Ready, steady, go!

To już jutro. Kolejny dzień prawdy i czas weryfikacji moich planów i przygotowań. Czuję się całkiem nieźle, chociaż odczuwam pewien stres i niepokój. W końcu poświęciłem sporo czasu, aby „wrócić”. Mam nadzieję, że cztery miesiące ciężkiej pracy nie pójdą na marne i uda mi się spełnić założenia. Życie i poprzednie starty nauczyły mnie jednak, że najważniejsze jest zdrowie, bo gdy ono zawiedzie, to automatycznie wszystko inne się psuje :) Liczę wobec tego, że na mecie jutrzejszego półmaratonu będę zmęczony, ale zdrowy i w pełni sprawny :)
Dziś 30 kwietnia. Dzień dla mnie szczególny. 10 lat temu po raz pierwszy próbowałem przebiec maraton, tak nieoficjalnie. Skończyło się dramatycznie, ogromnym odwodnieniem, ale mimo wszystko od tamtej pory pewne rzeczy się zmieniły. Można by to nazwać „new beginning”. Dziś jednak pora skupić się na teraźniejszości i podsumować mijający tydzień oraz cały miesiąc :)
W ostatnich dniach musiałem dokonać pewnych roszad, ze względu na to, że start jest na początku tygodnia, a nie w weekend. W związku z tym w poniedziałek zrobiłem długie, dziewiętnastokilometrowe rozbieganie. Czułem się bardzo dobrze, chociaż kilka ostatnich kilometrów biegłem praktycznie po ciemku w lesie, więc musiałem dość mocno uważać. Dzień później zrobiłem dziesięć kilometrów w spokojnym tempie, dorzucając do tego sześć powtórzeń sprintem pod górkę. Trening bez historii.
W środę czułem się trochę kiepsko, ale o dziwo trening wyszedł całkiem OK, bez większych problemów. Rozpocząłem pięciokilometrowym rozbieganiem, po którym przyszła pora na trzy odcinki po 1600 metrów, które biegałem w tempie zawodów na 10 kilometrów i trzyminutowych przerwach w truchcie między nimi. Ostatni odcinek pobiegłem w tempie około 3:46/km. Na koniec dorzuciłem 5 kilometrów schłodzenia. Był to ostatni mocny trening przed półmaratonem.
W czwartek zrobiłem spokojne 10-kilometrowe rozbieganie. Biegło mi się dość ciężko, bo byłem zmęczony i niewyspany. W piątek zrobiłem zgodnie z planem dzień przerwy, natomiast wczoraj przebiegłem tylko 6 kilometrów i dorzuciłem 4 przebieżki po 100 metrów. W sumie, przez cały tydzień, przebiegłem ponad 61 kilometrów. Podsumowując z kolei cały miesiąc, wyszło mi, iż przebiegłem 293 kilometry na 21 treningach. Byłoby pewnie trochę więcej, gdyby nie problemy z mięśniem uda lewej nogi, przez który straciłem kilka dni i musiałem zmniejszyć kilometraż.
No nic, pora zostawić statystyki. Dzisiejszy dzień to w zasadzie już tylko odpoczynek i przygotowanie „mentalne” do startu. Trzeba nastawić się na „cierpienie” i walkę do samego końca. Liczę na chłodną, pochmurną i bezwietrzną pogodę :) Prognozy przewidują w momencie startu około 11-12 stopni, więc tragedii raczej nie będzie. Jedynym problem przy takiej pogodzie jest dylemat: „biec w bezrękawniku, czy jednak wziąć krótki rękaw” :)
Mimo wszystko jedno się nigdy nie zmienia: „no retreat, no surrender!” :)

Ostatnie szlify…

Dzień startu zbliża się nieubłaganie. Emocje towarzyszące temu wydarzeniu rosną z każdym dniem. Z jednej strony jest stres czy dam radę spełnić swoje założenia, z drugiej oczekiwanie, kiedy w końcu będę mógł stanąć na starcie zawodów i powalczyć :) Przez rok czasu nie miałem w końcu takiej możliwości. Nadchodzi więc chwila prawdy! :)
Cóż, za mną już przedostatni tydzień przygotowań. W zasadzie ostatni taki „konkretny”, z dość sporym kilometrażem. W poniedziałek oczywiście zrobiłem sobie dzień przerwy po niedzielnym sprawdzianie. Jak zwykle zrobiłem tylko swój zestaw ćwiczeń wieczorem.
