150 rozlosowanych zestawów były też między innymi pokojowe klimatyzatory, zegarki z GPSem czy weekendowe wypady w urokliwe miejsca. Dobry sposób na zatrzymanie ludzi po starcie przez 3 godziny :) Mimo wszystko organizatorom należą się wielkie brawa, bo zrobili kawał dobrej roboty. Atrakcyjne nagrody, ciekawa trasa, darmowy pakiet startowy. Jak widać nie trzeba pobierać horrendalnych kwot od biegaczy, żeby zorganizować bieg. Jedynym minusem jest tylko start i ten ogrom ludzi wokół. O wiele bardziej wolę kameralne imprezy, gdzie jest bardziej „rodzinna” atmosfera.
Mam nadzieję, że już niedługo będę mógł wrócić do normalnych treningów, zwłaszcza, że za kilka tygodni czeka mnie kolejna przerwa, ale o tym napiszę już może kiedy indziej.

Kolejne wyzwanie

Dość długo nie pisałem relacji ze względu na NAWAŁ obowiązków w pracy. Maj jak na razie to najgorętszy okres w tym roku…i to nie ze względu na pogodę, która jest ostatnimi czasy bardzo kapryśna. W zeszły poniedziałek biegałem w krótkich szortach i bezrękawniku, żeby niedzielny trening robić w „zimowej” czapce i rękawiczkach :) Mówi się, że „w marcu jak…” albo „kwiecień plecień…” – może warto też coś dla maja wymyśleć :)?
W każdym razie zapomniałem już przez to wszystko o pierwszomajowym półmaratonie. Najgorszy był dla mnie drugi dzień po biegu, kiedy chodziłem jak większość bohaterów serii o żywych trupach :) Pierwszy trening byłem w stanie zrobić dopiero w czwartek 5 maja. Przebiegłem wówczas 7 kilometrów w bardzo rekreacyjnym tempie. Dzień później pobiegłem 3 kilometry więcej. W sobotę już postanowiłem nieco „zaszaleć”. Stwierdziłem, że najlepsza będzie zabawa biegowa w formie piramidy. Zrobiłem więc odcinki w następującej kolejności 1 min => 2 min -> 3 min -> 3 min -> 2 min -> 1 min. Tempo na poszczególnych powtórzeniach było zróżnicowane i wahało się w zależności od długości odcinka od 3:20 do około 3:40/km. Przerwy w truchcie też miałem zróżnicowane, najczęściej koło 2-3 minut. Tydzień po półmaratonie zamknąłem niedzielnym, dwunastokilometrowym rozbieganiem. W sumie od czwartku do niedzieli przebiegłem 41 kilometrów. Nie biegało mi się w tym okresie zbyt dobrze. Czułem lekki ból po boku, do tego momentami odzywał się mięsień dwugłowy prawej nogi.
Kolejny tydzień treningowy rozpocząłem we wtorek od dość mocnego uderzenia. Tym razem zamiast zabawy biegowej postawiłem na 400-metrowe interwały. Zrobiłem ich w sumie 10. Pierwsze cztery wykonałem w tempie około 3:45/km (1:30). Dwa kolejne były o 3 sekundy szybsze. Siódme i ósme powtórzenie zrobiłem w 1:25. Natomiast na ostatnich dwóch interwałach „puściłem hamulce” osiągając czas 1:18-1:19 (tempo 3:15/km). W sumie z rozgrzewką i schłodzeniem wyszło mi 11 km. Po treningu wybrałem się masaż, który rewelacyjnie podziałał na moje nogi. Środowy trening, mimo dość dużego wysiłku dzień wcześniej, zrobiłem nie wiadomo kiedy. Biegało mi się rewelacyjnie. W czwartek, ze względu na kilkugodzinne badania i późniejsze obowiązki w pracy, musiałem zrobić sobie wolne. W piątek powtórzyłem trening środowy, czyli delikatne rozbieganie o długości około 10 kilometrów. Nie chciałem zbytnio szarżować, ze względu na sobotni akcent. Długo się zastanawiałem co wówczas zrobić. Ostatecznie wybrałem się na stadion, żeby popracować nad wytrzymałością tempową. W związku z odbywającym się pod wieczór meczem, na bieżni było trochę utrudnień w postaci banerów reklamowych czy zwiniętym na pierwszym torze „trawiastym dywanie” przed wyjściem z szatni. Musiałem przez to nadrabiać kilka czy kilkanaście metrów biegnąc w niektórych miejscach po drugim czy trzecim torze. Generalnie jednak trening, który sobie zaplanowałem, 3 x 3 km w tempie 4:00/km, okazał się dość wyczerpujący. Początek nie zwiastował problemów. Pierwsza trójka poszła w miarę gładko. 