Koniec zimy!!!

Parafrazując słowa Joanny Szczepkowskiej można byłoby rzec, że 20 lutego skończyła się w Polsce zima, czyli najbardziej paskudna z pór roku :) W ostatnich dniach było w lesie trochę błota, ale lepsze błoto niż lodowisko… Nadchodzi powoli najpiękniejsza pora roku, czyli wiosna :)
Ostatni tydzień był dla mnie wyjątkowo trudny, nie tylko pod względem fizycznym, ale bardziej psychicznym. Nagromadziło się nieco problemów w pracy, co od razu przełożyło się na mniejszą ilość snu, a więc i gorszą regenerację. W każdym razie po niedzielnym sprawdzianie nie było najgorzej, dlatego w poniedziałek zdecydowałem się zrobić tradycyjny zestaw ćwiczeń, nieco tylko skrócony, ze względu na napięty grafik i mnóstwo innych obowiązków.
We wtorek było mega dziwnie. Trochę się obawiałem tamtego treningu ze względu na mocniejszą, piętnastominutową końcówkę w tempie „męczącym”. Okazało się, że najbardziej męczące były pierwsze kilometry :) Po mniej więcej 10 minutach musiałem się zatrzymać na przerwę toaletową i ruszając czułem jakby moje nogi były z kamienia. Biegło mi się tragicznie. Dopiero gdzieś po 40 minutach zacząłem jako tako przebierać nogami. Ostatecznie po mniej więcej dziesięciu kilometrach przyspieszyłem do tempa około 4:08/km i….biegło mi się znacznie lepiej, niż na początku po 5:10…Dziwny jest ten mój organizm :)
Środa poszła bez problemu. Dziesięć kilometrów rozbiegania z dziewięcioma sprintami pod górę nie sprawiły mi większych kłopotów. Dużo trudniej było w czwartek, kiedy zaczęło mocniej wiać, a w perspektywie miałem osiem minutowych podbiegów pod górę. Po trzech kilometrach rozbiegania ruszyłem na swoją „chwilę prawdy”. Wiedziałem, że będzie ciężko, bo wybrałem dość stromy fragment górki, ale nie wiedziałem, że po pierwszym odcinku będę się zastanawiał, jakim cudem zrobić takich powtórzeń jeszcze siedem :) Trochę mnie to sił kosztowało, ale ostatecznie jakoś dałem radę. Tempo utrzymywałem poniżej 4 minut na kilometr, więc stosunkowo szybko jak na profil terenu i dość silny wiatr. Ostatnią „minutówkę” pobiegłem zdecydowanie najszybciej. Po skończeniu odcinka musiałem na dobrą minutę przystanąć i „posapać”. Jakaś kobieta szła z psem i się dziwnie patrzyła. Pewnie zastanawiała się, czy po karetkę nie dzwonić :) Przyznam szczerze, że ostatnie trzy kilometry schłodzenia były bardzo trudne. Dużo mnie ten trening kosztował, chociaż z samej realizacji byłem zadowolony.
W piątek czekało mnie długie, prawie dwudziestokilometrowe rozbieganie. Niestety z pracy wróciłem po godzinie 16, więc zanim wyruszyłem, zrobiła się prawie 16:30. Nie było źle, biegło się całkiem nieźle, większość kilometrów wychodziła między 4:55 a 5:00. Ostatnie dwa kółka zrobiłem już praktycznie po ciemku. Czułem dość duży ubytek sił, więc pozwoliłem sobie na dość obfitą kolację. W sobotę zrobiłem trening bez historii. 10 kilometrów po prostu na zaliczenie i „nabicie” (nie lubię tego słowa) kilometrów.
W dniu dzisiejszym czekało na mnie kolejne wyzwanie. Wczoraj zrobiłem wszystko, aby uzupełnić moje zapasy węglowodanowe i przystąpić do treningu z „mocnymi” nogami. W planie miałem dwa piętnastominutowe odcinki w tempie między „prędkościami startowymi na 10 km i 21 km” z zaledwie jednominutową przerwą w truchcie. De facto więc miałem do pokonania 30 minut w dość konkretnym tempie. Pierwszy odcinek zacząłem nieco za szybko, 500 metrów minąłem w równo dwie minuty. Potem ciut zwolniłem, ale i tak pierwszy kilometr pokonałem w 4:02. Pozostałą część odcinka przebiegłem w tempie około 4:03/km, bez specjalnego spinania się. Było generalnie nieźle. Obawiałem się tylko, że ta minuta przerwy bardziej mi zaszkodzi, niż pomoże. Drugi odcinek zacząłem jednak z dość dużym animuszem. Znowu nieco przegiąłem i po 500 metrach na liczniku miałem 1:58, czyli biegłem w tempie 3:56. Pierwszy kilometr pokonałem w równe 4:00. Podobnie zresztą jak kolejne…Końcówka do łatwych nie należała. Nogi pracowały dosyć dobrze, trochę gorzej było z pulsem. Summa summarum jednak jestem zadowolony z tego treningu. Waga idzie w dół, organizm coraz bardziej przystosowuje się do szybszego biegania. Czuję wyraźną poprawę w stosunku do styczniowych „początków”. Siódmy tydzień planu za mną. Zostało mi ich jeszcze 9 do półmaratonu. Mam nadzieję, że średnią prędkość z drugiego dzisiejszego odcinka (4:00/km), uda mi się utrzymać za dwa miesiące na dystansie 21 kilometrów. Myślę, że jest to realne, ale jeszcze wiele pracy przede mną. Na razie cieszę się, że po raz kolejny wykonałem plan w 100% i przebiegłem 76 kilometrów :)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.