We wtorek miałem kolejne mocne uderzenie. 21 kilometrów z 20-minutową, mocną końcówką. Na szczęście czułem się dobrze i bez problemu udało mi się zarówno przebiec cały dystans, jak i przyspieszyć do tempa 4:00/km w końcówce. Muszę przyznać, że tego typu treningi lubię najbardziej i biegnąc pierwsze kilometry, nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł pobiec nieco żwawiej :) Jest to świetny trening, który pozwala organizmowi przyzwyczaić się, że w końcówce trzeba jeszcze przyspieszać, a nie zwalniać. Pisałem o tym wielokrotnie i nadal będę to podkreślał, że „negative split”, to jedyne rozsądne rozwiązanie na dystansach od półmaratonu w górę! Każdy może w ten sposób biegać, tylko trzeba się tego nauczyć :)
W środę miałem niesamowity dylemat. Czułem się kiepsko, tak jakbym za chwilę miał się rozłożyć. Rano bolało mnie gardło, miałem dreszcze itp. Nie wiedziałem co robić. Iść pobiegać czy odpuścić. Ostatecznie, mimo niezbyt dobrej pogody postanowiłem, że pójdę pobiegać wieczorem. Ubrałem się jednak za cienko do warunków. O ile w lesie było jeszcze w miarę ok, o tyle po wyjściu z lasu na podbiegi czułem się, jakbym w środku zimy wyszedł w samej bluzce. Wiatr był niesamowicie przeszywający. O ile na termometrze było koło 5 stopni, to odczuwalna temperatura była pewnie na poziomie -10…brr, solidnie zmarzłem. W każdym razie ciepły prysznic, gorąca herbata…propolis, amol i inne domowe specyfiki jakoś postawiły mnie na nogi :)
W czwartek miałem jeden z trudniejszych treningów w całym planie. Długie, dwukilometrowe „interwały” w tempie biegu na 10 kilometrów, na trzyminutowych przerwach w truchcie. Tego dnia na szczęście czułem się dość dobrze i udało mi się w końcu odpowiednio ubrać :) Trening do łatwych nie należał, ale jakoś sobie poradziłem. Poszczególne dwukilometrówki pokonałem w czasie: 7:46 (tempo 3:53/km), 7:45 (3:53/km), 7:43 (3:52/km), 7:41 (3:51/km) i 7:38 (3:49/km). Nie wiem dlaczego, ale najtrudniejszy dla mnie był trzeci odcinek. Musiałem się naprawdę nieźle zmobilizować, żeby utrzymać tempo. Generalnie trening oceniam bardzo pozytywnie. Kawał solidnej roboty – mam nadzieję, że zaprocentuje :) W sumie tego dnia przebiegłem 18 kilometrów, razem z rozgrzewką i ze schłodzeniem.
W piątek wybrałem się na szesnastokilometrowe rozbieganie z kolegą. Po drodze spotkaliśmy kolejnego kolegę, więc przez jakiś czas biegliśmy we trójkę. Puls tego dnia miałem stosunkowo wysoki, ale biegło mi się całkiem nieźle. W każdym razie w sobotę zrobiłem sobie wolne od biegania, zwłaszcza, że w nocy dość krótko spałem. Wieczorem dorzuciłem tylko zestaw ćwiczeń.