1000 metrów minąłem w czasie 3:56, potem ciutkę zwolniłem i dwa kolejne kilometry wyszły równo po 4:00. Po kilometrowej przerwie na trucht, ruszyłem na drugą trójkę. Tym razem pierwszy kilometr otworzyłem w 4:01. Później było 4:00 i 3:59. Drugie trzy kilometrów wyszło mi więc idealnie w 12 minut. Końcówka była już jednak dla mnie trudna i trochę obawiałem się, czy podołam jeszcze jeden odcinek. Kilometrowa przerwa w truchcie nie spełniła specjalnie swojego zadania i w zasadzie od początku ostatniej „trójki” biegło mi się dość ciężko. Pierwszy kilometr tego odcinka zrobiłem w 4:02, drugi był jeszcze słabszy (4:04), dopiero w końcówce się zmobilizowałem (3:57) i ostatecznie całą „trójkę” pokonałem w 12:03. Za „dobrych czasów” potrafiłem przebiec 3 x 3 km w tempie 3:45. Owszem był to zawsze trudny trening, ale do zrobienia. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko dodać, że w poprzednią sobotę trochę wiało….a po powrocie do domu bolał mnie brzuch i dostałem biegunki, która męczyła mnie kilka godzin. W niedzielę czułem się strasznie słaby, może ze względu na przymusową głodówkę w drugiej części soboty. Doskwierający dyskomfort i jakieś tam osłabienie (czyżby jakaś grypa jelitowa?) spowodowały, że zrobiłem tylko 10 kilometrów, zamykając tym samym drugi tydzień maja na poziomie 56 kilometrów.
Obecny tydzień to już w zasadzie regeneracja przed sobotnimi zawodami na 10 kilometrów. We wtorek zrobiłem kolejny trening interwałowy: 10 x 400 metrów. Dziewięć pierwszych powtórzeń przebiegłem spokojnie, w tempie 3:45/km (czas 1:30). Dopiero na koniec dość mocno przyspieszyłem osiągając czas 1:17 (tempo 3:13/km). Biegało mi się bardzo dobrze, a po treningu wybrałem się ponownie na masaż.
Środę zrobiłem sobie wolną, natomiast wczoraj wykonałem ostatni, delikatny trening przed sobotą. Przebiegłem siedem kilometrów, do których dorzuciłem 5 przebieżek.
Generalnie nie czuję się zbyt świeżo. Dość dużo sił kosztowała mnie w ostatnim tygodniu praca. W związku z czym nawet nie miałem za bardzo kiedy myśleć o jutrzejszych zawodach. Nie nastawiam się na wielki wynik. Chciałbym złamać 40 minut, ale jak pójdzie, to zobaczymy :) Na pewno będę walczył, bo nie jeżdżę na zawody jak na wycieczkę. Dziś rano czułem się lekko podziębiony, oby do jutra było wszystko OK :)

Nie tym razem…

Trudno jest pisać o czymś, co niezbyt się udało…Niestety bieg, na który „ostrzyłem zęby” od kilku miesięcy, nie przebiegł zgodnie z moimi oczekiwaniami. Skończyło się na 1:27:59. Udało mi się więc o sekundę złamać barierę 1:28. Do pobicia rekordu życiowego zabrakło jednak dokładnie 3,5 minuty…
Zanim zacznę od streszczenia przebiegu dzisiejszej rywalizacji, to może opiszę taktykę, jaką chciałem obrać. Nikomu o niej nie wspomniałem, bo nie wiedziałem, na ile będzie ona realna. Planowałem rozpocząć po 4:15, kolejny kilometr miał być o 5 sekund szybszy, podobnie jak następny. Od trzeciego kilometra do powiedzmy 15., chciałem utrzymywać tempo około 4:05/km, by w ostatniej części rywalizacji przyspieszyć do mniej więcej 4:00/km. Taka taktyka w przypadku powodzenia dawałaby mi realne szanse na złamanie 1:26, co w obecnej sytuacji mógłbym uznać za sukces. Wiedziałem, że szans na pobicie rekordu życiowego sprzed dwóch lat – 1:24:30 – praktycznie nie mam żadnych. Wiem po prostu jak biegało mi się wówczas, jakie osiągałem czasy na treningach itp. – pewnych kwestii przeskoczyć się nie da tak od razu.
