Miesiąc do startu

W tym tygodniu działo się bardzo wiele, począwszy od wahań pogodowych, poprzez niemiłą niespodziankę w sobotę. Generalnie jednak muszę przyznać, że po raz pierwszy od końca lutego udało mi się zrobić 6 treningów biegowych w tygodniu…co przełożyło się w sumie na 99 kilometrów :)
Po niedzielnym sprawdzianie przyszła pora na spokojny poniedziałek i tradycyjny już zestaw ćwiczeń. Tym razem udało mi się dorzucić do mojej listy kolejny, zapomniany trochę przeze mnie zestaw: „7 min ABS”. Jest on dosyć wymagający, nawet dla osób, które ćwiczą mięśnie brzucha, ale naprawdę warto go wykonywać, bo daje spore efekty. Może niekoniecznie polecam go robić na dzień przed mocnymi treningami…bo wtedy może trochę „boleć”, o czym przekonałem się we wtorek :)
Wtorkowy trening nie wydawał się jakiś specjalnie męczący, ale dał mi trochę w kość. Po sześciu kilometrach rozbiegania miałem w planie 15 x 90 sekund w tempie biegu na 10 kilometrów na 90-sekundowych przerwach w truchcie. W trakcie interwałów starałem się utrzymywać tempo w granicy 3:40-3:50/km. Wyszło całkiem nieźle, ale na sześciokilometrowym schłodzeniu czułem się już zmęczony i….strasznie mnie kłuł brzuch, jakby mi ktoś igły ze wszystkich stron wbijał :) Na szczęście trening udało mi się dokończyć. Zrobiłem tego dnia w sumie 22 kilometry.
W środę jak zwykle rozbieganie (tym razem trzynastokilometrowe), połączone z podbiegami sprintem pod górkę (10 powtórzeń po 10 sekund). Trening bez historii, nogi, podobnie jak reszta, pracowały bardzo dobrze. Czwartek to kolejna porcja interwałów. Tym razem trzyminutowych. Rozpocząłem tradycyjnie od rozbiegania (3 kilometry) i potem realizowałem już trening właściwy (8 x 3 minuty w tempie biegu na 10 kilometrów z dwuminutowymi przerwami w truchcie). Nogi miałem dość ociężałe, ale koniec końców trening udało mi się zrobić bez większych problemów. Na koniec przebiegłem jeszcze trzy kilometry na schłodzenie….i co było później? To samo co zawsze, czyli czwartkowy, wieczorny ból gardła i spora dawka propolisu na noc. Nie wiem czy to już uzależnienie, fatum, zmęczenie tygodniem, czy też podświadomy strach przed chorobą, ale piąty tydzień z rzędu z podobnym samopoczuciem wskazuje, że chyba czwartek nie zostanie moim ulubionym dniem tygodnia :) Fakt, pracuję w miejscu, gdzie zarazków jest od groma, więc po czterech dniach człowiek nazbiera tych drobnoustrojów wystarczająco dużo, żeby przy dosyć męczącym trybie życia narazić się na wszelkiego rodzaju przeziębienia. W każdym razie w piątek na szczęście było już lepiej. Z rana trochę bolało mnie gardło, ale jak wróciłem do domu, to od razu poczułem się lepiej i postanowiłem pójść na trening. Zrobiłem 19 kilometrów w spokojnym tempie.
W sobotę była piękna pogoda i zrobiłem to, co od dłuższego czasu chciałem zrobić, czyli wybrałem się rowerem, aby dokładnie obmierzyć swoją pętlę biegową. Intuicja podpowiadała mi, że coś jest nie tak i niestety moje przypuszczenia się potwierdziły. Okazało się, że pętla nie ma 1,75 km, jak to zmierzył kiedyś mój znajomy na rowerze, ale 1,71. W związku z tym pętla jest w rzeczywistości o 40 metrów krótsza, co się oczywiście przekłada na tempa. W sumie trasę tę weryfikowałem aż pięć razy, na dwóch licznikach rowerowych i we wszystkich przypadkach wychodziło między 1,70 a 1,71 km…Raczej wątpliwe, żeby obydwa liczniki były źle ustawione, więc dokonałem zmian w punktach orientacyjnych na pętli. Największe przesunięcie było na kilometrze, bo to tam właśnie wychodziła różnica 40 metrów, czyli około 10 sekund przy tempie 4 min/km…Pod wieczór w sobotę wybrałem się jeszcze na krótkie, dziesięciokilometrowe rozbieganie. W domu dorzuciłem do tego zestaw ćwiczeń, taki typowo „poniedziałkowy”.
Dziś z kolei czekała na mnie chwila prawdy, czyli 10 kilometrów w tempie półmaratonu. Rozpocząłem od 5 kilometrów rozbiegania i krótkiej gimnastyki dynamicznej. Czułem się szczerze mówiąc średnio, nie tylko fizycznie, ale też psychicznie, rozpatrując jeszcze sobotnie przeliczenia. Już sam początek zwiastował, że nie będzie łatwo. Nie wiem czy błędem nie był wczorajszy trening połączony z ćwiczeniami, może lepiej trzeba było postawić na regenerację? W każdym razie pierwsze trzy pętle pokonałem w tempie 4:04 (według nowych przeliczeń). Na czwartej przyspieszyłem do 4:00/km. Prędkość tą utrzymałem też na piątym okrążeniu. Na ostatnim, szóstym kółku dałem z siebie naprawdę sporo. Tętno przekroczyło 170 uderzeń na minutę. Na kilometrze kontrolnym zanotowałem czas 3:57. Podsumowując całe dziesięć kilometrów sprawdzianu, uzyskałem tempo średnie w granicy 4:02-4:03/km, co zważywszy na pogodę, zmęczenie i nowe przeliczniki oceniam całkiem pozytywnie. Trochę przeraża mnie zwłaszcza pierwszy aspekt. Przed wyjściem z domu specjalnie się zważyłem. Po powrocie okazało się, że straciłem 3,5 litra wody, co przy 20 kilometrach w 20 stopniach jest wynikiem dość niepokojącym. 3,5 litra to dla mnie około 5%, a już przy 1-2% odwodnieniu człowiekowi spada wydolność. Mam nadzieję, że 1 maja będzie chłodno, najlepiej koło 10 stopni, bo w takich warunkach biega mi się najlepiej.
Na koniec wypada także podsumować marzec, z którego jestem generalnie zadowolony, bo udało mi się przebiec w sumie prawie 360 kilometrów i zrealizować wszystkie najważniejsze jednostki treningowe. Najbliższy tydzień zapowiada się dość spokojnie w porównaniu do poprzednich, więc postaram się potruchtać także jutro, zobaczymy jednak jak zniesie to mój organizm, bo trenowałem sześć dni z rzędu :) Najważniejsze to w tym momencie przestać rozpamiętywać prędkości i dystanse, a skupić się na pracy, bo przede mną najtrudniejszy okres, w którym nie mogę popełnić błędów :)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.