Wspomnień czar, czyli jak „Wiktor” dał radę…

Długo zbierałem się, żeby napisać niniejszą relację…Ostatni post pojawił się na moim blogu w maju, po półmaratonie. Wtedy właśnie podjąłem decyzję, że w lipcu postaram się wrócić po dwóch latach przerwy do mojego celu rowerowego, czyli przejechania 400 kilometrów w jeden dzień. Treningi biegowe ograniczyłem w zasadzie do minimum, wychodząc potruchtać raz czy dwa razy w tygodniu. Skupiłem się głównie na wykręcaniu kilometrów i budowaniu wytrzymałości na rowerze. Przejechałem znacznie więcej, niż w analogicznym okresie sprzed dwóch lat, mimo tego, że w maju mnie prawie dwa tygodnie nie było i treningi rowerowe rozpocząłem w trzeciej dekadzie miesiąca. Po drodze trafił się nawet jeden ponad dwustukilometrowy trening. Generalnie byłem bardzo zadowolony z przygotowań. Ominęły mnie choroby i poważniejsze urazy. Na pogodę też nie mogłem narzekać.
Postanowiłem, że swoją „próbę” odbędę 1 lipca…no i niestety moje plany pokrzyżowała pogoda, gdyż przez cały dzień mocno wiało i padało. Byłem wobec tego zmuszony przełożyć swoją jazdę na poniedziałek. Prognozy też nie były zbyt optymistyczne, gdyż przewidywały silniejsze powiewy wiatru przez większą część dnia, ale mimo wszystko nie chciałem już więcej kombinować. Dodatkowym minusem mojej jazdy w tygodniu było to, iż nie wszystkie osoby, które zadeklarowały swoją pomoc na sobotę, mogły jechać także w poniedziałek. Już na pierwszym odcinku pojawił się problem, gdyż kolega, który miał mi towarzyszyć na pierwszych stu kilometrach wypadł ze względów zdrowotnych. Cóż…trzeba było walczyć samemu :)
Moją walkę rozpocząłem już o 3:21. W nocy praktycznie nie spałem, wiercąc się i próbując chociaż na chwilę „odpłynąć”. Wcześniej wyposażyłem rower w światła, aby cokolwiek widzieć przy tak wczesnej porze. Po przebudzeniu zjadłem dwie kromki chleba z dżemem i ruszyłem. Mimo samotnej jazdy jechało się bardzo dobrze. Wiatr jeszcze nie zdążył się rozkręcić. Utrzymywałem solidne tempo, które ostatecznie po pierwszej setce przekroczyło 25 km/h…co przy dość górzystym ukształtowaniu terenu można uznać za spory sukces. Na przerwach jadłem głównie blok czekoladowy własnej roboty oraz korzystałem z zapasów płynów, które wziąłem z domu (wcześniej kupiłem koszulki kolarskie z tylnymi kieszonkami). Później wróciłem do domu, przebrałem się …i zjadłem naleśniki. Chciałem przekąsić coś konkretniejszego, niż batony i wafelki :)
Na drugiej pętli towarzyszyły mi aż dwie osoby…na kolarzówkach. Początkowo trudno nam było się zgrać, gdyż pierwszy raz jechaliśmy w takiej konfiguracji. Było widoczne to zwłaszcza na zmianach, gdy często „traciłem koło” przy nagłych przyspieszeniach. Niestety ciężko było mi niwelować nawet kilkumetrowe straty, gdyż zerwał się silny wiatr, który przez pierwsze kilkadziesiąt kilometrów wiał w twarz. To właśnie wtedy pojawił się pierwszy kryzys i myśli „jakim cudem mam w taką pogodę zrobić jeszcze prawie 300 km…”. Na szczęście dotrwałem do nawrotu i wtedy wiatr już nie stanowił problemu, a był nawet sprzymierzeńcem…aż do następnego nawrotu :) Wtedy nastąpiła powtórka z rozrywki…Jechało się ciężko, ale jakoś te kilometry ubywały. Dużym utrudnieniem było to, że moi towarzysze mieli ograniczenia czasowe i nie mogli mi towarzyszyć na całym okrążeniu….i wtedy uśmiechnęło się do mnie szczęście. Powoli zaczęliśmy zbliżać się do kolejnego kolarza, którym okazał się starszy pan, jadący na „małą przejażdżkę”. Dzięki temu, gdy moi współtowarzysze odbili w bok, miałem osłonę przed wiatrem do samego nawrotu :) Na pewno dużo mi to pomogło, bo gdyby nie on, to musiałbym się przez prawie 10 kilometrów zmagać samotnie z czołowym wiatrem…W drugą stronę już oczywiście jechało się o wiele łatwiej i po 205 kilometrach zawróciłem ponownie do domu (o dziwo, mimo kryzysowych chwil udało mi się utrzymać średnią 25 km/h). Szybko się przebrałem, uzupełniłem zapasy i zjadłem makaron z tuńczykiem na obiad.