Dziś z kolei miałem przedostatni mocny trening przed startem. Po trzech kilometrach rozgrzewki czekały na mnie dwa piętnastominutowe odcinki, które miałem przebiec w tempie półmaratonu. Pomiędzy nimi była tylko minuta przerwy. Muszę przyznać, że dość ciężko mi się biegło. Puls od samego początku miałem wyższy niż zwykle. Do tego w połowie drugiego odcinka znów pojawiło się jakieś kłucie w boku. Ostatnio ten problem pojawia się zbyt często. Nie wiem czy to kwestia ćwiczeń na brzuch, czy złego odżywiania przed biegiem. Może w grę wchodzi też złe oddychanie. W każdym razie po raz kolejny, najlepiej spisały się „nogi”….dawniej bywało odwrotnie :)
Podsumowując, w tym tygodniu przebiegłem 79 kilometrów w trakcie 5 jednostek treningowych. Przede mną kilka ostatnich treningów i w zasadzie ostatni mocniejszy akcent, który zaplanowałem na środę. Chyba pora powoli zacząć „ładować” węglowodany i porządnie się wysypiać :) To będzie na pewno podstawą dobrego startu.

Święta, święta…i treningi

W święta nie wypada zbyt wiele czasu spędzać na „pracy”, ale czasami trzeba swoje zrobić, bez względu na okres roku :) Generalnie jest ODPUKAĆ dobrze. Rehabilitacja pomaga i w czasie biegu nie czuję bólu ;) Jutro podejmę decyzję czy jeszcze korzystać z prywatnych zabiegów na lewe udo. Obrzęk raczej musiał się albo znacząco zmniejszyć, albo zniknąć, bo nie czuję żadnego ucisku.
Tak czy siak tydzień, który minął, był dla mnie dosyć trudny. W poniedziałek zrobiłem sobie dzień przerwy, nawet nie ćwiczyłem, żeby odpowiednio wypocząć przed pierwszym wyzwaniem, bo we wtorek miałem najdłuższy trening w całym planie – 24 kilometry z męczącą, piętnastominutową końcówką. Trochę się obawiałem czy nie przesadzę, ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze i bez większych problemów ukończyłem trening. W końcówce przyspieszyłem do tempa 4:00-4:10/km. Nie powiem, żeby biegło mi się komfortowo, ale też nie mam co narzekać.
W środę postanowiłem zaryzykować i po 10 kilometrach rozbiegania wybrałem się na krótkie podbiegi sprintem pod górkę. Profilaktycznie jednak z 10 powtórzeń zszedłem na 8. Stwierdziłem, że nie ma co kusić losu, zwłaszcza, że przy ostatnim powtórzeniu „coś” poczułem.
Czwartkowy trening, mimo że stosunkowo krótki, okazał się dla mnie trudny. W planach po trzykilometrowym rozbieganiu miałem zrobić pięć kilometrowych interwałów w tempie zawodów na 5 kilometrów (na 90-sekundowych przerwach). Na starcie założyłem, iż będzie to tempo między 3:40 a 3:45 i w zasadzie wszystkie kilometry w tym czasie zrobiłem, ale…biegło mi się ciężko, zwłaszcza ostatnie dwa powtórzenia. Nie ma co się tłumaczyć wiatrem czy dość pofałdowanym terenem. Po prostu nogi nie pracowały aż tak dobrze, jakbym chciał. Problem z wytrzymałością szybkościową u mnie istniał od zawsze. Muszę nad tym elementem jeszcze sporo pracować. W każdym razie na czwartkowym treningu wypróbowałem specjalne słuchawki z zausznikami, które miały zapobiegać wypadaniu tych pierwszych. Na chwilę obecną się sprawdzają, chociaż słychać jakieś dziwne szumy przy szybszym biegu i wietrze.