Ok, ale przejdźmy do samego biegu. Rozpocząłem ostrożnie, bo wiedziałem, że adrenalina robi swoje. Pilnowałem się jak mogłem, mimo tego, że tempo wydawało się „wolne”. Pierwszy kilometr przebiegłem w grupie pacemakera na 1:30. Zegarek pokazał czas 4:13. Fajnie, super, ekstra, tylko puls miałem relatywnie wysoki – mniej więcej 163. Kolejne 1000 metrów przebiegliśmy po 4:08. Na tym etapie dołączyła do mnie koleżanka, która praktycznie do samej mety wspierała mnie na rowerze, służąc jako „punkt żywieniowy”. Dzięki Hania za pomoc i słowa otuchy w końcówce!
Trochę mnie zdziwiło, jak trzeci kilometr przelecieliśmy w 4:05. Mi to odpowiadało, ale chyba pacemaker się zreflektował i zwolnił (aby przebiec półmaraton w 1:30 trzeba utrzymywać tempo na poziomie 4:15/km). Niestety grupa wokół mnie się mocno przerzedziła. Zacząłem doganiać pierwszych „hurra-biegaczy”, których na każdym biegu nie brakuje :) Wbiegając na piąty kilometr moim oczom ukazała się dość ciekawa grupka złożona ze znajomych twarzy. Przez dwa/trzy kilometry niestety musiałem ich gonić. Dystans zmniejszał się bardzo powoli, a ja na długiej prostej biegłem praktycznie odsłonięty. Wiatr na szczęście nie wiał centralnie w twarz, był raczej boczny. W tym momencie popełniłem błąd. Gdybym nie biegł po prawej stronie roweru, a po lewej, to byłbym dość dobrze osłonięty. W głowie mi co prawda taka myśl przemknęła, ale stwierdziłem, że jak walczyć, to walczyć. Relatywnie szybko minęła mi prosta, której się tak obawiałem, niestety na samym końcu dopadł mnie pierwszy kryzys. Był to mniej więcej 9 kilometr, na rondzie, za którym znajdował się niewielki podbieg. W głowie pojawiły się głupie myśli o zatrzymaniu się, które jednak szybko odegnałem. Na dziesiątym kilometrze, po raz pierwszy w historii moich startów półmaratońskich, zdecydowałem się spożyć połowę żelu, który oczywiście popiłem wodę, a nie izotonikiem. Nie wiem, na ile on pomógł, ale przez pewien czas czułem pewną poprawę w komforcie biegu. Drugi kryzys pojawił się na dwunastym kilometrze, kiedy złapał mnie delikatny skurcz w mięśniu dwugłowym prawej nogi. Trochę mnie to zdziwiło, zważywszy, że rzadko kiedy miałem z tą grupą mięśni problemy. Na szczęście po kilkuset metrach dyskomfort minął i do 15. kilometra utrzymywałem mniej więcej równe tempo po 4:05. Potem niestety zaczęły się dla mnie schody. Prawdopodobnie w tym miejscu popełniłem duży błąd. Po podbiegu, który kończył się wiaduktem nad autostradą, zdecydowałem się zjeść drugą połowę żelu. Niestety chyba popiłem go zbyt małą ilością wody. Zaczynałem też już odczuwać dość mocno zmęczenie. Puls mi wzrósł do prawie 180, nogi zrobiły się ciężkie i jak tu jeszcze przyspieszyć? Niestety się nie dało. Przez kolejne 2-3 kilometry, które w dodatku biegły po drodze gruntowej, utrzymywałem tempo w granicy 4:10-4:15. Na osiemnastym kilometrze marzyłem już tylko o kąpieli i fancie, która czekała na mnie na mecie. Myśli o zatrzymaniu się pojawiały się w głowie co chwilę. „Po co?”, „Na co?”, „Przecież i tak nie pobiję życiówki” itp. Mózg starał się za wszelką cenę skończyć męczarnię, ale wtedy zdałem sobie sprawę, że do mety zostały 3 kilometry i nie wolno mi się poddać! Pojawiła się myśl, że to niespełna dwie pętle u mnie w lesie, więc muszę dać radę! Dodatkowo miałem wsparcie od Hani i dwóch kolegów, którzy od kilku kilometrów siedzieli mi na plecach. Utrudnieniem były niestety