Wiosna nadchodzi

Bardzo lubię ten okres roku. Nie ma już śniegu, robi się cieplej (ale nie jest gorąco), dni stają się coraz dłuższe, a przyroda budzi się do życia :) W takich okolicznościach biega się wspaniale :)
Ten tydzień był dla mnie dosyć ciężki, ze względu na ogrom obowiązków i małą ilość snu. W poniedziałek jak zwykle zrobiłem swój zestaw ćwiczeń (gimnastyka siłowa, 8 min ABS, ćwiczenia z hantlami i 10 min z Mel B). Posiedziałem w ten dzień trochę dłużej niż zwykle i od razu odbiło się to na wtorkowym treningu. Niby nie było źle, ale wracając z treningu czułem się dość mocno zmęczony. Zrobiłem w sumie 21 kilometrów, z czego ostatnie 5 w tempie około 4 min/km.
O wtorku chciałbym zapomnieć jak najszybciej. Już od rana czułem się fatalnie. Bez przerwy ziewałem, chciało mi się spać, czułem osłabienie. Wydawało mi się, że jakoś te 10 kilometrów wykręcę. Jeżeli chodzi o nogi to nie było źle, ale sam organizm sugerował, że nie jest w pełni sił, bo tempo było 20-30 sekund wolniejsze, niż zazwyczaj. Najpierw pojawił się ból brzucha, a później ból w piersiach. Trochę mnie to zastanowiło, ale zdecydowałem, że dokończę trening i zrobię osiem zaplanowanych sprintów pod górę. Kończąc trening czułem naprawdę sporą ulgę. Niestety takie treningi też się zdarzają. Po raz kolejny przekonałem się, ile znaczy odpowiednia regeneracja, zwłaszcza u osób, które nie mają takich możliwości regeneracyjnych jak profesjonalni sportowcy.
W czwartek znowu musiałem zostać dłużej w pracy. W zasadzie od 8 do 18 byłem zajęty. Trening więc przyszło mi robić po ciemku, po asfalcie. Przed wyjściem zjadłem dwa banany i ruszyłem na pięciokilometrowe rozbieganie, po którym czekało mnie sześć dwuminutowych podbiegów w dość żwawym tempie. W poniedziałek zrobiłem rozpoznanie, gdzie najlepiej byłoby je wykonać. Niestety górka, na której robię minutówki i podbiegi sprintem okazała się zbyt krótka, w związku z czym „przeprosiłem się” z najbardziej stromym chyba podbiegiem w okolicy. Jest on dość trudny ze względu na nawierzchnię, która jest dosyć dziurawa i miejscami przechodzi w bruk. Zaletą tej górki jest jednak jej długość, gdyż ma około 550 metrów i dość spore w niektórych momentach nachylenie, więc można tam zrobić naprawdę konkretny trening. Jeżeli chodzi o moje czwartkowe podbiegi, to starałem się zbytnio nie szarżować. Biegłem w tempie około 4:20/km, starając się skupiać na technice. W ciągu tych dwóch minut przebiegałem 450-460 metrów. Na ostatnim podbiegu dość mocno przyspieszyłem. Udało mi się przebiec prawie 500 metrów, więc osiągnąłem średnie tempo około 4 min/km. Trochę się zmachałem, ale i tak myślałem, że będzie gorzej. Na koniec zrobiłem pięć kilometrów rozbiegania (łącznie tego dnia wyszło mi 15). Wieczorem, co już jest prawie tradycją w czwartek, czułem jakby mnie łapało przeziębienie. Wziąłem więc trochę witaminy C, dawkę propolisu i wskoczyłem do łóżka.
W piątek rano nie czułem się zbyt dobrze. Pobolewało mnie gardło, miałem lekki katar a termometr wskazał 36,1…byłem osłabiony. Poszedłem do pracy i po powrocie miałem niezły dylemat, bo o dziwo czułem się ciut lepiej, niż rano. Ponownie sprawdziłem temperaturę. Tym razem wyszło 36.5, więc postanowiłem pójść na trening. Stwierdziłem, że nie warto się nastawiać na konkretny kilometraż. Ile będę mógł, tyle zrobię, bez specjalnego spinania się, bo w końcu miało to być zwykłe rozbieganie. Biegło się całkiem znośnie, dlatego uznałem, że zrobię szesnaście kilometrów, tak jak miałem zaplanowane. Wieczorem czekało mnie jeszcze całonocne wyjście do kina, więc bałem się, iż w sobotę obudzę się „rozłożony”. Na szczęście, mimo niespełna dwóch godzin snu (z rana musiałem jechać do Bydgoszczy), czułem się całkiem dobrze. Widocznie druga dawka propolisu po powrocie z kina zrobiła swoje :) W sobotę do domu wróciłem po 19-stej, więc nie miałem wielkiego dylematu co robić. Po prostu postawiłem na odpoczynek przed niedzielnym wyzwaniem.