W piątek w planach miałem dłuższe rozbieganie. Jeszcze przed wyjściem z domu stwierdziłem, że przebiegnę tyle, na ile „pozwoli” mi udo. Po czwartkowym, dość męczącym dla mnie treningu, biegło mi się zadziwiająco lekko. Myślami też byłem skupiony na testowaniu nowego zegarka z pulsometrem (Polar M400), który w ten sam dzień do mnie dotarł. W poprzednim urwał mi się teleskop, co wiązałoby się z dość żmudnym procesem wysłania do serwisu. Gwarancja już dawno minęła, więc prawdopodobnie musiałbym sporo zapłacić, bo w tamtym modelu teleskopy są jakoś połączone z całym spodem zegarka, co pewnie skutkowałoby wymianą całości. Ponadto ten pulsometr od kilku dni przestał mi pokazywać dystans. Stwierdziłem więc, że pora zakończyć z nim współpracę i zdecydować się na nowy. Wybrałem Polar M400, bo wiele osób poleca go jako najlepszy model w swoim, dość niskim jak na zegarki z pulsometrem, przedziale cenowym. Poza standardowymi funkcjami, pozwala on też monitorować całodobową aktywność. Nie wiem na ile to jest miarodajne, ale też z takiej opcji skorzystałem. W każdym razie w piątek przebiegłem w sumie 19 kilometrów. Zrobiłem 10 pętli na mojej trasie. Rozstrzał miałem dość spory, od 1,57 km do 1,68, czyli w zasadzie ani jedna pętla nie została dobrze zmierzona. Tak czy siak, chyba żaden z zegarków z GPSem, nawet te za 1500-2000 zł, dobrze nie odmierzył mojej trasy. Niestety bieganie w lesie to chyba jeszcze za wysokie progi na tą technologię. Generalnie jednak jestem z tego zegarka zadowolony. Nie potrzebuję bajerów. Wystarczy mi kilka podstawowych opcji, a funkcja GPS jest mi bardziej potrzebna w sytuacjach, kiedy nie mogę biegać w lesie, albo startuję w zawodach i muszę trzymać tempo.
W sobotę zrobiłem sobie dzień przerwy, aby odpowiednio odpocząć przed niedzielnym sprawdzianem, który był identyczny, jak ten robiony 2 kwietnia: 5 km rozgrzewki => 10 km w tempie półmaratońskim => 5 km schłodzenia. Rano muszę przyznać, że czułem się średnio. Zjadłem zbyt obfite śniadanie…dwie białe kiełbasy, dość spora porcja jajecznicy i sałatki warzywnej, a do tego dwa kawałki chleba. Trening robiłem po 3 godzinach, więc teoretycznie nie powinno to mieć wielkiego znaczenia, ale jakiś dyskomfort w przewodzie pokarmowym odczuwałem. Po rozgrzewce i krótkiej gimnastyce rozciągającej biegło mi się całkiem dobrze. Pierwszą pętlę przebiegłem w tempie dokładnie 4:00/km. Na drugiej i trzeciej ciutkę zwolniłem, powiedzmy do tempa 4:02-4:03/km, aby na ostatnich trzech okrążeniach znowu przyspieszyć. Tętno praktycznie od połowy dystansu cały czas przekraczało 170, wiec biegłem na ponad 90% możliwości, w trzecim zakresie. Nogi pracowały też ok, chociaż przyznam szczerze, że na najdłuższej prostej było ciężko, bo dość mocno wiało. Prawdziwe problemy pojawiły się jednak na początku ostatniej, szóstej pętli. Zaczęło mnie wtedy strasznie kłuć po bokach. Nie wiedziałem czy to kolka, czy mięśnie skośne brzucha. Udało mi się jakoś dobiec do dziesiątego kilometra i wtedy musiałem się zatrzymać, pochylić i trochę rozmasować bolące miejsca. Po minucie czy dwóch, w bardzo wolnym tempie zrobiłem schłodzenie. Cieszy mnie jednak fakt, że mimo dość mocnego treningu, w ogóle nie czułem żeby moje mięśnie nóg były zmęczone. Oczywiście jakieś osłabienie było, choćby z racji odwodnienia, ale jeżeli chodzi o odczucia były one naprawdę niezłe. Pozostaje mi tylko wierzyć, że za dwa tygodnie uda mi się trafić na dyspozycję dnia i obędzie się bez żadnych niespodziewanych „bolesności” :)
