Podsumowanie tygodnia

Poprzedni tydzień pod względem biegowym był dla mnie rewelacyjny. Bardzo się cieszę, że udało mi się spełnić moje wewnętrzne założenia i przebiec 70 kilometrów w ciągu 7 dni…co nie przytrafiło mi się od prawie roku. Jeszcze kilka lat temu bym w to nie uwierzył, ale cóż, czasami tak bywa, że chcemy coś robić, ale nie zawsze możemy. Wystarczy wspomnieć, że w ostatnim tygodniu przebiegłem tyle samo kilometrów, co przez cały ostatni maj, lipiec, sierpień czy październik…a więcej, niż w czerwcu, kiedy miałem na liczniku tylko 53 kilometry. Mam nadzieję, że teraz już taka sytuacja się nie powtórzy i będę mógł „powrócić na pełen etat” do biegania :)
Poprzedni tydzień rozpocząłem leniwie. Po trzech dniach treningowych zrobiłem sobie przerwę w poniedziałek…Czułem się dość mocno zmęczony. Wieczorem porobiłem tylko trochę ćwiczeń. We wtorek było już znacznie lepiej, dlatego postanowiłem nieco zaszaleć. Przebiegłem w sumie 14 km, w tym było dość sporo BNP. Ostatni odcinek w tempie 4:22/km, nawet dość swobodnie. W środę przebiegłem tyle samo kilometrów, ale już oczywiście wolniej. Trening bez fajerwerków, ale w miarę przyjemny.
W czwartek kolejna przerwa, tym razem zaplanowana ze względu na dość ciężki dzień. Wieczorem ćwiczenia na brzuch, plecy, gimnastyka siłowa, hantle itp. W piątek zacząłem akcje „przebiec maraton w weekend w 3 etapach” (tyle mi brakowało do zamierzonych 70 km w tygodniu). W piątek miałem mało czasu, więc zrobiłem „tylko” 12 km w dość żwawym tempie. Dzień później, w sobotę, przebiegłem 16 kilometrów. Od początku biegło mi się dosyć ciężko (ale nie tragicznie) i dość niespodziewanie w kość dała mi końcówka. W niedzielę ponownie miałem dość napięty kalendarz, więc i tempo było konkretne. Pobiegłem szybciej, niż przypuszczałem, że będę w stanie. Rozpocząłem po 4:40/km, a kończyłem po mniej więcej 4:10/km…Zrobiłem w sumie 14 kilometrów. Biegło mi się bardzo dobrze. Puls był niski, oddech w miarę spokojny. Walczę dalej. Za kilka dni urlop i mam nadzieję, że będę w stanie coś konkretniejszego porobić ;)

Podsumowanie stycznia

Styczeń minął niepostrzeżenie…wydawało się, że nie tak dawno były święta…no cóż, czas płynie nieubłaganie. Ostatni miesiąc pod względem biegowym był dla mnie całkiem przyzwoity w porównaniu do poprzednich. Zrobiłem w sumie 20 treningów, w trakcie których przebiegłem około 239 kilometrów. Oczywiście były to w znacznej mierze zwykłe rozbiegania, ale zawsze lepsze to, niż 70 kilometrów dreptania ;) Wczoraj po raz pierwszy zdecydowałem się na nieco szybszy akcent. Pobiegłem go oczywiście w formie BNP. Zacząłem stosunkowo szybko, bo od tempa 4:45/km, a kończyłem mniej więcej po 4:20/km. Przebiegłem w sumie 14 kilometrów przy bardzo dobrym samopoczuciu i stosunkowo niskim pulsie…aż sam się zdziwiłem :) Dziś za te „szaleństwa” zapłaciłem, bo trochę ciężej mi się biegło, ale i tak dałem radę zrobić 14-kilometrowe rozbieganie, więc nie ma co narzekać ;) Za tydzień rozpoczynam urlop, więc liczę, że przez dwa tygodnie spokojniejszego okresu uda mi się coś konkretnego porobić. Tęsknie za rywalizacją i mocniejszymi akcentami, bo one dają później dużą satysfakcję, no i windują na wyższy poziom, o ile oczywiście są robione z głową. Nie mogę się doczekać już „konkretów” :)

