Krok do przodu

Jeszcze tydzień temu w czwartek myślałem, że wszystko sprzysięgło się przeciwko mojemu startowi w sobotnich zawodach. Od początku lipca, aż do końca września, miałem problem praktycznie z każdą częścią moich nóg :) Zaczęło się od achillesów i kolan, które pobolewały mnie trochę po 400 kilometrach na rowerze (w zasadzie lewy achilles czasami nadal się odzywa, a być może jest to miejsce zlokalizowane nieco z jego boku). Poza ścięgnami, na początku września dopadło mnie zapalenie mięśnia uda, o którym pisałem wcześniej. Gdy podleczyłem lewe udo, to z kolei w prawym zacząłem czuć dyskomfort i jakąś dziwną sztywność. No i nadszedł ostatni tydzień przed zawodami.
We wtorek zrobiłem trening BNP. Wyszło całkiem nieźle. Skończyłem w tempie mniej więcej 4:10 /km. Nie czułem specjalnego zmęczenia. No i nastała środa…pojawił się ból gardła i dreszcze…tadam! Na szczęście po raz kolejny propolis i inne naturalne specyfiki pomogły mi wygrać walkę z przeziębieniem. W czwartek jeszcze nie było do końca ok, ale zdecydowałem się pójść na delikatny rozruch przed sobotą. Zrobiłem 5 kilometrów plus 5 przebieżek. Po ostatniej, już na schłodzeniu, poczułem dość nieprzyjemny ból w kolanie. Nawet się zastanawiałem czy ostatnie kilkaset metrów po prostu nie przejść…Nie potrafię opisać nawet, co się wtedy działo w mojej głowie. Jakie myśli krążyły wewnątrz czaszki. W piątek na szczęście poczułem się znacznie lepiej. Kolano praktycznie nie bolało, a i wirusy chyba stwierdziły, że jednak nie wygrają ze mną, dlatego postanowiłem pojechać po pakiet startowy i wystartować w sobotę. Oczywiście na miejscu okazało się, że wrześniowe biegi im. Bronisława Malinowskiego jak zwykle potrafią zaskoczyć :D Będąc od początku wydawania pakietów, otrzymałem koszulkę o rozmiarze „M”, podobno największym dostępnym…Drugim zaskoczeniem był fakt, że otrzymaliśmy koszulki bawełniane, co w zasadzie wyszło z mody jakieś 10 lat temu :) Można było się poczuć jak po otrzymaniu dyskietki do komputera albo kasety VHS do obejrzenia :) Na koniec kolejne zaskoczenie. Do ręki nasypano mi kilka agrafek, dorzucono numer startowy i rolkę do pomiaru czasu (też już w zasadzie „wyszła z mody”). Na moje pytanie czy można dostać jakąś siatkę otrzymałem odpowiedź, że niestety nie ma ;) Tego chyba jeszcze nigdzie nie grali ;)
Kolejna niespodzianka czekała mnie już w sobotę. W regulaminie napisano, że bieg główny rozpoczyna się o 9:45. Dlatego Adrian, po zrobieniu rozgrzewki, skorzystaniu z toalety i uzupełnieniu płynów zaczął się przebierać w strój sportowy około godziny 9:35. Na dworze było w tamtym momencie mniej więcej 9-10 stopni. I nagle słyszę jak spiker mówi: „bieg główny rozpoczyna się o godzinie 10″…nie ukrywam, że trochę mi ciśnienie skoczyło, bo stać ponad 20 minut na bezrękawniku i w krótkich spodenkach, będąc już trochę spoconym, to nie jest dobre rozwiązanie. Musiałem więc z powrotem wskoczyć w strój rozgrzewkowy i jeszcze nieco się dogrzać. Na tym na szczęście mogę skończyć pastwienie się nad organizatorami. Później już było lepiej. Przynajmniej jeżeli chodzi o sam start i trasę.
Czy zakładałem coś przed startem? Nie, raczej nastawiałem się na to, aby dobiec bez żadnej kontuzji do mety…no dobra, wiedziałem, że pobiegnę na tyle, na ile będę w stanie i liczyłem po cichu na złamanie bariery 42 minut…
Wystartowałem dość spokojnie, ale i tak o dziwo, mimo zatoru na początku i stosunkowo wolnego tempa (tak mi się wydawało), pierwszy kilometr przebiegłem w 4:12…Potem kolejne mniej więcej po 4:08-4:09. Byłem pozytywnie zaskoczony, że nawet mimo niekorzystnego wiatru mogę biec dość swobodnie i przesuwać się cały czas do przodu. Na półmetku miałem czas 20:49. Wtedy właśnie pojawiła się lekka kolka, ale mięśniowo i oddechowo wyglądało wszystko całkiem nieźle. Doping dzieci z okolicznych szkół i innych ludzi zgromadzonych wokół trasy dodatkowo motywował mnie do walki i przyspieszenia kroku. Decyzję o podkręceniu tempa podjąłem mniej więcej po 7 kilometrze. Pojawiło się już zmęczenie, ale wiedziałem, że dam radę z siebie jeszcze trochę wycisnąć. Ostatnie 3 kilometry pokonałem w tempie około 4 minut/km (a może nawet ciut szybciej). W końcówce dość sporo osób wyprzedziłem, nawet dwie na ostatniej prostej, dzięki mojej piekielnemu finiszowi, haha. W każdym razie do ostatnich metrów walczyłem, żeby zmieścić się w 41 minutach. Można powiedzieć, że to mi się na styk udało.
Z samego startu jestem zadowolony. Drugą połowę dystansu przebiegłem w 20:11, prawie 40 sekund szybciej niż pierwszą. W dodatku świetnie rozegrałem ten bieg taktycznie. Kiedy powiewało, starałem się schować za kimś, aby nie brać na siebie wiatru. Potrafiłem też skontrolować emocje na początku wyścigu i nie szarpać tempa. Włożyłem w ten bieg dużo sił, bo na mecie trochę mnie „odcięło” po dość mocnym finiszu. W każdym razie za tym tęskniłem, tego mi było trzeba!
Mam teraz motywację do dalszej pracy nad formą i zrzucaniem kilogramów. Coś tam mnie jeszcze lekko pobolewa, ale teraz już będę biegał bez presji, aby nie przedobrzyć. Żaden termin mnie nie goni. Chcę się w chwili obecnej cieszyć samym bieganiem, a z czasem, jak porobię trochę treningu siłowego i się wzmocnię, to będzie lepiej ;)