podbiegi, które znajdują się w ostatniej części trasy. Wszystkie podbiegi w takich momentach to „Mount Everesty”! Co chwilę spoglądałem na zegarek, wyczekując kolejnych tabliczek z kilometrami. Po przekroczeniu dwudziestego kilometra znowu zrobiły się schody. Zrobiło mi się skrajnie niedobrze, do gardła kilka razy podszedł mi żel, który wziąłem wcześniej. Co chwilę pojawiał się odruch wymiotny i nie mogłem nawet dobrze złapać oddechu. Zastanawiałem się nawet, czy na chwilę nie przystanąć i nie oddać „niepotrzebnego balastu”, ale nie chciałem stawać. Bardzo rzadko na trasie mam przeboje żołądkowe, ale to co się działo trudno opisać. Do metry 500 metrów, słychać już kibiców, a tu problem, żeby się zebrać w sobie i jakoś pokonać te finiszowe metry! Na szczęście dotarły do mnie głosy, że mam walczyć, że jeszcze tylko kawałek. Wypadając z zakrętu zobaczyłem metę i kłębiący się tłum ludzi. Pojawiła się też tabliczka oznaczająca 21. kilometr. Pozostało mi już wtedy tylko niecałe 100 metrów! Ta myśl dodała mi sił. Zobaczyłem jakimś cudem zegar odmierzający czas „1:27:36″ i rzuciłem się „pędem” w kierunku mety. Chciałem złamać przynajmniej 1:28, co się ostatecznie udało. Przekroczyłem linię mety i padłem jak długi. Usłyszałem tylko jakiś głos „weżcie go” i poczułem jak dwóch mężczyzn bierze mnie pod pachę i gdzieś przenosi. Pamiętam jak przez mgłę, gdy powiedziałem do nich: „dajcie mi się na trawie położyć”.
Nie ma to jak moje teksty na linii mety :) Albo ten z bodajże osiemnastego kilometra, gdy Hania powiedziała: „już niedaleko do końca”, na co ja odparłem „jo, chyba mojego” :) Później, nagle znalazłem się w namiocie medycznym, chociaż samej drogi jakoś specjalnie nie pamiętam :)
W tym miejscu mogę już chyba skończyć swoją relację. Nie musze chyba dodawać, że czuję bardzo duży niedosyt i rozgoryczenie. Liczyłem na więcej, zwłaszcza że pogoda była sprzyjająca. Niektórzy próbowali mnie pocieszać, że w końcu zająłem 30. miejsce na 700 osób, że to był mój pierwszy start od bardzo długiego czasu itp., ale założeń nie udało się osiągnąć. Żeby nie było, ze tylko siebie krytykuję, to jestem dumny z tego, iż walczyłem do końca. Dałem z siebie naprawdę sporo i mimo, że to nie był mój dzień, to pamiętałem o swoim motto, które mam na koszulce startowej „przegrywa tylko ten, kto się poddaje”! Z pozytywów muszę jeszcze wymienić to, że odpukać chyba nie nabawiłem się żadnej kontuzji, spotkałem wielu znajomych i nabyłem książkę, pod którą podpisali się relacjonujący dzisiejsze zawody Przemysław Babiarz oraz jej autor, Łukasz Panfil :) W tym miejscu ogromne podziękowania należą się też wszystkim kibicom, dzięki którym pokonywanie kolejnych kilometrów, nawet w chwilach kryzysu, było prostsze! Atmosfera była po prostu genialna! Za to serdeczne dzięki. Szkoda tylko trochę tych wszystkich błędów po drodze, ale cóż, nie zawsze wszystko się udaje w 100%, a jak się rano przed wyjściem z domu zapomniało zjeść banana, przykleić tejpy na achillesy i wetrzeć talk w uda, to można mieć pretensje tylko do siebie! :)
W każdym razie z dniem jutrzejszym zaczynam przygotowania do swojego kolejnego biegu, czyli startu na 10 km, który odbędzie się za trzy tygodnie. Postaram się jakoś odkuć. Pod koniec maja być może zrobię sobie też sprawdzian na dystansie półmaratonu na swojej pętli biegowej, co pozwoli mi się w pewnym stopniu zrehabilitować za dziś :) Walczę dalej!