Trzecią pętlę (identyczną jak pierwsza) pokonywał ze mną kolega z pracy. Początkowo nie jechało się źle, chociaż czułem już w nogach przejechane kilometry. Kryzys pojawił się po kilku podjazdach i kilkunastu kilometrach przy wiejącym w zmiennych kierunkach wietrze. W głowie po raz kolejny rozpoczęło się przeliczanie kilometrów do mety. Dodatkowym utrudnieniem było to, że nie mogłem „stawać na pedałach”. W ten sposób dość często jeżdżę, nie tylko na podjazdach, ale i na prostych odcinkach, aby nieco odciążyć pracujące mięśnie. Niestety w tamtym momencie zacząłem się zastanawiać czy zamiast nóg nie mam przypadkiem betonowych słupów :) Tempo mocno spadło, chwilami jechaliśmy nawet poniżej 20 km/h. Wiatr szalał, a ja miałem w głowie tylko jedną myśl „nie mogę się poddać”. Kiedy dojechaliśmy do „miejsca nawrotowego” na pięćdziesiątym kilometrze poczułem duża ulgę, bo wiedziałem, że połowa pętli już za nami. Wtedy właśnie postanowiłem zaryzykować i kupiłem…coca colę. O dziwo okazało się to strzałem w dziesiątkę i jechało mi się po niej znacznie lepiej, chociaż kryzys jeszcze cały czas był. Trzecia setka była generalnie dużo wolniejsza od poprzednich. Średnia z tego odcinka wyszła zaledwie koło 22 km/h…dojeżdżając jednak do domu wiedziałem, że ostatnie 90 kilometrów przejadę choćby na „jednym kole” :) Trzeci postój w domu przebiegł dokładnie tak samo jak poprzednie. Zmiana ciuchów, ładowanie zapasów i posiłek w postaci racuchów z bananami. Na ostatnią „setkę” miałem jednak dodatkowe wsparcie…samochód! No i kolegę, który nadawał tempo na rowerze. I wtedy zdarzył się „cud”…Jeszcze 5 minut przed wyjazdem gałęzie drzew latały we wszystkich kierunkach. Patrząc na nie, obawiałem się powtórki z drugiej setki, gdyż miałem jechać tą samą trasą…aż tu nagle, wychodzę z domu, wsiadam na rower i cisza. Wiatr praktycznie ustał…I w tym momencie mogę napisać jedno: ODRODZENIE. Jechało mi się świetnie, zmęczenie jakby odeszło, mogłem znowu stawać na pedały. Nie czułem tego, że mam w nogach już ponad 300 kilometrów. Po przejechaniu około 50 kilometrów, kolega, który był po ciężkim dniu i miał w perspektywie pójście do pracy na 6 rano, zmienił się z moją koleżanką, która przez kilkanaście kilometrów bardzo dobrze nadawała tempo. Potem stwierdziła, że nie da rady utrzymać odpowiedniej prędkości i ostatnie trzydzieści kilometrów pokonywałem „samotnie” z oświetlającym mi z tyłu drogę samochodem. Było klimatycznie, bo po drodze na znaku siedziała sowa, słychać było wokół świerszcze. Jechało się oczywiście świetnie, bo sama świadomość osiągnięcia celu dodawała sił. Końcówkę pokonywałem w tempie około 30 km/h…Niespełna dwa kilometry od domu stała policja. Bałem się, że mnie zatrzymają, bo jechałem ulicą, mimo, iż obok była droga rowerowa. Na szczęście panowie byli wyrozumiali i wiedzieli, że w obliczu późnej pory i małego ruchu nie stanowię praktycznie żadnego utrudnienia, ani zagrożenia dla innych. Średnia na ostatniej setce wyszła, podobnie jak na pierwszych dwóch, w okolicach 25 km/h. Do domu przyjechałem o 23:45.
Generalnie na rowerze spędziłem 16h i 45 minut (licząc czas samej jazdy bez przerw), co daje średnie tempo powyżej 24 km/h. Mimo temperatury w okolicy 20 stopni wypiłem przynajmniej 14 litrów płynów i zjadłem…mnóstwo bloku czekoladowego :)
Przejechałem 401 km, co pozwoliło mi zapomnieć o małej porażce sprzed 2 lat. Wiktor (mój rower) dał radę, chociaż wielu wróżyło mu rychły koniec na trasie :D Myślę, że to jeszcze nie jest koniec. Cały czas po głowie chodzi mi kolejne wyzwanie, ale o tym już kiedy indziej.
Co robiłem w lipcu po „maratonie rowerowym”? Próbowałem biegać, na ile pozwalały mi achillesy i kolana, które trochę pobolewały po jeździe. W większości były to 5-10 kilometrowe rozbiegania w spokojnym tempie, ewentualnie z szybszą końcówką. Takie dla podtrzymania formy. W sierpniu dwa tygodnie nie mogłem trenować, gdyż byłem poza domem, ale powoli wracam do aktywności fizycznej. W tym tygodniu wybrałem się dwa razy na rower, a dziś zaliczyłem dziesięciokilometrowe rozbieganie. Czy to początek konkretnego planu? Jeszcze nie wiem, zobaczymy jak będą postępować treningi i czy zdrowie dopisze :) Jestem „głodny”, chcę walczyć dalej :)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.