Kolejny nowy początek…

Najtrudniejszy jest początek…coś o tym wiem, gdyż po raz kolejny muszę stanąć naprzeciw wyzwaniu i trudnościom, z którymi przyjdzie mi się zmierzyć w najbliższych dniach. W związku ze wszystkimi kontuzjami, z którymi borykałem się przez 3 ostatnie lata, podjąłem decyzję o zrzuceniu zbędnego balastu, czyli jakichś 12-13 kg…Myślę, że to one są w dużej mierze odpowiedzialne za wszystkie przestoje w treningach i problemy. Teraz ważę 94-95 kg. Chciałbym zejść przynajmniej do 84, bo wtedy czuję się najlepiej i najlepiej też mi się biega. Na chwilę obecną zrezygnowałem ze słodyczy, fast foodów, keczupu i domowych kolacji. Postaram się też biegać regularnie, ale na razie bardzo ostrożnie.
Jeżeli chodzi o ostatnią kwestię, to miałem niedawno spory dylemat…Dwa tygodnie temu pojawiła się kontuzja lewego uda, a właściwie miejsca, z którym miałem problem w kwietniu (prawdopodobnie chodziło o zapalenie mięśnia). Na szczęście kilka zabiegów rehabilitacyjnych pomogło i na chwilę obecną jestem w stanie jako tako trenować. Moja wątpliwość dotyczyła zawodów, które odbędą się już w sobotę (10 km). Bardzo chciałbym w nich wystąpić, ze względu na sentyment oraz dwuletnią absencję w tych zawodach. Liczę na to, że ten bieg pozwoli mi poczuć smak rywalizacji i dodatkowo zmotywować mnie do ciężkiej pracy, bo takowa mnie na pewno czeka. Minusem jest to, że niestety nie będę potrafił pobiec sobie „ot tak”…wiem, że pobiegnę na maksa, czyli tyle, na ile będzie mnie w tym dniu stać. Mam nadzieję, że organizm to wytrzyma i nie nabawię się żadnego urazu (odpukać).
Jeżeli chodzi o treningi, to w ostatnich dniach trochę pobiegałem. We wtorek zrobiłem dziesięciokilometrowe rozbieganie. W środę 12 km, w tym BNP. Zaczynałem gdzieś po 5:15 a kończyłem w granicach 4:10/km. W piątek wykonałem podobny trening, tylko ciut wolniej. Natomiast niedziela to już spokojne 10 kilometrów, bez napinania się. W sumie przebiegłem więc w zeszłym tygodniu około 44 kilometrów.
Ile dam radę z tego nabiegać? Nie wiem…Nie nastawiam się na żaden czas. Po prostu postaram się pobiec z głową…łatwo mówić teraz..na starcie pewnie będą emocje i obudzi się we mnie chęć rywalizacji. Oby tylko zdrowie dopisało…

Wspomnień czar, czyli jak „Wiktor” dał radę…

Długo zbierałem się, żeby napisać niniejszą relację…Ostatni post pojawił się na moim blogu w maju, po półmaratonie. Wtedy właśnie podjąłem decyzję, że w lipcu postaram się wrócić po dwóch latach przerwy do mojego celu rowerowego, czyli przejechania 400 kilometrów w jeden dzień. Treningi biegowe ograniczyłem w zasadzie do minimum, wychodząc potruchtać raz czy dwa razy w tygodniu. Skupiłem się głównie na wykręcaniu kilometrów i budowaniu wytrzymałości na rowerze. Przejechałem znacznie więcej, niż w analogicznym okresie sprzed dwóch lat, mimo tego, że w maju mnie prawie dwa tygodnie nie było i treningi rowerowe rozpocząłem w trzeciej dekadzie miesiąca. Po drodze trafił się nawet jeden ponad dwustukilometrowy trening. Generalnie byłem bardzo zadowolony z przygotowań. Ominęły mnie choroby i poważniejsze urazy. Na pogodę też nie mogłem narzekać.
Postanowiłem, że swoją „próbę” odbędę 1 lipca…no i niestety moje plany pokrzyżowała pogoda, gdyż przez cały dzień mocno wiało i padało. Byłem wobec tego zmuszony przełożyć swoją jazdę na poniedziałek. Prognozy też nie były zbyt optymistyczne, gdyż przewidywały silniejsze powiewy wiatru przez większą część dnia, ale mimo wszystko nie chciałem już więcej kombinować. Dodatkowym minusem mojej jazdy w tygodniu było to, iż nie wszystkie osoby, które zadeklarowały swoją pomoc na sobotę, mogły jechać także w poniedziałek. Już na pierwszym odcinku pojawił się problem, gdyż kolega, który miał mi towarzyszyć na pierwszych stu kilometrach wypadł ze względów zdrowotnych. Cóż…trzeba było walczyć samemu :)
Moją walkę rozpocząłem już o 3:21. W nocy praktycznie nie spałem, wiercąc się i próbując chociaż na chwilę „odpłynąć”. Wcześniej wyposażyłem rower w światła, aby cokolwiek widzieć przy tak wczesnej porze. Po przebudzeniu zjadłem dwie kromki chleba z dżemem i ruszyłem. Mimo samotnej jazdy jechało się bardzo dobrze. Wiatr jeszcze nie zdążył się rozkręcić. Utrzymywałem solidne tempo, które ostatecznie po pierwszej setce przekroczyło 25 km/h…co przy dość górzystym ukształtowaniu terenu można uznać za spory sukces. Na przerwach jadłem głównie blok czekoladowy własnej roboty oraz korzystałem z zapasów płynów, które wziąłem z domu (wcześniej kupiłem koszulki kolarskie z tylnymi kieszonkami). Później wróciłem do domu, przebrałem się …i zjadłem naleśniki. Chciałem przekąsić coś konkretniejszego, niż batony i wafelki :)
Na drugiej pętli towarzyszyły mi aż dwie osoby…na kolarzówkach. Początkowo trudno nam było się zgrać, gdyż pierwszy raz jechaliśmy w takiej konfiguracji. Było widoczne to zwłaszcza na zmianach, gdy często „traciłem koło” przy nagłych przyspieszeniach. Niestety ciężko było mi niwelować nawet kilkumetrowe straty, gdyż zerwał się silny wiatr, który przez pierwsze kilkadziesiąt kilometrów wiał w twarz. To właśnie wtedy pojawił się pierwszy kryzys i myśli „jakim cudem mam w taką pogodę zrobić jeszcze prawie 300 km…”. Na szczęście dotrwałem do nawrotu i wtedy wiatr już nie stanowił problemu, a był nawet sprzymierzeńcem…aż do następnego nawrotu :) Wtedy nastąpiła powtórka z rozrywki…Jechało się ciężko, ale jakoś te kilometry ubywały. Dużym utrudnieniem było to, że moi towarzysze mieli ograniczenia czasowe i nie mogli mi towarzyszyć na całym okrążeniu….i wtedy uśmiechnęło się do mnie szczęście. Powoli zaczęliśmy zbliżać się do kolejnego kolarza, którym okazał się starszy pan, jadący na „małą przejażdżkę”. Dzięki temu, gdy moi współtowarzysze odbili w bok, miałem osłonę przed wiatrem do samego nawrotu :) Na pewno dużo mi to pomogło, bo gdyby nie on, to musiałbym się przez prawie 10 kilometrów zmagać samotnie z czołowym wiatrem…W drugą stronę już oczywiście jechało się o wiele łatwiej i po 205 kilometrach zawróciłem ponownie do domu (o dziwo, mimo kryzysowych chwil udało mi się utrzymać średnią 25 km/h). Szybko się przebrałem, uzupełniłem zapasy i zjadłem makaron z tuńczykiem na obiad.
Trzecią pętlę (identyczną jak pierwsza) pokonywał ze mną kolega z pracy. Początkowo nie jechało się źle, chociaż czułem już w nogach przejechane kilometry. Kryzys pojawił się po kilku podjazdach i kilkunastu kilometrach przy wiejącym w zmiennych kierunkach wietrze. W głowie po raz kolejny rozpoczęło się przeliczanie kilometrów do mety. Dodatkowym utrudnieniem było to, że nie mogłem „stawać na pedałach”. W ten sposób dość często jeżdżę, nie tylko na podjazdach, ale i na prostych odcinkach, aby nieco odciążyć pracujące mięśnie. Niestety w tamtym momencie zacząłem się zastanawiać czy zamiast nóg nie mam przypadkiem betonowych słupów :) Tempo mocno spadło, chwilami jechaliśmy nawet poniżej 20 km/h. Wiatr szalał, a ja miałem w głowie tylko jedną myśl „nie mogę się poddać”. Kiedy dojechaliśmy do „miejsca nawrotowego” na pięćdziesiątym kilometrze poczułem duża ulgę, bo wiedziałem, że połowa pętli już za nami. Wtedy właśnie postanowiłem zaryzykować i kupiłem…coca colę. O dziwo okazało się to strzałem w dziesiątkę i jechało mi się po niej znacznie lepiej, chociaż kryzys jeszcze cały czas był. Trzecia setka była generalnie dużo wolniejsza od poprzednich. Średnia z tego odcinka wyszła zaledwie koło 22 km/h…dojeżdżając jednak do domu wiedziałem, że ostatnie 90 kilometrów przejadę choćby na „jednym kole” :) Trzeci postój w domu przebiegł dokładnie tak samo jak poprzednie. Zmiana ciuchów, ładowanie zapasów i posiłek w postaci racuchów z bananami. Na ostatnią „setkę” miałem jednak dodatkowe wsparcie…samochód! No i kolegę, który nadawał tempo na rowerze. I wtedy zdarzył się „cud”…Jeszcze 5 minut przed wyjazdem gałęzie drzew latały we wszystkich kierunkach. Patrząc na nie, obawiałem się powtórki z drugiej setki, gdyż miałem jechać tą samą trasą…aż tu nagle, wychodzę z domu, wsiadam na rower i cisza. Wiatr praktycznie ustał…I w tym momencie mogę napisać jedno: ODRODZENIE. Jechało mi się świetnie, zmęczenie jakby odeszło, mogłem znowu stawać na pedały. Nie czułem tego, że mam w nogach już ponad 300 kilometrów. Po przejechaniu około 50 kilometrów, kolega, który był po ciężkim dniu i miał w perspektywie pójście do pracy na 6 rano, zmienił się z moją koleżanką, która przez kilkanaście kilometrów bardzo dobrze nadawała tempo. Potem stwierdziła, że nie da rady utrzymać odpowiedniej prędkości i ostatnie trzydzieści kilometrów pokonywałem „samotnie” z oświetlającym mi z tyłu drogę samochodem. Było klimatycznie, bo po drodze na znaku siedziała sowa, słychać było wokół świerszcze. Jechało się oczywiście świetnie, bo sama świadomość osiągnięcia celu dodawała sił. Końcówkę pokonywałem w tempie około 30 km/h…Niespełna dwa kilometry od domu stała policja. Bałem się, że mnie zatrzymają, bo jechałem ulicą, mimo, iż obok była droga rowerowa. Na szczęście panowie byli wyrozumiali i wiedzieli, że w obliczu późnej pory i małego ruchu nie stanowię praktycznie żadnego utrudnienia, ani zagrożenia dla innych. Średnia na ostatniej setce wyszła, podobnie jak na pierwszych dwóch, w okolicach 25 km/h. Do domu przyjechałem o 23:45.
Generalnie na rowerze spędziłem 16h i 45 minut (licząc czas samej jazdy bez przerw), co daje średnie tempo powyżej 24 km/h. Mimo temperatury w okolicy 20 stopni wypiłem przynajmniej 14 litrów płynów i zjadłem…mnóstwo bloku czekoladowego :)
Przejechałem 401 km, co pozwoliło mi zapomnieć o małej porażce sprzed 2 lat. Wiktor (mój rower) dał radę, chociaż wielu wróżyło mu rychły koniec na trasie :D Myślę, że to jeszcze nie jest koniec. Cały czas po głowie chodzi mi kolejne wyzwanie, ale o tym już kiedy indziej.
Co robiłem w lipcu po „maratonie rowerowym”? Próbowałem biegać, na ile pozwalały mi achillesy i kolana, które trochę pobolewały po jeździe. W większości były to 5-10 kilometrowe rozbiegania w spokojnym tempie, ewentualnie z szybszą końcówką. Takie dla podtrzymania formy. W sierpniu dwa tygodnie nie mogłem trenować, gdyż byłem poza domem, ale powoli wracam do aktywności fizycznej. W tym tygodniu wybrałem się dwa razy na rower, a dziś zaliczyłem dziesięciokilometrowe rozbieganie. Czy to początek konkretnego planu? Jeszcze nie wiem, zobaczymy jak będą postępować treningi i czy zdrowie dopisze :) Jestem „głodny”, chcę walczyć dalej :)

