Ready, steady, go!

To już jutro. Kolejny dzień prawdy i czas weryfikacji moich planów i przygotowań. Czuję się całkiem nieźle, chociaż odczuwam pewien stres i niepokój. W końcu poświęciłem sporo czasu, aby „wrócić”. Mam nadzieję, że cztery miesiące ciężkiej pracy nie pójdą na marne i uda mi się spełnić założenia. Życie i poprzednie starty nauczyły mnie jednak, że najważniejsze jest zdrowie, bo gdy ono zawiedzie, to automatycznie wszystko inne się psuje :) Liczę wobec tego, że na mecie jutrzejszego półmaratonu będę zmęczony, ale zdrowy i w pełni sprawny :)
Dziś 30 kwietnia. Dzień dla mnie szczególny. 10 lat temu po raz pierwszy próbowałem przebiec maraton, tak nieoficjalnie. Skończyło się dramatycznie, ogromnym odwodnieniem, ale mimo wszystko od tamtej pory pewne rzeczy się zmieniły. Można by to nazwać „new beginning”. Dziś jednak pora skupić się na teraźniejszości i podsumować mijający tydzień oraz cały miesiąc :)
W ostatnich dniach musiałem dokonać pewnych roszad, ze względu na to, że start jest na początku tygodnia, a nie w weekend. W związku z tym w poniedziałek zrobiłem długie, dziewiętnastokilometrowe rozbieganie. Czułem się bardzo dobrze, chociaż kilka ostatnich kilometrów biegłem praktycznie po ciemku w lesie, więc musiałem dość mocno uważać. Dzień później zrobiłem dziesięć kilometrów w spokojnym tempie, dorzucając do tego sześć powtórzeń sprintem pod górkę. Trening bez historii.
W środę czułem się trochę kiepsko, ale o dziwo trening wyszedł całkiem OK, bez większych problemów. Rozpocząłem pięciokilometrowym rozbieganiem, po którym przyszła pora na trzy odcinki po 1600 metrów, które biegałem w tempie zawodów na 10 kilometrów i trzyminutowych przerwach w truchcie między nimi. Ostatni odcinek pobiegłem w tempie około 3:46/km. Na koniec dorzuciłem 5 kilometrów schłodzenia. Był to ostatni mocny trening przed półmaratonem.
W czwartek zrobiłem spokojne 10-kilometrowe rozbieganie. Biegło mi się dość ciężko, bo byłem zmęczony i niewyspany. W piątek zrobiłem zgodnie z planem dzień przerwy, natomiast wczoraj przebiegłem tylko 6 kilometrów i dorzuciłem 4 przebieżki po 100 metrów. W sumie, przez cały tydzień, przebiegłem ponad 61 kilometrów. Podsumowując z kolei cały miesiąc, wyszło mi, iż przebiegłem 293 kilometry na 21 treningach. Byłoby pewnie trochę więcej, gdyby nie problemy z mięśniem uda lewej nogi, przez który straciłem kilka dni i musiałem zmniejszyć kilometraż.
No nic, pora zostawić statystyki. Dzisiejszy dzień to w zasadzie już tylko odpoczynek i przygotowanie „mentalne” do startu. Trzeba nastawić się na „cierpienie” i walkę do samego końca. Liczę na chłodną, pochmurną i bezwietrzną pogodę :) Prognozy przewidują w momencie startu około 11-12 stopni, więc tragedii raczej nie będzie. Jedynym problem przy takiej pogodzie jest dylemat: „biec w bezrękawniku, czy jednak wziąć krótki rękaw” :)
Mimo wszystko jedno się nigdy nie zmienia: „no retreat, no surrender!” :)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.