Reasumując, jestem bardzo zadowolony z poprzedniego tygodnia. Przebiegłem 84 kilometry, co, biorąc pod uwagę wcześniejszy problem mięśniowy muszę uznać za swego rodzaju sukces. Przede mną jeszcze jeden dość trudny tydzień. Zwłaszcza trening, który mam zaplanowany na czwartek (5 x 2 kilometry w tempie biegu na 10 km). Po nim będzie już tylko z górki :) Oby… :)

Blady strach

Kończąc zeszłotygodniowy post wspominałem o błędach…niestety chyba takowy ostatnio popełniłem, biegając osiem dni z rzędu…
Tydzień w każdym razie rozpoczął się dobrze. W poniedziałek czułem się ok, więc postanowiłem zrealizować swój plan i wyszedłem na trening. Przebiegłem 12 kilometrów w spokojnym tempie, a po powrocie do domu dorzuciłem do tego zestaw ćwiczeń, który zwykle w ten dzień tygodnia wykonuję. Nic nie zwiastowało problemów…
We wtorek po pracy, mając ograniczoną ilość czasu, szybko wskoczyłem w strój biegowy i wyszedłem na trening. Czułem się dość dobrze, nic mnie nie bolało. Dopiero po jakichś 6-7 kilometrach zacząłem odczuwać ból z tyłu w lewym udzie. Na końcu pętli postanowiłem się na chwilę zatrzymać i spróbować go w jakimś tam stopniu rozmasować. Moje zabiegi pomogły…niestety na krótko. Po niespełna kilometrze ból powrócił i był chyba jeszcze intensywniejszy. Przestraszyłem się nie na żarty, bo wiedziałem, że coś nie gra i nie jest to chwilowy problem. Biegając w sumie kilkanaście lat i mając za sobą kilka poważniejszych urazów, wiem, kiedy ból jest do rozbiegania, a kiedy zwiastuje coś poważniejszego. Niestety tym razem wiedziałem, że walka na trasie jest daremna, bo mogę tylko pogorszyć sprawę. Ostatecznie więc po 12 kilometrach wróciłem do domu. Przez cały czas później odczuwałem wyraźny dyskomfort w trakcie chodzenia czy nawet siedzenia na krześle.
W środę zrobiłem sobie dzień wolny, licząc, że może coś się zmieni na lepsze. W czwartek rano wiedziałem jednak, że wizyta u ortopedy będzie nieunikniona. Postanowiłem jednak, że wyjdę na chwilę pobiegać. Niestety ból bardzo szybko powrócił i po pięciu kilometrach wróciłem do domu.
Jadąc do ortopedy miałem złe przeczucia. Byłem szczerze mówiąc podłamany faktem, że trzy miesiące mojej ciężkiej pracy może pójść „na marne”. Siedziałem jak na szpilkach w oczekiwaniu na swoją kolej. Reakcja Pana doktora była bezcenna…Przypomniał sobie mój uraz z maja zeszłego roku i pewnie wszystkie poprzednie kontuzje na przestrzeni kilku lat. Jako osoba stosunkowo młoda mam „kartę” wypełnioną pewnie bardziej, niż niejeden siedziemdziesięciolatek :) W każdym razie po dokładnym zbadaniu ruchomości i bolesności mięśnia, lekarz zrobił mi USG. Okazało się, że mięsień nie jest naderwany (czego się najbardziej obawiałem!), ale występuje spory obrzęk, który jest zlokalizowany dość głęboko. Szczerze mówiąc odetchnąłem z ulgą, bo czekałem na wyrok. Na szczęście struktura mięśnia została zachowana. W przeciwnym razie o jakimkolwiek bieganiu przez najbliższe kilka tygodni mógłbym zapomnieć, nie wspominając o starcie w półmaratonie.
Summa summarum dostałem skierowanie na rehabilitację – krioterapię i pole magnetyczne oraz przykazanie, aby przynajmniej przez dwa dni odpuścić bieganie. Posłuchałem tej rady oczywiście i dopiero dziś, w niedzielę, wybrałem się na spokojne, dziesięciokilometrowe rozbieganie. Generalnie biegało mi się całkiem dobrze. O dziwo bardziej bolała mnie prawa noga: udo, kolano, stopa – w takiej kolejności, ale to oczywiście inny ból i raczej nic poważnego. Raczej to kwestia nowych butów.