Czas podsumowań

Piszę tę wiadomość dopiero dwa dni po zawodach, bo chciałem na spokojnie przeanalizować to, co wydarzyło się 1 maja. Oficjalne statystyki podają, że uzyskałem czas 1:27:05 (niektóre podają czas netto o 3 sekundy lepszy). Nie jest to rezultat, który mnie satysfakcjonuje. Na pewno liczyłem na więcej i myślę też, że na więcej byłem przygotowany. Cały start był dla mnie dość pechowy. Po raz pierwszy na zawodach rozwiązała mi się sznurówka (zawsze zawiązuję dwie kokardy). Stało się to między 8 a 9 kilometrem. Oczywiście musiałem się zatrzymać, schylić i ją porządnie zawiązać, przez co straciłem koło 10 sekund, nie licząc wybicia z rytmu, no i efektu „sztywnych nóg” przez kilkaset metrów. Sporym minusem była też dla mnie pogoda. Może nie było strasznie gorąco, bo podobno 15-16 stopni, ale bezchmurne niebo powodowało, że temperatura w słońcu prawdopodobnie mogła dochodzić nawet do 25-30 stopni. Dla mnie jest to jednoznaczne ze sporym odwodnieniem, które rzeczywiście odnotowałem w domu na wadze, mimo wypicia przynajmniej 2-3 litrów od zakończenia biegu. Praktycznie przez cały kwiecień było pochmurno, chłodno, temperatura nawet rzadko przekraczała 10 stopni – dla mnie były to idealne warunki do biegania. Szkoda, że nie utrzymały się one dzień albo dwa dłużej…Na trasie nie mogłem zbyt wiele pić, bo po obu bokach czułem ból, coś, co zdarzało mi się na treningach. Tym razem problem pojawił się na 12. kilometrze i praktycznie do samej mety nie ustąpił. Odwodnienie zrobiło swoje i na 18. kilometrze, to już była walka z samym sobą i odliczanie w głowie minut do zakończenia biegu. 100 metrów przed metą, kiedy już wokół stało pełno ludzi, zacząłem się zastanawiać, czy zwymiotuję przed linią mety, czy za :) Na szczęście obyło się bez rewelacji, chociaż przekraczając linię mety padłem jak długi i drugi raz z rzędu moją osobą zainteresowali się ratownicy medyczni, którzy podbiegli do mnie z wodą i aparaturą do pomiaru tętna i chyba jakichś jeszcze innych parametrów :)
Bardzo żałuję, że się nie udało, bo generalnie nogi dobrze współpracowały. Od 4 kilometra do samej mety wyprzedziłem koło 20 osób. Najbardziej spektakularna akcja była na podbiegu przy wiadukcie autostradowym, kiedy na 200 metrach pewnie udało mi się wyprzedzić 3 albo 4 rywali. To był 15. kilometr, a ja czułem się jeszcze wtedy bardzo dobrze. Druga kwestia. Puls. Przez 3/4 wyścigu wahał się między 165 a 167, czyli był bardzo dobry! Kluczowym momentem mogła okazać się ta rozwiązana sznurówka…bo w momencie kiedy mi się ona rozwiązała, dołączyłem już praktycznie do czteroosobowej grupki, która biegła w przyzwoitym tempie. Gdybym się nie musiał zatrzymywać, to pewnie mógłbym ich złapać i pobiec wspólnie, co zważywszy na wiatr, mogłoby pozwolić na oszczędzenie sił, a tak niestety musiałem praktycznie całą drogę biec sam. W każdym razie tak całkiem sam nie byłem, bo od 4. kilometra towarzyszył mi kolega, który do samej mety podawał napój izotoniczny, za co mu serdecznie oczywiście dziękuję..chociaż pewnie tego nie przeczyta :)
Samą strategię biegu oceniam na dobrą. Zacząłem bez szaleństw – 4:06/km, czyli mniej więcej tak jak chciałem. Potem po drugim kilometrze przyspieszyłem. Po drodze było kilka fajnych odcinków. Szkoda tylko, że wyszło tak jak wyszło. Walczyłem jak mogłem i zrobiłem co się dało. Być może gdyby nie ten problem z udem na początku kwietnia sytuacja też wyglądałaby inaczej. Gdybać można w nieskończoność, ale teraz nie ma to już wielkiego znaczenia. Jakieś pół godziny temu wpadł mi do głowy pewien pomysł, aby spróbować przebiec taki nieoficjalny półmaraton w lesie…w najbliższą sobotę, bo później wyjeżdżam na trochę służbowo i nie będę mógł zbytnio trenować. W każdym razie ostatnie dwa dni spędziłem na rowerze. Wczoraj i dziś zrobiłem identyczną pętlę, liczącą 32 kilometry. Zobaczymy co dalej. Ciągnie mnie do roweru i przyznam, że mam pewne plany na najbliższe dwa-trzy miesiące, ale nie chcę na razie o tym pisać. W każdym razie się nie poddaję i walczę dalej :)

