Nowe progi

Niestety nawał obowiązków w tygodniu i niesamowicie wciągający serial w weekend, uniemożliwiły mi napisanie relacji z treningów w zeszłym tygodniu :)
Luty zakończyłem w bardzo dobrym nastroju. Udało mi się chyba zrealizować wszystkie jednostki treningowe. Przebiegłem w sumie 306 kilometrów, co, zważywszy na zaledwie 28 dni, daje naprawdę niezły wynik. Miesiąc zamknąłem we wtorek 28 lutego 16 kilometrowym BNP z mocniejszą dwudziestominutową końcówką. Jeżeli chodzi o nogi, to było całkiem nieźle. Gorzej nieco z uszami, bo cały dzień mi szumiało w głowie po poniedziałkowym koncercie :)
Pierwszy marcowy trening zrobiłem bez problemu. Tradycyjnie po wtorkowym wycisku, czekało na mnie dziesięciokilometrowe rozbieganie z kilkoma sprintami pod górę. Dzień później sprawy mi się nieco skomplikowały. Ze względu na dość mocny wiatr, silne opady deszczu i napięty grafik przesunąłem trening na wieczór. Skazany byłem na asfalt, ale okazało się, że „nie taki wilk straszny…” :) Po pięciu kilometrach rozbiegania robiłem aż piętnaście „minutówek” w tempie około 3:40/km, które przeplatały się z jednominutowymi przerwami w truchcie. Na koniec czekało na mnie kolejnych pięć kilometrów. W sumie przebiegłem tego dnia 17 kilometrów, ale muszę przyznać, że już dawno nie wracałem do domu tak mokry…i to nie ze względu na padający deszcz :) Dzień później, w piątek, zaczęło mnie trochę pobolewać gardło (zapewne mnie przewiało?). W każdym razie zdecydowałem, że spróbuję zrobić trening. Biegło mi się o dziwo bardzo dobrze. Niektóre kilometry wychodziły po 4:50, jak za starych, dobrych czasów. Szesnaście kilometrów bardzo szybko mi minęło.
W sobotę podjąłem, jak się później okazało, bardzo słuszną decyzję. Zrezygnowałem z dziesięciokilometrowego rozbiegania i postanowiłem poświęcić ten dzień na regenerację. Ruszyło mnie oczywiście sumienie i zrobiłem zestaw ćwiczeń, taki typowo „poniedziałkowy” :) W niedzielę czułem się już lepiej, ale nogi na początku były dosyć ciężkie. Tego dnia czekało mnie dość trudne wyzwanie, bo aż „10 kilometrów w tempie półmaratonu”. Patrząc na dalszą część planu, znalazłem inne treningi „8 kilometrów w docelowym tempie półmaratonu”, więc stwierdziłem, że dziesiątka, która była na poprzednią niedzielę zaplanowana, miała być wykonana w tempie, jaki na tamten moment mógłbym utrzymać na dystansie 21 kilometrów. Postanowiłem więc, że spróbuję zacząć coś koło 4:10/km. Do połowy wszystkie kilometry były bardzo równe, później nawet przyspieszyłem, kończąc w tempie nieco ponad 4 min/km. Średnia z tych 10 kilometrów wyszła mi około 4:08, czyli całkiem nieźle. Kończąc niedzielny, szesnastokilometrowy w sumie trening, byłem więc bardzo zadowolony.
Obecny tydzień rozpocząłem podobnie jak poprzednie od poniedziałkowego treningu sprawności ogólnej. We wtorek czekało na mnie kolejne mocne uderzenie. Tym razem był to połączony trening szybkościowo-wytrzymałościowy. Po początkowych sześciu kilometrach rozbiegania miałem piętnaście minutówek w tempie około 3:40/km (pomiędzy nimi były minutowe przerwy w truchcie), po nich kolejne trzy kilometry spokojnego biegu i na koniec 3 kilometry „męczącego” biegu. Biorąc pod uwagę 17 kilometrów w nogach, ostatni etap treningu biegło mi się znakomicie. Trzy kilometry przebiegłem w niecałe 12 minut, czyli w tempie poniżej 4 min/km.
Dzień po wtorkowym szaleństwie jak zwykle robiłem rozbieganie połączone z krótkimi podbiegami (tym razem osiem powtórzeń po 10 sekund). Bardzo dobrze się czułem, chociaż znowu chyba za lekko się ubrałem, co niestety wyszło w czwartek…a właściwie jeszcze w środę wieczorem…sięgnąłem po propolis i dość sporą dawkę witaminy C.
Czwartek…ból gardła i jakieś dreszcze z rana. W głowie mętlik: „Iść czy nie iść na trening?”. Po kilku godzinach poczułem się ciut lepiej i stwierdziłem, że pójdę. Gorączki nie było, więc postanowiłem zaryzykować: wóz albo przewóz. Po pulsie widziałem, że jestem nieco osłabiony, ale nogi pracowały dość dobrze. Początkowe pięć kilometrów zrobiłem w lesie, potem czekało na mnie osiem minutowych podbiegów, które robiłem z kolei na asfalcie. Czasy poszczególnych odcinków miałem podobne do tych sprzed dwóch tygodni, więc nie było źle. Na ostatnim dałem z siebie wszystko i dość długo musiałem łapać oddech. Na koniec stwierdziłem, że muszę zmodyfikować nieco trening. W planach było 5 kilometrów schłodzenia, ale biorąc pod uwagę mój stan i…napięty grafik…skróciłem tą część do 3 kilometrów. W piątek nadal czułem, że nie jestem w pełni sił, ale było lepiej, niż w czwartek, więc po raz kolejny zdecydowałem, iż spróbuję zrobić swoje. No i powtórzyła się sytuacja sprzed tygodnia, mimo nie najlepszego zdrowia, biegło mi się kapitalnie. Po 10 kilometrach stwierdziłem nawet, że przebiegnę cały zamierzony dystans (16 km). Na niektórych kilometrach aż przecierałem oczy ze zdumienia, notując niekiedy czasy w okolicy 4:45/km…”Dziwny jest ten świat” jak to śpiewał kiedyś Czesław Niemen… :)
W sobotę nie chciałem już ryzykować, więc podobnie jak tydzień wcześniej odpuściłem…i znowu chyba zrobiłem dobrze.
Dziś czułem się już całkiem nieźle. W planach miałem podobny trening do tego sprzed dwóch tygodni: 3 km rozbiegania + 2 x 15 minut na pięciominutowej przerwie + 3 km schłodzenia. Pierwszy piętnastominutowy odcinek przebiegłem w tempie około 4:00/km, na drugim jeszcze ciutkę przyspieszyłem. Podejrzewam, że średnia mogła wyjść w okolicy 3:56-3:57/km. Całkiem nieźle zważywszy, że 3/4 drugiego odcinka biegłem z uciążliwą kolką…Tydzień zakończyłem z 72 kilometrami na koncie. W przyszłym tygodniu szykuje się dość spory skok, o ile oczywiście będę w pełni zdrowy :) Muszę się przede wszystkim wysypiać, bo w moim miejscu pracy wirusów i innych drobnoustrojów nie brakuje.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.