Dziś spałem chyba jedenaście godzin…organizm widocznie potrzebował regeneracji. Rano zjadłem porządne śniadanie, a przed wyjściem na trening sięgnąłem jeszcze po dość sporego banana. Mimo dziesięciu stopni założyłem krótkie spodenki i jedną bluzę z długim rękawem. Było mi trochę chłodno, ale oczywiście tylko przez kilka minut. Po pięciu kilometrach rozbiegania i kilku minutach gimnastyki dynamicznej ruszyłem na sześciokilometrowy sprawdzian, który miał być w tempie „maksymalnie męczącym”. Pierwszy kilometr zrobiłem w 3:53. Biegło mi się bardzo dobrze, a tętno oscylowało koło 160. Na drugiej pętli trochę przyspieszyłem (do 3:50/km). Czułem się bardzo dobrze, pewnie dzięki tym czwartkowym podbiegom :) Na trzeciej pętli postanowiłem jeszcze podkręcić tempo, a na kontrolnym kilometrze zegar pokazał mi prędkość 3:45/km. Tętno podskoczyło do 170, ale nadal nie biegło się źle. Ostatni kilometr to już „jazda bez trzymanki”. Popuściłem hamulce i dość dużo z siebie dałem, uzyskując czas 3:32/km. Tak szybkiego kilometra w biegu ciągłym nie zrobiłem pewnie od 3 lat :) Reasumując, jestem bardzo zadowolony z dzisiejszej próby. Pobiegłem ją lepiej niż myślałem. Paradoksalnie czasami łatwiej jest zrobić 14 kilometrów, z czego 6 km w tempie „maksymalnie męczącym”, niż zwykłe, dziesięciokilometrowe rozbieganie… :)
Dostałem kolejną nauczkę, że sen to podstawa. Muszę w końcu zacząć nie tylko wyciągać wnioski, ale też zacząć je realizować.
Generalnie tydzień zakończyłem z 76 kilometrami na koncie. Zostało mi ich jeszcze tylko pięć do startu. Jestem na dobrej drodze, oby tak dalej. Od jutra rozpoczynam dwunasty tydzień. Mam nadzieję, że będzie on bardziej równy od poprzedniego i w końcu uda mi się zwiększyć kilometraż.

Kolejny sprawdzian

Kolejny dość trudny tydzień za mną. Na szczęście pod względem biegania nie było większych problemów, a dzisiejszy trening był już w ogóle bardzo optymistyczny, ale o tym za chwilę :) Z góry przepraszam za chaos, ale jak zwykle mi się trochę spieszy :)
W poniedziałek tradycyjnie już zrobiłem zestaw ćwiczeń sprawności ogólnej. Jak zwykle miałem trochę ograniczeń czasowych, więc nie dałem rady dorzucić kolejnego zestawu do kolekcji. Mam nadzieję, że jutro mi się to uda.
We wtorek biegało mi się całkiem nieźle. W planach miałem 19 kilometrów rozbiegania z dwudziestominutową, mocniejszą końcówką. Pobiegłem ją w tempie mniej więcej 4:08/km, bez specjalnego spinania się, bo miało było „umiarkowanie męcząco” :)
W środę jak zwykle czekał mnie trening rozbieganiowy, połączony ze sprintami pod górę. Tym razem przebiegłem 13 kilometrów i zrobiłem osiem dziesięciosekundowych sprintów. Całkiem nieźle wszystko wyszło, chociaż miałem bardzo mocny wiatr w twarz przy podbiegach.
W czwartek miałem niesamowicie napięty harmonogram, ale udało mi się zrobić cały trening, bez żadnego cięcia kilometrażu. Po pięciu kilometrach rozbiegania robiłem drabinkę interwałów w następującej sekwencji: 1 min => 2 min => 3 min => 2 min => 1 min => 2 min => 3 min. Wszystko na przerwach 400-metrowych w truchcie. Tempo na krótszych, minutowych odcinkach oscylowało koło 3:20/km, przy dłuższych odcinkach (trzyminutowych) starałem się utrzymywać prędkość na poziomie 3:30-3:40. Na koniec zrobiłem pięć kilometrów schłodzenia. Generalnie biegało mi się bardzo dobrze, nawet nie odczułem, że zrobiłem w sumie 17 kilometrów.