Ready, steady, go!

To już jutro. Kolejny dzień prawdy i czas weryfikacji moich planów i przygotowań. Czuję się całkiem nieźle, chociaż odczuwam pewien stres i niepokój. W końcu poświęciłem sporo czasu, aby „wrócić”. Mam nadzieję, że cztery miesiące ciężkiej pracy nie pójdą na marne i uda mi się spełnić założenia. Życie i poprzednie starty nauczyły mnie jednak, że najważniejsze jest zdrowie, bo gdy ono zawiedzie, to automatycznie wszystko inne się psuje :) Liczę wobec tego, że na mecie jutrzejszego półmaratonu będę zmęczony, ale zdrowy i w pełni sprawny :)
Dziś 30 kwietnia. Dzień dla mnie szczególny. 10 lat temu po raz pierwszy próbowałem przebiec maraton, tak nieoficjalnie. Skończyło się dramatycznie, ogromnym odwodnieniem, ale mimo wszystko od tamtej pory pewne rzeczy się zmieniły. Można by to nazwać „new beginning”. Dziś jednak pora skupić się na teraźniejszości i podsumować mijający tydzień oraz cały miesiąc :)
W ostatnich dniach musiałem dokonać pewnych roszad, ze względu na to, że start jest na początku tygodnia, a nie w weekend. W związku z tym w poniedziałek zrobiłem długie, dziewiętnastokilometrowe rozbieganie. Czułem się bardzo dobrze, chociaż kilka ostatnich kilometrów biegłem praktycznie po ciemku w lesie, więc musiałem dość mocno uważać. Dzień później zrobiłem dziesięć kilometrów w spokojnym tempie, dorzucając do tego sześć powtórzeń sprintem pod górkę. Trening bez historii.
W środę czułem się trochę kiepsko, ale o dziwo trening wyszedł całkiem OK, bez większych problemów. Rozpocząłem pięciokilometrowym rozbieganiem, po którym przyszła pora na trzy odcinki po 1600 metrów, które biegałem w tempie zawodów na 10 kilometrów i trzyminutowych przerwach w truchcie między nimi. Ostatni odcinek pobiegłem w tempie około 3:46/km. Na koniec dorzuciłem 5 kilometrów schłodzenia. Był to ostatni mocny trening przed półmaratonem.
W czwartek zrobiłem spokojne 10-kilometrowe rozbieganie. Biegło mi się dość ciężko, bo byłem zmęczony i niewyspany. W piątek zrobiłem zgodnie z planem dzień przerwy, natomiast wczoraj przebiegłem tylko 6 kilometrów i dorzuciłem 4 przebieżki po 100 metrów. W sumie, przez cały tydzień, przebiegłem ponad 61 kilometrów. Podsumowując z kolei cały miesiąc, wyszło mi, iż przebiegłem 293 kilometry na 21 treningach. Byłoby pewnie trochę więcej, gdyby nie problemy z mięśniem uda lewej nogi, przez który straciłem kilka dni i musiałem zmniejszyć kilometraż.
No nic, pora zostawić statystyki. Dzisiejszy dzień to w zasadzie już tylko odpoczynek i przygotowanie „mentalne” do startu. Trzeba nastawić się na „cierpienie” i walkę do samego końca. Liczę na chłodną, pochmurną i bezwietrzną pogodę :) Prognozy przewidują w momencie startu około 11-12 stopni, więc tragedii raczej nie będzie. Jedynym problem przy takiej pogodzie jest dylemat: „biec w bezrękawniku, czy jednak wziąć krótki rękaw” :)
Mimo wszystko jedno się nigdy nie zmienia: „no retreat, no surrender!” :)