Jutro na pewno zrobię sobie dzień przerwy….a co zrobię później, to jeszcze nie wiem. W planie mam 24 kilometry z mocniejszą końcówką we wtorek. Czy ja jestem w stanie coś takiego teraz pobiec? Czy znowu nie przesadzę? Jak wytrzyma to noga? W głowie mam mnóstwo pytań. Z jednej strony zdrowie jest bardzo ważne, ale z drugiej, jeżeli chcę powalczyć w półmaratonie o jakiś przyzwoity dla mnie wynik, to nie mogę biegać sobie po 10 kilometrów co dwa dni, bo nic z tego nie będzie…Sytuacja patowa. Prawdopodobnie ostateczną decyzję podejmę we wtorek, już na trasie. Co ciekawe właśnie we wtorek rozpoczynam rehabilitację na naderwany mięsień prawego uda, na którą czekałem prawie rok…W związku z tym, będę miał dwie rehabilitacje. Jedna prywatnie, na lewe udo, gdzie ważne jest schładzanie, a z kolei druga, z funduszu, na prawe udo, gdzie z kolei mięsień będzie nagrzewany. Normalnie parodia :)
Czekam jak na szpilkach na rozwój wypadków…oby się udało to jakoś wszystko pogodzić :)

Miesiąc do startu

W tym tygodniu działo się bardzo wiele, począwszy od wahań pogodowych, poprzez niemiłą niespodziankę w sobotę. Generalnie jednak muszę przyznać, że po raz pierwszy od końca lutego udało mi się zrobić 6 treningów biegowych w tygodniu…co przełożyło się w sumie na 99 kilometrów :)
Po niedzielnym sprawdzianie przyszła pora na spokojny poniedziałek i tradycyjny już zestaw ćwiczeń. Tym razem udało mi się dorzucić do mojej listy kolejny, zapomniany trochę przeze mnie zestaw: „7 min ABS”. Jest on dosyć wymagający, nawet dla osób, które ćwiczą mięśnie brzucha, ale naprawdę warto go wykonywać, bo daje spore efekty. Może niekoniecznie polecam go robić na dzień przed mocnymi treningami…bo wtedy może trochę „boleć”, o czym przekonałem się we wtorek :)
Wtorkowy trening nie wydawał się jakiś specjalnie męczący, ale dał mi trochę w kość. Po sześciu kilometrach rozbiegania miałem w planie 15 x 90 sekund w tempie biegu na 10 kilometrów na 90-sekundowych przerwach w truchcie. W trakcie interwałów starałem się utrzymywać tempo w granicy 3:40-3:50/km. Wyszło całkiem nieźle, ale na sześciokilometrowym schłodzeniu czułem się już zmęczony i….strasznie mnie kłuł brzuch, jakby mi ktoś igły ze wszystkich stron wbijał :) Na szczęście trening udało mi się dokończyć. Zrobiłem tego dnia w sumie 22 kilometry.
W środę jak zwykle rozbieganie (tym razem trzynastokilometrowe), połączone z podbiegami sprintem pod górkę (10 powtórzeń po 10 sekund). Trening bez historii, nogi, podobnie jak reszta, pracowały bardzo dobrze. Czwartek to kolejna porcja interwałów. Tym razem trzyminutowych. Rozpocząłem tradycyjnie od rozbiegania (3 kilometry) i potem realizowałem już trening właściwy (8 x 3 minuty w tempie biegu na 10 kilometrów z dwuminutowymi przerwami w truchcie). Nogi miałem dość ociężałe, ale koniec końców trening udało mi się zrobić bez większych problemów. Na koniec przebiegłem jeszcze trzy kilometry na schłodzenie….i co było później? To samo co zawsze, czyli czwartkowy, wieczorny ból gardła i spora dawka propolisu na noc. Nie wiem czy to już uzależnienie, fatum, zmęczenie tygodniem, czy też podświadomy strach przed chorobą, ale piąty tydzień z rzędu z podobnym samopoczuciem wskazuje, że chyba czwartek nie zostanie moim ulubionym dniem tygodnia :) Fakt, pracuję w miejscu, gdzie zarazków jest od groma, więc po czterech dniach człowiek nazbiera tych drobnoustrojów wystarczająco dużo, żeby przy dosyć męczącym trybie życia narazić się na wszelkiego rodzaju przeziębienia. W każdym razie w piątek na szczęście było już lepiej. Z rana trochę bolało mnie gardło, ale jak wróciłem do domu, to od razu poczułem się lepiej i postanowiłem pójść na trening. Zrobiłem 19 kilometrów w spokojnym tempie.