W piątek czułem się już trochę zmęczony tygodniem. Obyło się bez męczarni, ale zbyt rewelacyjnie też nie było. W sobotę, w związku z dość silnym wiatrem, opadami i dość sporym zmęczeniem postanowiłem wypuścić trzynastokilometrowe rozbieganie, skupiając się na niedzielnym sprawdzianie. Po raz kolejny była to chyba dobra decyzja. Co prawda wychodząc na niedzielny trening w skali od 1 do 10, dałbym 3, jeżeli chodzi o samopoczucie. Mimo wszystko po raz kolejny potrafiłem się sprężyć i po 3 kilometrach rozbiegania oraz krótkiej gimnastyce dynamicznej ruszyłem do dzieła. Zacząłem dość żwawo, po 3:55…i tak już zostało praktycznie do końca. Było bardzo równo, poza ostatnim kilometrem, w którym przyspieszyłem do tempa 3:50/km. Ośmiokilometrowy sprawdzian w tempie docelowym półmaratonu oceniam jako bardzo udany. Kończąc ten odcinek nie czułem się nawet specjalnie zmęczony. Widać progres, co mnie niesamowicie cieszy. W końcu nogi pracowały tak jak powinny i nie czułem żadnego kryzysu w trakcie. W bardzo dobrym humorze przebiegłem jeszcze trzy kilometry rozbiegania, kończąc tydzień z bagażem 82 kilometrów. W przyszłym tygodniu rozpoczynam 11. tydzień planu, oby tak samo udany jak poprzednie :)

Nowe progi

Niestety nawał obowiązków w tygodniu i niesamowicie wciągający serial w weekend, uniemożliwiły mi napisanie relacji z treningów w zeszłym tygodniu :)
Luty zakończyłem w bardzo dobrym nastroju. Udało mi się chyba zrealizować wszystkie jednostki treningowe. Przebiegłem w sumie 306 kilometrów, co, zważywszy na zaledwie 28 dni, daje naprawdę niezły wynik. Miesiąc zamknąłem we wtorek 28 lutego 16 kilometrowym BNP z mocniejszą dwudziestominutową końcówką. Jeżeli chodzi o nogi, to było całkiem nieźle. Gorzej nieco z uszami, bo cały dzień mi szumiało w głowie po poniedziałkowym koncercie :)
Pierwszy marcowy trening zrobiłem bez problemu. Tradycyjnie po wtorkowym wycisku, czekało na mnie dziesięciokilometrowe rozbieganie z kilkoma sprintami pod górę. Dzień później sprawy mi się nieco skomplikowały. Ze względu na dość mocny wiatr, silne opady deszczu i napięty grafik przesunąłem trening na wieczór. Skazany byłem na asfalt, ale okazało się, że „nie taki wilk straszny…” :) Po pięciu kilometrach rozbiegania robiłem aż piętnaście „minutówek” w tempie około 3:40/km, które przeplatały się z jednominutowymi przerwami w truchcie. Na koniec czekało na mnie kolejnych pięć kilometrów. W sumie przebiegłem tego dnia 17 kilometrów, ale muszę przyznać, że już dawno nie wracałem do domu tak mokry…i to nie ze względu na padający deszcz :) Dzień później, w piątek, zaczęło mnie trochę pobolewać gardło (zapewne mnie przewiało?). W każdym razie zdecydowałem, że spróbuję zrobić trening. Biegło mi się o dziwo bardzo dobrze. Niektóre kilometry wychodziły po 4:50, jak za starych, dobrych czasów. Szesnaście kilometrów bardzo szybko mi minęło.
W sobotę podjąłem, jak się później okazało, bardzo słuszną decyzję. Zrezygnowałem z dziesięciokilometrowego rozbiegania i postanowiłem poświęcić ten dzień na regenerację. Ruszyło mnie oczywiście sumienie i zrobiłem zestaw ćwiczeń, taki typowo „poniedziałkowy” :) W niedzielę czułem się już lepiej, ale nogi na początku były dosyć ciężkie. Tego dnia czekało mnie dość trudne wyzwanie, bo aż „10 kilometrów w tempie półmaratonu”. Patrząc na dalszą część planu, znalazłem inne treningi „8 kilometrów w docelowym tempie półmaratonu”, więc stwierdziłem, że dziesiątka, która była na poprzednią niedzielę zaplanowana, miała być wykonana w tempie, jaki na tamten moment mógłbym utrzymać na dystansie 21 kilometrów. Postanowiłem więc, że spróbuję zacząć coś koło 4:10/km. Do połowy wszystkie kilometry były bardzo równe, później nawet przyspieszyłem, kończąc w tempie nieco ponad 4 min/km. Średnia z tych 10 kilometrów wyszła mi około 4:08, czyli całkiem nieźle. Kończąc niedzielny, szesnastokilometrowy w sumie trening, byłem więc bardzo zadowolony.