Ostatnie szlify…

Dzień startu zbliża się nieubłaganie. Emocje towarzyszące temu wydarzeniu rosną z każdym dniem. Z jednej strony jest stres czy dam radę spełnić swoje założenia, z drugiej oczekiwanie, kiedy w końcu będę mógł stanąć na starcie zawodów i powalczyć :) Przez rok czasu nie miałem w końcu takiej możliwości. Nadchodzi więc chwila prawdy! :)
Cóż, za mną już przedostatni tydzień przygotowań. W zasadzie ostatni taki „konkretny”, z dość sporym kilometrażem. W poniedziałek oczywiście zrobiłem sobie dzień przerwy po niedzielnym sprawdzianie. Jak zwykle zrobiłem tylko swój zestaw ćwiczeń wieczorem.
We wtorek miałem kolejne mocne uderzenie. 21 kilometrów z 20-minutową, mocną końcówką. Na szczęście czułem się dobrze i bez problemu udało mi się zarówno przebiec cały dystans, jak i przyspieszyć do tempa 4:00/km w końcówce. Muszę przyznać, że tego typu treningi lubię najbardziej i biegnąc pierwsze kilometry, nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł pobiec nieco żwawiej :) Jest to świetny trening, który pozwala organizmowi przyzwyczaić się, że w końcówce trzeba jeszcze przyspieszać, a nie zwalniać. Pisałem o tym wielokrotnie i nadal będę to podkreślał, że „negative split”, to jedyne rozsądne rozwiązanie na dystansach od półmaratonu w górę! Każdy może w ten sposób biegać, tylko trzeba się tego nauczyć :)
W środę miałem niesamowity dylemat. Czułem się kiepsko, tak jakbym za chwilę miał się rozłożyć. Rano bolało mnie gardło, miałem dreszcze itp. Nie wiedziałem co robić. Iść pobiegać czy odpuścić. Ostatecznie, mimo niezbyt dobrej pogody postanowiłem, że pójdę pobiegać wieczorem. Ubrałem się jednak za cienko do warunków. O ile w lesie było jeszcze w miarę ok, o tyle po wyjściu z lasu na podbiegi czułem się, jakbym w środku zimy wyszedł w samej bluzce. Wiatr był niesamowicie przeszywający. O ile na termometrze było koło 5 stopni, to odczuwalna temperatura była pewnie na poziomie -10…brr, solidnie zmarzłem. W każdym razie ciepły prysznic, gorąca herbata…propolis, amol i inne domowe specyfiki jakoś postawiły mnie na nogi :)
W czwartek miałem jeden z trudniejszych treningów w całym planie. Długie, dwukilometrowe „interwały” w tempie biegu na 10 kilometrów, na trzyminutowych przerwach w truchcie. Tego dnia na szczęście czułem się dość dobrze i udało mi się w końcu odpowiednio ubrać :) Trening do łatwych nie należał, ale jakoś sobie poradziłem. Poszczególne dwukilometrówki pokonałem w czasie: 7:46 (tempo 3:53/km), 7:45 (3:53/km), 7:43 (3:52/km), 7:41 (3:51/km) i 7:38 (3:49/km). Nie wiem dlaczego, ale najtrudniejszy dla mnie był trzeci odcinek. Musiałem się naprawdę nieźle zmobilizować, żeby utrzymać tempo. Generalnie trening oceniam bardzo pozytywnie. Kawał solidnej roboty – mam nadzieję, że zaprocentuje :) W sumie tego dnia przebiegłem 18 kilometrów, razem z rozgrzewką i ze schłodzeniem.
W piątek wybrałem się na szesnastokilometrowe rozbieganie z kolegą. Po drodze spotkaliśmy kolejnego kolegę, więc przez jakiś czas biegliśmy we trójkę. Puls tego dnia miałem stosunkowo wysoki, ale biegło mi się całkiem nieźle. W każdym razie w sobotę zrobiłem sobie wolne od biegania, zwłaszcza, że w nocy dość krótko spałem. Wieczorem dorzuciłem tylko zestaw ćwiczeń.
Dziś z kolei miałem przedostatni mocny trening przed startem. Po trzech kilometrach rozgrzewki czekały na mnie dwa piętnastominutowe odcinki, które miałem przebiec w tempie półmaratonu. Pomiędzy nimi była tylko minuta przerwy. Muszę przyznać, że dość ciężko mi się biegło. Puls od samego początku miałem wyższy niż zwykle. Do tego w połowie drugiego odcinka znów pojawiło się jakieś kłucie w boku. Ostatnio ten problem pojawia się zbyt często. Nie wiem czy to kwestia ćwiczeń na brzuch, czy złego odżywiania przed biegiem. Może w grę wchodzi też złe oddychanie. W każdym razie po raz kolejny, najlepiej spisały się „nogi”….dawniej bywało odwrotnie :)
Podsumowując, w tym tygodniu przebiegłem 79 kilometrów w trakcie 5 jednostek treningowych. Przede mną kilka ostatnich treningów i w zasadzie ostatni mocniejszy akcent, który zaplanowałem na środę. Chyba pora powoli zacząć „ładować” węglowodany i porządnie się wysypiać :) To będzie na pewno podstawą dobrego startu.

Święta, święta…i treningi

W święta nie wypada zbyt wiele czasu spędzać na „pracy”, ale czasami trzeba swoje zrobić, bez względu na okres roku :) Generalnie jest ODPUKAĆ dobrze. Rehabilitacja pomaga i w czasie biegu nie czuję bólu ;) Jutro podejmę decyzję czy jeszcze korzystać z prywatnych zabiegów na lewe udo. Obrzęk raczej musiał się albo znacząco zmniejszyć, albo zniknąć, bo nie czuję żadnego ucisku.
Tak czy siak tydzień, który minął, był dla mnie dosyć trudny. W poniedziałek zrobiłem sobie dzień przerwy, nawet nie ćwiczyłem, żeby odpowiednio wypocząć przed pierwszym wyzwaniem, bo we wtorek miałem najdłuższy trening w całym planie – 24 kilometry z męczącą, piętnastominutową końcówką. Trochę się obawiałem czy nie przesadzę, ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze i bez większych problemów ukończyłem trening. W końcówce przyspieszyłem do tempa 4:00-4:10/km. Nie powiem, żeby biegło mi się komfortowo, ale też nie mam co narzekać.
W środę postanowiłem zaryzykować i po 10 kilometrach rozbiegania wybrałem się na krótkie podbiegi sprintem pod górkę. Profilaktycznie jednak z 10 powtórzeń zszedłem na 8. Stwierdziłem, że nie ma co kusić losu, zwłaszcza, że przy ostatnim powtórzeniu „coś” poczułem.
Czwartkowy trening, mimo że stosunkowo krótki, okazał się dla mnie trudny. W planach po trzykilometrowym rozbieganiu miałem zrobić pięć kilometrowych interwałów w tempie zawodów na 5 kilometrów (na 90-sekundowych przerwach). Na starcie założyłem, iż będzie to tempo między 3:40 a 3:45 i w zasadzie wszystkie kilometry w tym czasie zrobiłem, ale…biegło mi się ciężko, zwłaszcza ostatnie dwa powtórzenia. Nie ma co się tłumaczyć wiatrem czy dość pofałdowanym terenem. Po prostu nogi nie pracowały aż tak dobrze, jakbym chciał. Problem z wytrzymałością szybkościową u mnie istniał od zawsze. Muszę nad tym elementem jeszcze sporo pracować. W każdym razie na czwartkowym treningu wypróbowałem specjalne słuchawki z zausznikami, które miały zapobiegać wypadaniu tych pierwszych. Na chwilę obecną się sprawdzają, chociaż słychać jakieś dziwne szumy przy szybszym biegu i wietrze.
W piątek w planach miałem dłuższe rozbieganie. Jeszcze przed wyjściem z domu stwierdziłem, że przebiegnę tyle, na ile „pozwoli” mi udo. Po czwartkowym, dość męczącym dla mnie treningu, biegło mi się zadziwiająco lekko. Myślami też byłem skupiony na testowaniu nowego zegarka z pulsometrem (Polar M400), który w ten sam dzień do mnie dotarł. W poprzednim urwał mi się teleskop, co wiązałoby się z dość żmudnym procesem wysłania do serwisu. Gwarancja już dawno minęła, więc prawdopodobnie musiałbym sporo zapłacić, bo w tamtym modelu teleskopy są jakoś połączone z całym spodem zegarka, co pewnie skutkowałoby wymianą całości. Ponadto ten pulsometr od kilku dni przestał mi pokazywać dystans. Stwierdziłem więc, że pora zakończyć z nim współpracę i zdecydować się na nowy. Wybrałem Polar M400, bo wiele osób poleca go jako najlepszy model w swoim, dość niskim jak na zegarki z pulsometrem, przedziale cenowym. Poza standardowymi funkcjami, pozwala on też monitorować całodobową aktywność. Nie wiem na ile to jest miarodajne, ale też z takiej opcji skorzystałem. W każdym razie w piątek przebiegłem w sumie 19 kilometrów. Zrobiłem 10 pętli na mojej trasie. Rozstrzał miałem dość spory, od 1,57 km do 1,68, czyli w zasadzie ani jedna pętla nie została dobrze zmierzona. Tak czy siak, chyba żaden z zegarków z GPSem, nawet te za 1500-2000 zł, dobrze nie odmierzył mojej trasy. Niestety bieganie w lesie to chyba jeszcze za wysokie progi na tą technologię. Generalnie jednak jestem z tego zegarka zadowolony. Nie potrzebuję bajerów. Wystarczy mi kilka podstawowych opcji, a funkcja GPS jest mi bardziej potrzebna w sytuacjach, kiedy nie mogę biegać w lesie, albo startuję w zawodach i muszę trzymać tempo.
W sobotę zrobiłem sobie dzień przerwy, aby odpowiednio odpocząć przed niedzielnym sprawdzianem, który był identyczny, jak ten robiony 2 kwietnia: 5 km rozgrzewki => 10 km w tempie półmaratońskim => 5 km schłodzenia. Rano muszę przyznać, że czułem się średnio. Zjadłem zbyt obfite śniadanie…dwie białe kiełbasy, dość spora porcja jajecznicy i sałatki warzywnej, a do tego dwa kawałki chleba. Trening robiłem po 3 godzinach, więc teoretycznie nie powinno to mieć wielkiego znaczenia, ale jakiś dyskomfort w przewodzie pokarmowym odczuwałem. Po rozgrzewce i krótkiej gimnastyce rozciągającej biegło mi się całkiem dobrze. Pierwszą pętlę przebiegłem w tempie dokładnie 4:00/km. Na drugiej i trzeciej ciutkę zwolniłem, powiedzmy do tempa 4:02-4:03/km, aby na ostatnich trzech okrążeniach znowu przyspieszyć. Tętno praktycznie od połowy dystansu cały czas przekraczało 170, wiec biegłem na ponad 90% możliwości, w trzecim zakresie. Nogi pracowały też ok, chociaż przyznam szczerze, że na najdłuższej prostej było ciężko, bo dość mocno wiało. Prawdziwe problemy pojawiły się jednak na początku ostatniej, szóstej pętli. Zaczęło mnie wtedy strasznie kłuć po bokach. Nie wiedziałem czy to kolka, czy mięśnie skośne brzucha. Udało mi się jakoś dobiec do dziesiątego kilometra i wtedy musiałem się zatrzymać, pochylić i trochę rozmasować bolące miejsca. Po minucie czy dwóch, w bardzo wolnym tempie zrobiłem schłodzenie. Cieszy mnie jednak fakt, że mimo dość mocnego treningu, w ogóle nie czułem żeby moje mięśnie nóg były zmęczone. Oczywiście jakieś osłabienie było, choćby z racji odwodnienia, ale jeżeli chodzi o odczucia były one naprawdę niezłe. Pozostaje mi tylko wierzyć, że za dwa tygodnie uda mi się trafić na dyspozycję dnia i obędzie się bez żadnych niespodziewanych „bolesności” :)
Reasumując, jestem bardzo zadowolony z poprzedniego tygodnia. Przebiegłem 84 kilometry, co, biorąc pod uwagę wcześniejszy problem mięśniowy muszę uznać za swego rodzaju sukces. Przede mną jeszcze jeden dość trudny tydzień. Zwłaszcza trening, który mam zaplanowany na czwartek (5 x 2 kilometry w tempie biegu na 10 km). Po nim będzie już tylko z górki :) Oby… :)

