Święta, święta…i treningi

W święta nie wypada zbyt wiele czasu spędzać na „pracy”, ale czasami trzeba swoje zrobić, bez względu na okres roku :) Generalnie jest ODPUKAĆ dobrze. Rehabilitacja pomaga i w czasie biegu nie czuję bólu ;) Jutro podejmę decyzję czy jeszcze korzystać z prywatnych zabiegów na lewe udo. Obrzęk raczej musiał się albo znacząco zmniejszyć, albo zniknąć, bo nie czuję żadnego ucisku.
Tak czy siak tydzień, który minął, był dla mnie dosyć trudny. W poniedziałek zrobiłem sobie dzień przerwy, nawet nie ćwiczyłem, żeby odpowiednio wypocząć przed pierwszym wyzwaniem, bo we wtorek miałem najdłuższy trening w całym planie – 24 kilometry z męczącą, piętnastominutową końcówką. Trochę się obawiałem czy nie przesadzę, ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze i bez większych problemów ukończyłem trening. W końcówce przyspieszyłem do tempa 4:00-4:10/km. Nie powiem, żeby biegło mi się komfortowo, ale też nie mam co narzekać.
W środę postanowiłem zaryzykować i po 10 kilometrach rozbiegania wybrałem się na krótkie podbiegi sprintem pod górkę. Profilaktycznie jednak z 10 powtórzeń zszedłem na 8. Stwierdziłem, że nie ma co kusić losu, zwłaszcza, że przy ostatnim powtórzeniu „coś” poczułem.
Czwartkowy trening, mimo że stosunkowo krótki, okazał się dla mnie trudny. W planach po trzykilometrowym rozbieganiu miałem zrobić pięć kilometrowych interwałów w tempie zawodów na 5 kilometrów (na 90-sekundowych przerwach). Na starcie założyłem, iż będzie to tempo między 3:40 a 3:45 i w zasadzie wszystkie kilometry w tym czasie zrobiłem, ale…biegło mi się ciężko, zwłaszcza ostatnie dwa powtórzenia. Nie ma co się tłumaczyć wiatrem czy dość pofałdowanym terenem. Po prostu nogi nie pracowały aż tak dobrze, jakbym chciał. Problem z wytrzymałością szybkościową u mnie istniał od zawsze. Muszę nad tym elementem jeszcze sporo pracować. W każdym razie na czwartkowym treningu wypróbowałem specjalne słuchawki z zausznikami, które miały zapobiegać wypadaniu tych pierwszych. Na chwilę obecną się sprawdzają, chociaż słychać jakieś dziwne szumy przy szybszym biegu i wietrze.
W piątek w planach miałem dłuższe rozbieganie. Jeszcze przed wyjściem z domu stwierdziłem, że przebiegnę tyle, na ile „pozwoli” mi udo. Po czwartkowym, dość męczącym dla mnie treningu, biegło mi się zadziwiająco lekko. Myślami też byłem skupiony na testowaniu nowego zegarka z pulsometrem (Polar M400), który w ten sam dzień do mnie dotarł. W poprzednim urwał mi się teleskop, co wiązałoby się z dość żmudnym procesem wysłania do serwisu. Gwarancja już dawno minęła, więc prawdopodobnie musiałbym sporo zapłacić, bo w tamtym modelu teleskopy są jakoś połączone z całym spodem zegarka, co pewnie skutkowałoby wymianą całości. Ponadto ten pulsometr od kilku dni przestał mi pokazywać dystans. Stwierdziłem więc, że pora zakończyć z nim współpracę i zdecydować się na nowy. Wybrałem Polar M400, bo wiele osób poleca go jako najlepszy model w swoim, dość niskim jak na zegarki z pulsometrem, przedziale cenowym. Poza standardowymi funkcjami, pozwala on też monitorować całodobową aktywność. Nie wiem na ile to jest miarodajne, ale też z takiej opcji skorzystałem. W każdym razie w piątek przebiegłem w sumie 19 kilometrów. Zrobiłem 10 pętli na mojej trasie. Rozstrzał miałem dość spory, od 1,57 km do 1,68, czyli w zasadzie ani jedna pętla nie została dobrze zmierzona. Tak czy siak, chyba żaden z zegarków z GPSem, nawet te za 1500-2000 zł, dobrze nie odmierzył mojej trasy. Niestety bieganie w lesie to chyba jeszcze za wysokie progi na tą technologię. Generalnie jednak jestem z tego zegarka zadowolony. Nie potrzebuję bajerów. Wystarczy mi kilka podstawowych opcji, a funkcja GPS jest mi bardziej potrzebna w sytuacjach, kiedy nie mogę biegać w lesie, albo startuję w zawodach i muszę trzymać tempo.
W sobotę zrobiłem sobie dzień przerwy, aby odpowiednio odpocząć przed niedzielnym sprawdzianem, który był identyczny, jak ten robiony 2 kwietnia: 5 km rozgrzewki => 10 km w tempie półmaratońskim => 5 km schłodzenia. Rano muszę przyznać, że czułem się średnio. Zjadłem zbyt obfite śniadanie…dwie białe kiełbasy, dość spora porcja jajecznicy i sałatki warzywnej, a do tego dwa kawałki chleba. Trening robiłem po 3 godzinach, więc teoretycznie nie powinno to mieć wielkiego znaczenia, ale jakiś dyskomfort w przewodzie pokarmowym odczuwałem. Po rozgrzewce i krótkiej gimnastyce rozciągającej biegło mi się całkiem dobrze. Pierwszą pętlę przebiegłem w tempie dokładnie 4:00/km. Na drugiej i trzeciej ciutkę zwolniłem, powiedzmy do tempa 4:02-4:03/km, aby na ostatnich trzech okrążeniach znowu przyspieszyć. Tętno praktycznie od połowy dystansu cały czas przekraczało 170, wiec biegłem na ponad 90% możliwości, w trzecim zakresie. Nogi pracowały też ok, chociaż przyznam szczerze, że na najdłuższej prostej było ciężko, bo dość mocno wiało. Prawdziwe problemy pojawiły się jednak na początku ostatniej, szóstej pętli. Zaczęło mnie wtedy strasznie kłuć po bokach. Nie wiedziałem czy to kolka, czy mięśnie skośne brzucha. Udało mi się jakoś dobiec do dziesiątego kilometra i wtedy musiałem się zatrzymać, pochylić i trochę rozmasować bolące miejsca. Po minucie czy dwóch, w bardzo wolnym tempie zrobiłem schłodzenie. Cieszy mnie jednak fakt, że mimo dość mocnego treningu, w ogóle nie czułem żeby moje mięśnie nóg były zmęczone. Oczywiście jakieś osłabienie było, choćby z racji odwodnienia, ale jeżeli chodzi o odczucia były one naprawdę niezłe. Pozostaje mi tylko wierzyć, że za dwa tygodnie uda mi się trafić na dyspozycję dnia i obędzie się bez żadnych niespodziewanych „bolesności” :)
Reasumując, jestem bardzo zadowolony z poprzedniego tygodnia. Przebiegłem 84 kilometry, co, biorąc pod uwagę wcześniejszy problem mięśniowy muszę uznać za swego rodzaju sukces. Przede mną jeszcze jeden dość trudny tydzień. Zwłaszcza trening, który mam zaplanowany na czwartek (5 x 2 kilometry w tempie biegu na 10 km). Po nim będzie już tylko z górki :) Oby… :)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.