Obecny tydzień rozpocząłem podobnie jak poprzednie od poniedziałkowego treningu sprawności ogólnej. We wtorek czekało na mnie kolejne mocne uderzenie. Tym razem był to połączony trening szybkościowo-wytrzymałościowy. Po początkowych sześciu kilometrach rozbiegania miałem piętnaście minutówek w tempie około 3:40/km (pomiędzy nimi były minutowe przerwy w truchcie), po nich kolejne trzy kilometry spokojnego biegu i na koniec 3 kilometry „męczącego” biegu. Biorąc pod uwagę 17 kilometrów w nogach, ostatni etap treningu biegło mi się znakomicie. Trzy kilometry przebiegłem w niecałe 12 minut, czyli w tempie poniżej 4 min/km.
Dzień po wtorkowym szaleństwie jak zwykle robiłem rozbieganie połączone z krótkimi podbiegami (tym razem osiem powtórzeń po 10 sekund). Bardzo dobrze się czułem, chociaż znowu chyba za lekko się ubrałem, co niestety wyszło w czwartek…a właściwie jeszcze w środę wieczorem…sięgnąłem po propolis i dość sporą dawkę witaminy C.
Czwartek…ból gardła i jakieś dreszcze z rana. W głowie mętlik: „Iść czy nie iść na trening?”. Po kilku godzinach poczułem się ciut lepiej i stwierdziłem, że pójdę. Gorączki nie było, więc postanowiłem zaryzykować: wóz albo przewóz. Po pulsie widziałem, że jestem nieco osłabiony, ale nogi pracowały dość dobrze. Początkowe pięć kilometrów zrobiłem w lesie, potem czekało na mnie osiem minutowych podbiegów, które robiłem z kolei na asfalcie. Czasy poszczególnych odcinków miałem podobne do tych sprzed dwóch tygodni, więc nie było źle. Na ostatnim dałem z siebie wszystko i dość długo musiałem łapać oddech. Na koniec stwierdziłem, że muszę zmodyfikować nieco trening. W planach było 5 kilometrów schłodzenia, ale biorąc pod uwagę mój stan i…napięty grafik…skróciłem tą część do 3 kilometrów. W piątek nadal czułem, że nie jestem w pełni sił, ale było lepiej, niż w czwartek, więc po raz kolejny zdecydowałem, iż spróbuję zrobić swoje. No i powtórzyła się sytuacja sprzed tygodnia, mimo nie najlepszego zdrowia, biegło mi się kapitalnie. Po 10 kilometrach stwierdziłem nawet, że przebiegnę cały zamierzony dystans (16 km). Na niektórych kilometrach aż przecierałem oczy ze zdumienia, notując niekiedy czasy w okolicy 4:45/km…”Dziwny jest ten świat” jak to śpiewał kiedyś Czesław Niemen… :)
W sobotę nie chciałem już ryzykować, więc podobnie jak tydzień wcześniej odpuściłem…i znowu chyba zrobiłem dobrze.
Dziś czułem się już całkiem nieźle. W planach miałem podobny trening do tego sprzed dwóch tygodni: 3 km rozbiegania + 2 x 15 minut na pięciominutowej przerwie + 3 km schłodzenia. Pierwszy piętnastominutowy odcinek przebiegłem w tempie około 4:00/km, na drugim jeszcze ciutkę przyspieszyłem. Podejrzewam, że średnia mogła wyjść w okolicy 3:56-3:57/km. Całkiem nieźle zważywszy, że 3/4 drugiego odcinka biegłem z uciążliwą kolką…Tydzień zakończyłem z 72 kilometrami na koncie. W przyszłym tygodniu szykuje się dość spory skok, o ile oczywiście będę w pełni zdrowy :) Muszę się przede wszystkim wysypiać, bo w moim miejscu pracy wirusów i innych drobnoustrojów nie brakuje.