Blady strach

Kończąc zeszłotygodniowy post wspominałem o błędach…niestety chyba takowy ostatnio popełniłem, biegając osiem dni z rzędu…
Tydzień w każdym razie rozpoczął się dobrze. W poniedziałek czułem się ok, więc postanowiłem zrealizować swój plan i wyszedłem na trening. Przebiegłem 12 kilometrów w spokojnym tempie, a po powrocie do domu dorzuciłem do tego zestaw ćwiczeń, który zwykle w ten dzień tygodnia wykonuję. Nic nie zwiastowało problemów…
We wtorek po pracy, mając ograniczoną ilość czasu, szybko wskoczyłem w strój biegowy i wyszedłem na trening. Czułem się dość dobrze, nic mnie nie bolało. Dopiero po jakichś 6-7 kilometrach zacząłem odczuwać ból z tyłu w lewym udzie. Na końcu pętli postanowiłem się na chwilę zatrzymać i spróbować go w jakimś tam stopniu rozmasować. Moje zabiegi pomogły…niestety na krótko. Po niespełna kilometrze ból powrócił i był chyba jeszcze intensywniejszy. Przestraszyłem się nie na żarty, bo wiedziałem, że coś nie gra i nie jest to chwilowy problem. Biegając w sumie kilkanaście lat i mając za sobą kilka poważniejszych urazów, wiem, kiedy ból jest do rozbiegania, a kiedy zwiastuje coś poważniejszego. Niestety tym razem wiedziałem, że walka na trasie jest daremna, bo mogę tylko pogorszyć sprawę. Ostatecznie więc po 12 kilometrach wróciłem do domu. Przez cały czas później odczuwałem wyraźny dyskomfort w trakcie chodzenia czy nawet siedzenia na krześle.
W środę zrobiłem sobie dzień wolny, licząc, że może coś się zmieni na lepsze. W czwartek rano wiedziałem jednak, że wizyta u ortopedy będzie nieunikniona. Postanowiłem jednak, że wyjdę na chwilę pobiegać. Niestety ból bardzo szybko powrócił i po pięciu kilometrach wróciłem do domu.
Jadąc do ortopedy miałem złe przeczucia. Byłem szczerze mówiąc podłamany faktem, że trzy miesiące mojej ciężkiej pracy może pójść „na marne”. Siedziałem jak na szpilkach w oczekiwaniu na swoją kolej. Reakcja Pana doktora była bezcenna…Przypomniał sobie mój uraz z maja zeszłego roku i pewnie wszystkie poprzednie kontuzje na przestrzeni kilku lat. Jako osoba stosunkowo młoda mam „kartę” wypełnioną pewnie bardziej, niż niejeden siedziemdziesięciolatek :) W każdym razie po dokładnym zbadaniu ruchomości i bolesności mięśnia, lekarz zrobił mi USG. Okazało się, że mięsień nie jest naderwany (czego się najbardziej obawiałem!), ale występuje spory obrzęk, który jest zlokalizowany dość głęboko. Szczerze mówiąc odetchnąłem z ulgą, bo czekałem na wyrok. Na szczęście struktura mięśnia została zachowana. W przeciwnym razie o jakimkolwiek bieganiu przez najbliższe kilka tygodni mógłbym zapomnieć, nie wspominając o starcie w półmaratonie.
Summa summarum dostałem skierowanie na rehabilitację – krioterapię i pole magnetyczne oraz przykazanie, aby przynajmniej przez dwa dni odpuścić bieganie. Posłuchałem tej rady oczywiście i dopiero dziś, w niedzielę, wybrałem się na spokojne, dziesięciokilometrowe rozbieganie. Generalnie biegało mi się całkiem dobrze. O dziwo bardziej bolała mnie prawa noga: udo, kolano, stopa – w takiej kolejności, ale to oczywiście inny ból i raczej nic poważnego. Raczej to kwestia nowych butów.
Jutro na pewno zrobię sobie dzień przerwy….a co zrobię później, to jeszcze nie wiem. W planie mam 24 kilometry z mocniejszą końcówką we wtorek. Czy ja jestem w stanie coś takiego teraz pobiec? Czy znowu nie przesadzę? Jak wytrzyma to noga? W głowie mam mnóstwo pytań. Z jednej strony zdrowie jest bardzo ważne, ale z drugiej, jeżeli chcę powalczyć w półmaratonie o jakiś przyzwoity dla mnie wynik, to nie mogę biegać sobie po 10 kilometrów co dwa dni, bo nic z tego nie będzie…Sytuacja patowa. Prawdopodobnie ostateczną decyzję podejmę we wtorek, już na trasie. Co ciekawe właśnie we wtorek rozpoczynam rehabilitację na naderwany mięsień prawego uda, na którą czekałem prawie rok…W związku z tym, będę miał dwie rehabilitacje. Jedna prywatnie, na lewe udo, gdzie ważne jest schładzanie, a z kolei druga, z funduszu, na prawe udo, gdzie z kolei mięsień będzie nagrzewany. Normalnie parodia :)
Czekam jak na szpilkach na rozwój wypadków…oby się udało to jakoś wszystko pogodzić :)

