Czas podsumowań

Piszę tę wiadomość dopiero dwa dni po zawodach, bo chciałem na spokojnie przeanalizować to, co wydarzyło się 1 maja. Oficjalne statystyki podają, że uzyskałem czas 1:27:05 (niektóre podają czas netto o 3 sekundy lepszy). Nie jest to rezultat, który mnie satysfakcjonuje. Na pewno liczyłem na więcej i myślę też, że na więcej byłem przygotowany. Cały start był dla mnie dość pechowy. Po raz pierwszy na zawodach rozwiązała mi się sznurówka (zawsze zawiązuję dwie kokardy). Stało się to między 8 a 9 kilometrem. Oczywiście musiałem się zatrzymać, schylić i ją porządnie zawiązać, przez co straciłem koło 10 sekund, nie licząc wybicia z rytmu, no i efektu „sztywnych nóg” przez kilkaset metrów. Sporym minusem była też dla mnie pogoda. Może nie było strasznie gorąco, bo podobno 15-16 stopni, ale bezchmurne niebo powodowało, że temperatura w słońcu prawdopodobnie mogła dochodzić nawet do 25-30 stopni. Dla mnie jest to jednoznaczne ze sporym odwodnieniem, które rzeczywiście odnotowałem w domu na wadze, mimo wypicia przynajmniej 2-3 litrów od zakończenia biegu. Praktycznie przez cały kwiecień było pochmurno, chłodno, temperatura nawet rzadko przekraczała 10 stopni – dla mnie były to idealne warunki do biegania. Szkoda, że nie utrzymały się one dzień albo dwa dłużej…Na trasie nie mogłem zbyt wiele pić, bo po obu bokach czułem ból, coś, co zdarzało mi się na treningach. Tym razem problem pojawił się na 12. kilometrze i praktycznie do samej mety nie ustąpił. Odwodnienie zrobiło swoje i na 18. kilometrze, to już była walka z samym sobą i odliczanie w głowie minut do zakończenia biegu. 100 metrów przed metą, kiedy już wokół stało pełno ludzi, zacząłem się zastanawiać, czy zwymiotuję przed linią mety, czy za :) Na szczęście obyło się bez rewelacji, chociaż przekraczając linię mety padłem jak długi i drugi raz z rzędu moją osobą zainteresowali się ratownicy medyczni, którzy podbiegli do mnie z wodą i aparaturą do pomiaru tętna i chyba jakichś jeszcze innych parametrów :)
Bardzo żałuję, że się nie udało, bo generalnie nogi dobrze współpracowały. Od 4 kilometra do samej mety wyprzedziłem koło 20 osób. Najbardziej spektakularna akcja była na podbiegu przy wiadukcie autostradowym, kiedy na 200 metrach pewnie udało mi się wyprzedzić 3 albo 4 rywali. To był 15. kilometr, a ja czułem się jeszcze wtedy bardzo dobrze. Druga kwestia. Puls. Przez 3/4 wyścigu wahał się między 165 a 167, czyli był bardzo dobry! Kluczowym momentem mogła okazać się ta rozwiązana sznurówka…bo w momencie kiedy mi się ona rozwiązała, dołączyłem już praktycznie do czteroosobowej grupki, która biegła w przyzwoitym tempie. Gdybym się nie musiał zatrzymywać, to pewnie mógłbym ich złapać i pobiec wspólnie, co zważywszy na wiatr, mogłoby pozwolić na oszczędzenie sił, a tak niestety musiałem praktycznie całą drogę biec sam. W każdym razie tak całkiem sam nie byłem, bo od 4. kilometra towarzyszył mi kolega, który do samej mety podawał napój izotoniczny, za co mu serdecznie oczywiście dziękuję..chociaż pewnie tego nie przeczyta :)
Samą strategię biegu oceniam na dobrą. Zacząłem bez szaleństw – 4:06/km, czyli mniej więcej tak jak chciałem. Potem po drugim kilometrze przyspieszyłem. Po drodze było kilka fajnych odcinków. Szkoda tylko, że wyszło tak jak wyszło. Walczyłem jak mogłem i zrobiłem co się dało. Być może gdyby nie ten problem z udem na początku kwietnia sytuacja też wyglądałaby inaczej. Gdybać można w nieskończoność, ale teraz nie ma to już wielkiego znaczenia. Jakieś pół godziny temu wpadł mi do głowy pewien pomysł, aby spróbować przebiec taki nieoficjalny półmaraton w lesie…w najbliższą sobotę, bo później wyjeżdżam na trochę służbowo i nie będę mógł zbytnio trenować. W każdym razie ostatnie dwa dni spędziłem na rowerze. Wczoraj i dziś zrobiłem identyczną pętlę, liczącą 32 kilometry. Zobaczymy co dalej. Ciągnie mnie do roweru i przyznam, że mam pewne plany na najbliższe dwa-trzy miesiące, ale nie chcę na razie o tym pisać. W każdym razie się nie poddaję i walczę dalej :)