Krok do przodu

Jeszcze tydzień temu w czwartek myślałem, że wszystko sprzysięgło się przeciwko mojemu startowi w sobotnich zawodach. Od początku lipca, aż do końca września, miałem problem praktycznie z każdą częścią moich nóg :) Zaczęło się od achillesów i kolan, które pobolewały mnie trochę po 400 kilometrach na rowerze (w zasadzie lewy achilles czasami nadal się odzywa, a być może jest to miejsce zlokalizowane nieco z jego boku). Poza ścięgnami, na początku września dopadło mnie zapalenie mięśnia uda, o którym pisałem wcześniej. Gdy podleczyłem lewe udo, to z kolei w prawym zacząłem czuć dyskomfort i jakąś dziwną sztywność. No i nadszedł ostatni tydzień przed zawodami.
We wtorek zrobiłem trening BNP. Wyszło całkiem nieźle. Skończyłem w tempie mniej więcej 4:10 /km. Nie czułem specjalnego zmęczenia. No i nastała środa…pojawił się ból gardła i dreszcze…tadam! Na szczęście po raz kolejny propolis i inne naturalne specyfiki pomogły mi wygrać walkę z przeziębieniem. W czwartek jeszcze nie było do końca ok, ale zdecydowałem się pójść na delikatny rozruch przed sobotą. Zrobiłem 5 kilometrów plus 5 przebieżek. Po ostatniej, już na schłodzeniu, poczułem dość nieprzyjemny ból w kolanie. Nawet się zastanawiałem czy ostatnie kilkaset metrów po prostu nie przejść…Nie potrafię opisać nawet, co się wtedy działo w mojej głowie. Jakie myśli krążyły wewnątrz czaszki. W piątek na szczęście poczułem się znacznie lepiej. Kolano praktycznie nie bolało, a i wirusy chyba stwierdziły, że jednak nie wygrają ze mną, dlatego postanowiłem pojechać po pakiet startowy i wystartować w sobotę. Oczywiście na miejscu okazało się, że wrześniowe biegi im. Bronisława Malinowskiego jak zwykle potrafią zaskoczyć :D Będąc od początku wydawania pakietów, otrzymałem koszulkę o rozmiarze „M”, podobno największym dostępnym…Drugim zaskoczeniem był fakt, że otrzymaliśmy koszulki bawełniane, co w zasadzie wyszło z mody jakieś 10 lat temu :) Można było się poczuć jak po otrzymaniu dyskietki do komputera albo kasety VHS do obejrzenia :) Na koniec kolejne zaskoczenie. Do ręki nasypano mi kilka agrafek, dorzucono numer startowy i rolkę do pomiaru czasu (też już w zasadzie „wyszła z mody”). Na moje pytanie czy można dostać jakąś siatkę otrzymałem odpowiedź, że niestety nie ma ;) Tego chyba jeszcze nigdzie nie grali ;)
Kolejna niespodzianka czekała mnie już w sobotę. W regulaminie napisano, że bieg główny rozpoczyna się o 9:45. Dlatego Adrian, po zrobieniu rozgrzewki, skorzystaniu z toalety i uzupełnieniu płynów zaczął się przebierać w strój sportowy około godziny 9:35. Na dworze było w tamtym momencie mniej więcej 9-10 stopni. I nagle słyszę jak spiker mówi: „bieg główny rozpoczyna się o godzinie 10″…nie ukrywam, że trochę mi ciśnienie skoczyło, bo stać ponad 20 minut na bezrękawniku i w krótkich spodenkach, będąc już trochę spoconym, to nie jest dobre rozwiązanie. Musiałem więc z powrotem wskoczyć w strój rozgrzewkowy i jeszcze nieco się dogrzać. Na tym na szczęście mogę skończyć pastwienie się nad organizatorami. Później już było lepiej. Przynajmniej jeżeli chodzi o sam start i trasę.
Czy zakładałem coś przed startem? Nie, raczej nastawiałem się na to, aby dobiec bez żadnej kontuzji do mety…no dobra, wiedziałem, że pobiegnę na tyle, na ile będę w stanie i liczyłem po cichu na złamanie bariery 42 minut…
Wystartowałem dość spokojnie, ale i tak o dziwo, mimo zatoru na początku i stosunkowo wolnego tempa (tak mi się wydawało), pierwszy kilometr przebiegłem w 4:12…Potem kolejne mniej więcej po 4:08-4:09. Byłem pozytywnie zaskoczony, że nawet mimo niekorzystnego wiatru mogę biec dość swobodnie i przesuwać się cały czas do przodu. Na półmetku miałem czas 20:49. Wtedy właśnie pojawiła się lekka kolka, ale mięśniowo i oddechowo wyglądało wszystko całkiem nieźle. Doping dzieci z okolicznych szkół i innych ludzi zgromadzonych wokół trasy dodatkowo motywował mnie do walki i przyspieszenia kroku. Decyzję o podkręceniu tempa podjąłem mniej więcej po 7 kilometrze. Pojawiło się już zmęczenie, ale wiedziałem, że dam radę z siebie jeszcze trochę wycisnąć. Ostatnie 3 kilometry pokonałem w tempie około 4 minut/km (a może nawet ciut szybciej). W końcówce dość sporo osób wyprzedziłem, nawet dwie na ostatniej prostej, dzięki mojej piekielnemu finiszowi, haha. W każdym razie do ostatnich metrów walczyłem, żeby zmieścić się w 41 minutach. Można powiedzieć, że to mi się na styk udało.
Z samego startu jestem zadowolony. Drugą połowę dystansu przebiegłem w 20:11, prawie 40 sekund szybciej niż pierwszą. W dodatku świetnie rozegrałem ten bieg taktycznie. Kiedy powiewało, starałem się schować za kimś, aby nie brać na siebie wiatru. Potrafiłem też skontrolować emocje na początku wyścigu i nie szarpać tempa. Włożyłem w ten bieg dużo sił, bo na mecie trochę mnie „odcięło” po dość mocnym finiszu. W każdym razie za tym tęskniłem, tego mi było trzeba!
Mam teraz motywację do dalszej pracy nad formą i zrzucaniem kilogramów. Coś tam mnie jeszcze lekko pobolewa, ale teraz już będę biegał bez presji, aby nie przedobrzyć. Żaden termin mnie nie goni. Chcę się w chwili obecnej cieszyć samym bieganiem, a z czasem, jak porobię trochę treningu siłowego i się wzmocnię, to będzie lepiej ;)