Miesiąc do startu

W tym tygodniu działo się bardzo wiele, począwszy od wahań pogodowych, poprzez niemiłą niespodziankę w sobotę. Generalnie jednak muszę przyznać, że po raz pierwszy od końca lutego udało mi się zrobić 6 treningów biegowych w tygodniu…co przełożyło się w sumie na 99 kilometrów :)
Po niedzielnym sprawdzianie przyszła pora na spokojny poniedziałek i tradycyjny już zestaw ćwiczeń. Tym razem udało mi się dorzucić do mojej listy kolejny, zapomniany trochę przeze mnie zestaw: „7 min ABS”. Jest on dosyć wymagający, nawet dla osób, które ćwiczą mięśnie brzucha, ale naprawdę warto go wykonywać, bo daje spore efekty. Może niekoniecznie polecam go robić na dzień przed mocnymi treningami…bo wtedy może trochę „boleć”, o czym przekonałem się we wtorek :)
Wtorkowy trening nie wydawał się jakiś specjalnie męczący, ale dał mi trochę w kość. Po sześciu kilometrach rozbiegania miałem w planie 15 x 90 sekund w tempie biegu na 10 kilometrów na 90-sekundowych przerwach w truchcie. W trakcie interwałów starałem się utrzymywać tempo w granicy 3:40-3:50/km. Wyszło całkiem nieźle, ale na sześciokilometrowym schłodzeniu czułem się już zmęczony i….strasznie mnie kłuł brzuch, jakby mi ktoś igły ze wszystkich stron wbijał :) Na szczęście trening udało mi się dokończyć. Zrobiłem tego dnia w sumie 22 kilometry.
W środę jak zwykle rozbieganie (tym razem trzynastokilometrowe), połączone z podbiegami sprintem pod górkę (10 powtórzeń po 10 sekund). Trening bez historii, nogi, podobnie jak reszta, pracowały bardzo dobrze. Czwartek to kolejna porcja interwałów. Tym razem trzyminutowych. Rozpocząłem tradycyjnie od rozbiegania (3 kilometry) i potem realizowałem już trening właściwy (8 x 3 minuty w tempie biegu na 10 kilometrów z dwuminutowymi przerwami w truchcie). Nogi miałem dość ociężałe, ale koniec końców trening udało mi się zrobić bez większych problemów. Na koniec przebiegłem jeszcze trzy kilometry na schłodzenie….i co było później? To samo co zawsze, czyli czwartkowy, wieczorny ból gardła i spora dawka propolisu na noc. Nie wiem czy to już uzależnienie, fatum, zmęczenie tygodniem, czy też podświadomy strach przed chorobą, ale piąty tydzień z rzędu z podobnym samopoczuciem wskazuje, że chyba czwartek nie zostanie moim ulubionym dniem tygodnia :) Fakt, pracuję w miejscu, gdzie zarazków jest od groma, więc po czterech dniach człowiek nazbiera tych drobnoustrojów wystarczająco dużo, żeby przy dosyć męczącym trybie życia narazić się na wszelkiego rodzaju przeziębienia. W każdym razie w piątek na szczęście było już lepiej. Z rana trochę bolało mnie gardło, ale jak wróciłem do domu, to od razu poczułem się lepiej i postanowiłem pójść na trening. Zrobiłem 19 kilometrów w spokojnym tempie.
W sobotę była piękna pogoda i zrobiłem to, co od dłuższego czasu chciałem zrobić, czyli wybrałem się rowerem, aby dokładnie obmierzyć swoją pętlę biegową. Intuicja podpowiadała mi, że coś jest nie tak i niestety moje przypuszczenia się potwierdziły. Okazało się, że pętla nie ma 1,75 km, jak to zmierzył kiedyś mój znajomy na rowerze, ale 1,71. W związku z tym pętla jest w rzeczywistości o 40 metrów krótsza, co się oczywiście przekłada na tempa. W sumie trasę tę weryfikowałem aż pięć razy, na dwóch licznikach rowerowych i we wszystkich przypadkach wychodziło między 1,70 a 1,71 km…Raczej wątpliwe, żeby obydwa liczniki były źle ustawione, więc dokonałem zmian w punktach orientacyjnych na pętli. Największe przesunięcie było na kilometrze, bo to tam właśnie wychodziła różnica 40 metrów, czyli około 10 sekund przy tempie 4 min/km…Pod wieczór w sobotę wybrałem się jeszcze na krótkie, dziesięciokilometrowe rozbieganie. W domu dorzuciłem do tego zestaw ćwiczeń, taki typowo „poniedziałkowy”.
Dziś z kolei czekała na mnie chwila prawdy, czyli 10 kilometrów w tempie półmaratonu. Rozpocząłem od 5 kilometrów rozbiegania i krótkiej gimnastyki dynamicznej. Czułem się szczerze mówiąc średnio, nie tylko fizycznie, ale też psychicznie, rozpatrując jeszcze sobotnie przeliczenia. Już sam początek zwiastował, że nie będzie łatwo. Nie wiem czy błędem nie był wczorajszy trening połączony z ćwiczeniami, może lepiej trzeba było postawić na regenerację? W każdym razie pierwsze trzy pętle pokonałem w tempie 4:04 (według nowych przeliczeń). Na czwartej przyspieszyłem do 4:00/km. Prędkość tą utrzymałem też na piątym okrążeniu. Na ostatnim, szóstym kółku dałem z siebie naprawdę sporo. Tętno przekroczyło 170 uderzeń na minutę. Na kilometrze kontrolnym zanotowałem czas 3:57. Podsumowując całe dziesięć kilometrów sprawdzianu, uzyskałem tempo średnie w granicy 4:02-4:03/km, co zważywszy na pogodę, zmęczenie i nowe przeliczniki oceniam całkiem pozytywnie. Trochę przeraża mnie zwłaszcza pierwszy aspekt. Przed wyjściem z domu specjalnie się zważyłem. Po powrocie okazało się, że straciłem 3,5 litra wody, co przy 20 kilometrach w 20 stopniach jest wynikiem dość niepokojącym. 3,5 litra to dla mnie około 5%, a już przy 1-2% odwodnieniu człowiekowi spada wydolność. Mam nadzieję, że 1 maja będzie chłodno, najlepiej koło 10 stopni, bo w takich warunkach biega mi się najlepiej.
Na koniec wypada także podsumować marzec, z którego jestem generalnie zadowolony, bo udało mi się przebiec w sumie prawie 360 kilometrów i zrealizować wszystkie najważniejsze jednostki treningowe. Najbliższy tydzień zapowiada się dość spokojnie w porównaniu do poprzednich, więc postaram się potruchtać także jutro, zobaczymy jednak jak zniesie to mój organizm, bo trenowałem sześć dni z rzędu :) Najważniejsze to w tym momencie przestać rozpamiętywać prędkości i dystanse, a skupić się na pracy, bo przede mną najtrudniejszy okres, w którym nie mogę popełnić błędów :)