W sobotę była piękna pogoda i zrobiłem to, co od dłuższego czasu chciałem zrobić, czyli wybrałem się rowerem, aby dokładnie obmierzyć swoją pętlę biegową. Intuicja podpowiadała mi, że coś jest nie tak i niestety moje przypuszczenia się potwierdziły. Okazało się, że pętla nie ma 1,75 km, jak to zmierzył kiedyś mój znajomy na rowerze, ale 1,71. W związku z tym pętla jest w rzeczywistości o 40 metrów krótsza, co się oczywiście przekłada na tempa. W sumie trasę tę weryfikowałem aż pięć razy, na dwóch licznikach rowerowych i we wszystkich przypadkach wychodziło między 1,70 a 1,71 km…Raczej wątpliwe, żeby obydwa liczniki były źle ustawione, więc dokonałem zmian w punktach orientacyjnych na pętli. Największe przesunięcie było na kilometrze, bo to tam właśnie wychodziła różnica 40 metrów, czyli około 10 sekund przy tempie 4 min/km…Pod wieczór w sobotę wybrałem się jeszcze na krótkie, dziesięciokilometrowe rozbieganie. W domu dorzuciłem do tego zestaw ćwiczeń, taki typowo „poniedziałkowy”.
Dziś z kolei czekała na mnie chwila prawdy, czyli 10 kilometrów w tempie półmaratonu. Rozpocząłem od 5 kilometrów rozbiegania i krótkiej gimnastyki dynamicznej. Czułem się szczerze mówiąc średnio, nie tylko fizycznie, ale też psychicznie, rozpatrując jeszcze sobotnie przeliczenia. Już sam początek zwiastował, że nie będzie łatwo. Nie wiem czy błędem nie był wczorajszy trening połączony z ćwiczeniami, może lepiej trzeba było postawić na regenerację? W każdym razie pierwsze trzy pętle pokonałem w tempie 4:04 (według nowych przeliczeń). Na czwartej przyspieszyłem do 4:00/km. Prędkość tą utrzymałem też na piątym okrążeniu. Na ostatnim, szóstym kółku dałem z siebie naprawdę sporo. Tętno przekroczyło 170 uderzeń na minutę. Na kilometrze kontrolnym zanotowałem czas 3:57. Podsumowując całe dziesięć kilometrów sprawdzianu, uzyskałem tempo średnie w granicy 4:02-4:03/km, co zważywszy na pogodę, zmęczenie i nowe przeliczniki oceniam całkiem pozytywnie. Trochę przeraża mnie zwłaszcza pierwszy aspekt. Przed wyjściem z domu specjalnie się zważyłem. Po powrocie okazało się, że straciłem 3,5 litra wody, co przy 20 kilometrach w 20 stopniach jest wynikiem dość niepokojącym. 3,5 litra to dla mnie około 5%, a już przy 1-2% odwodnieniu człowiekowi spada wydolność. Mam nadzieję, że 1 maja będzie chłodno, najlepiej koło 10 stopni, bo w takich warunkach biega mi się najlepiej.
Na koniec wypada także podsumować marzec, z którego jestem generalnie zadowolony, bo udało mi się przebiec w sumie prawie 360 kilometrów i zrealizować wszystkie najważniejsze jednostki treningowe. Najbliższy tydzień zapowiada się dość spokojnie w porównaniu do poprzednich, więc postaram się potruchtać także jutro, zobaczymy jednak jak zniesie to mój organizm, bo trenowałem sześć dni z rzędu :) Najważniejsze to w tym momencie przestać rozpamiętywać prędkości i dystanse, a skupić się na pracy, bo przede mną najtrudniejszy okres, w którym nie mogę popełnić błędów :)