Wiosna nadchodzi

Bardzo lubię ten okres roku. Nie ma już śniegu, robi się cieplej (ale nie jest gorąco), dni stają się coraz dłuższe, a przyroda budzi się do życia :) W takich okolicznościach biega się wspaniale :)
Ten tydzień był dla mnie dosyć ciężki, ze względu na ogrom obowiązków i małą ilość snu. W poniedziałek jak zwykle zrobiłem swój zestaw ćwiczeń (gimnastyka siłowa, 8 min ABS, ćwiczenia z hantlami i 10 min z Mel B). Posiedziałem w ten dzień trochę dłużej niż zwykle i od razu odbiło się to na wtorkowym treningu. Niby nie było źle, ale wracając z treningu czułem się dość mocno zmęczony. Zrobiłem w sumie 21 kilometrów, z czego ostatnie 5 w tempie około 4 min/km.
O wtorku chciałbym zapomnieć jak najszybciej. Już od rana czułem się fatalnie. Bez przerwy ziewałem, chciało mi się spać, czułem osłabienie. Wydawało mi się, że jakoś te 10 kilometrów wykręcę. Jeżeli chodzi o nogi to nie było źle, ale sam organizm sugerował, że nie jest w pełni sił, bo tempo było 20-30 sekund wolniejsze, niż zazwyczaj. Najpierw pojawił się ból brzucha, a później ból w piersiach. Trochę mnie to zastanowiło, ale zdecydowałem, że dokończę trening i zrobię osiem zaplanowanych sprintów pod górę. Kończąc trening czułem naprawdę sporą ulgę. Niestety takie treningi też się zdarzają. Po raz kolejny przekonałem się, ile znaczy odpowiednia regeneracja, zwłaszcza u osób, które nie mają takich możliwości regeneracyjnych jak profesjonalni sportowcy.
W czwartek znowu musiałem zostać dłużej w pracy. W zasadzie od 8 do 18 byłem zajęty. Trening więc przyszło mi robić po ciemku, po asfalcie. Przed wyjściem zjadłem dwa banany i ruszyłem na pięciokilometrowe rozbieganie, po którym czekało mnie sześć dwuminutowych podbiegów w dość żwawym tempie. W poniedziałek zrobiłem rozpoznanie, gdzie najlepiej byłoby je wykonać. Niestety górka, na której robię minutówki i podbiegi sprintem okazała się zbyt krótka, w związku z czym „przeprosiłem się” z najbardziej stromym chyba podbiegiem w okolicy. Jest on dość trudny ze względu na nawierzchnię, która jest dosyć dziurawa i miejscami przechodzi w bruk. Zaletą tej górki jest jednak jej długość, gdyż ma około 550 metrów i dość spore w niektórych momentach nachylenie, więc można tam zrobić naprawdę konkretny trening. Jeżeli chodzi o moje czwartkowe podbiegi, to starałem się zbytnio nie szarżować. Biegłem w tempie około 4:20/km, starając się skupiać na technice. W ciągu tych dwóch minut przebiegałem 450-460 metrów. Na ostatnim podbiegu dość mocno przyspieszyłem. Udało mi się przebiec prawie 500 metrów, więc osiągnąłem średnie tempo około 4 min/km. Trochę się zmachałem, ale i tak myślałem, że będzie gorzej. Na koniec zrobiłem pięć kilometrów rozbiegania (łącznie tego dnia wyszło mi 15). Wieczorem, co już jest prawie tradycją w czwartek, czułem jakby mnie łapało przeziębienie. Wziąłem więc trochę witaminy C, dawkę propolisu i wskoczyłem do łóżka.
W piątek rano nie czułem się zbyt dobrze. Pobolewało mnie gardło, miałem lekki katar a termometr wskazał 36,1…byłem osłabiony. Poszedłem do pracy i po powrocie miałem niezły dylemat, bo o dziwo czułem się ciut lepiej, niż rano. Ponownie sprawdziłem temperaturę. Tym razem wyszło 36.5, więc postanowiłem pójść na trening. Stwierdziłem, że nie warto się nastawiać na konkretny kilometraż. Ile będę mógł, tyle zrobię, bez specjalnego spinania się, bo w końcu miało to być zwykłe rozbieganie. Biegło się całkiem znośnie, dlatego uznałem, że zrobię szesnaście kilometrów, tak jak miałem zaplanowane. Wieczorem czekało mnie jeszcze całonocne wyjście do kina, więc bałem się, iż w sobotę obudzę się „rozłożony”. Na szczęście, mimo niespełna dwóch godzin snu (z rana musiałem jechać do Bydgoszczy), czułem się całkiem dobrze. Widocznie druga dawka propolisu po powrocie z kina zrobiła swoje :) W sobotę do domu wróciłem po 19-stej, więc nie miałem wielkiego dylematu co robić. Po prostu postawiłem na odpoczynek przed niedzielnym wyzwaniem.
Dziś spałem chyba jedenaście godzin…organizm widocznie potrzebował regeneracji. Rano zjadłem porządne śniadanie, a przed wyjściem na trening sięgnąłem jeszcze po dość sporego banana. Mimo dziesięciu stopni założyłem krótkie spodenki i jedną bluzę z długim rękawem. Było mi trochę chłodno, ale oczywiście tylko przez kilka minut. Po pięciu kilometrach rozbiegania i kilku minutach gimnastyki dynamicznej ruszyłem na sześciokilometrowy sprawdzian, który miał być w tempie „maksymalnie męczącym”. Pierwszy kilometr zrobiłem w 3:53. Biegło mi się bardzo dobrze, a tętno oscylowało koło 160. Na drugiej pętli trochę przyspieszyłem (do 3:50/km). Czułem się bardzo dobrze, pewnie dzięki tym czwartkowym podbiegom :) Na trzeciej pętli postanowiłem jeszcze podkręcić tempo, a na kontrolnym kilometrze zegar pokazał mi prędkość 3:45/km. Tętno podskoczyło do 170, ale nadal nie biegło się źle. Ostatni kilometr to już „jazda bez trzymanki”. Popuściłem hamulce i dość dużo z siebie dałem, uzyskując czas 3:32/km. Tak szybkiego kilometra w biegu ciągłym nie zrobiłem pewnie od 3 lat :) Reasumując, jestem bardzo zadowolony z dzisiejszej próby. Pobiegłem ją lepiej niż myślałem. Paradoksalnie czasami łatwiej jest zrobić 14 kilometrów, z czego 6 km w tempie „maksymalnie męczącym”, niż zwykłe, dziesięciokilometrowe rozbieganie… :)
Dostałem kolejną nauczkę, że sen to podstawa. Muszę w końcu zacząć nie tylko wyciągać wnioski, ale też zacząć je realizować.
Generalnie tydzień zakończyłem z 76 kilometrami na koncie. Zostało mi ich jeszcze tylko pięć do startu. Jestem na dobrej drodze, oby tak dalej. Od jutra rozpoczynam dwunasty tydzień. Mam nadzieję, że będzie on bardziej równy od poprzedniego i w końcu uda mi się zwiększyć kilometraż.