Podsumowanie 2017 roku

Czasu w ostatnim okresie miałem jak na lekarstwo, więc dopiero w ten weekend zrobiłem podsumowanie treningów z poprzedniego roku. Nie był to na pewno rok taki, jaki oczekiwałem że będzie. Miałem nadzieję wrócić do formy z 2014 roku, ale niestety się nie udało, chociaż początek roku był całkiem obiecujący. W ciągu ostatnich 12 miesięcy przebiegłem w sumie około 1902 kilometrów. W porównaniu do lat 2011-2014, gdzie regularnie przekraczałem barierę 3000 kilometrów, niekiedy nawet 3500, wynik ten nie jest satysfakcjonujący. Na taki a nie inny kilometraż wpłynęły oczywiście kontuzje, głównie problemy z achillesami, które ciągnęły się przez kilka miesięcy, uniemożliwiając mi trenowanie na zwiększonych obrotach. Miałem ponadto trochę problemów z udem, przez co też między innymi wystartowałem tylko w dwóch zawodach (no i raz jako zając, ale tego nie liczę). Majowy półmaraton przebiegłem w czasie mniej więcej 1h 27 minut, co było poniżej moich oczekiwań. Zabrakło trochę czasu na ostateczne szlify, no i ta nieszczęsna kontuzja mięśniowa na miesiąc przed też pokrzyżowała mi trochę plany. Po majowych zawodach swoją uwagę skupiłem bardziej na rowerze, dzięki czemu w lipcu udało się wykręcić w ciągu jednego dnia 401 kilometrów. Jest to w zasadzie jedyny „start”, z którego jestem zadowolony. Niestety właśnie w przygotowaniach do niego nabawiłem się kontuzji achillesów, szczególnie jednego. Stąd bardzo skąpy kilometraż na jesieni. O dziwo udało mi się prawie bez żadnych treningów specjalistycznych pobiec pod koniec września „dychę” w równo 41 minut. Byłem z siebie o tyle zadowolony, że potrafiłem powalczyć i wycisnąć z siebie maksa w tamtych okolicznościach. Wiadomo, że czas chciałoby się mieć znacznie lepszy, ale cudów nie mogłem oczekiwać. W każdym razie, na początku września podjąłem decyzję, że moją deską ratunkową może być zrzucenie zbędnych kilogramów. 5 września ważyłem około 95 kg. Do chwili obecnej udało mi się zrzucić 8 kg. Przy masie 87 kg biega się już o wiele lepiej i przyjemniej. Moim celem jest waga w okolicy 82 kg, jak za najlepszych czasów. Wierzę, że wtedy nie będę tak podatny na kontuzje i przede wszystkim będę mógł wrócić na poziom z 2014 roku i z czasem go oczywiście zwiększyć. Nie mogę się poddać, bo to nie w moim stylu, a motywacji mi nadal nie brakuje. Chce się rozwijać i nie patrzę na metrykę, chociaż lat niestety przybywa, a mój staż biegowy wynosi już pewnie około 15 lat :) Czas płynie… :)
Niestety ta witryna z dniem 31 stycznia zostanie zamknięta. Być może założę gdzieś indziej swój dziennik, aby mieć pamiątkę i móc obserwować swoje postępy :)
Ten rok z kolei zacząłem spokojnie. W pierwszym tygodniu stycznia przebiegłem 57 kilometrów, w następnym zaledwie 40, a w mijającym już 64. Na razie biegam same rozbiegania, bo warunki nie są zbyt sprzyjające. Poza tym muszę być odpowiednio przygotowany pod względem siłowym i wytrzymałościowym. Nie ma już miejsca na błędy, a bardzo chciałbym w maju pobić swój rekord w półmaratonie. Głęboko wierzę w to, że tym razem się uda. Mam też noworoczne postanowienie. Będę abstynentem do momentu, gdy uda mi się pobić przynajmniej jeden z moich rekordów życiowych w bieganiu, bądź ten rowerowy ustanowiony w zeszłym roku. Mam więc dodatkową motywację, bo na MŚ w piłce nożnej fajnie byłoby wypić sobie piwo na meczu Reprezentacji Polski :)

2017 rok (1902 km):
styczeń – 181 km
luty – 306 km
marzec – 358 km
kwiecień – 293 km
maj – 70 km
czerwiec – 52 km
lipiec – 70 km
sierpień – 71 km
wrzesień – 144 km
październik – 70 km
listopad – 138 km
grudzień – 149 km

Krok do przodu

Jeszcze tydzień temu w czwartek myślałem, że wszystko sprzysięgło się przeciwko mojemu startowi w sobotnich zawodach. Od początku lipca, aż do końca września, miałem problem praktycznie z każdą częścią moich nóg :) Zaczęło się od achillesów i kolan, które pobolewały mnie trochę po 400 kilometrach na rowerze (w zasadzie lewy achilles czasami nadal się odzywa, a być może jest to miejsce zlokalizowane nieco z jego boku). Poza ścięgnami, na początku września dopadło mnie zapalenie mięśnia uda, o którym pisałem wcześniej. Gdy podleczyłem lewe udo, to z kolei w prawym zacząłem czuć dyskomfort i jakąś dziwną sztywność. No i nadszedł ostatni tydzień przed zawodami.
We wtorek zrobiłem trening BNP. Wyszło całkiem nieźle. Skończyłem w tempie mniej więcej 4:10 /km. Nie czułem specjalnego zmęczenia. No i nastała środa…pojawił się ból gardła i dreszcze…tadam! Na szczęście po raz kolejny propolis i inne naturalne specyfiki pomogły mi wygrać walkę z przeziębieniem. W czwartek jeszcze nie było do końca ok, ale zdecydowałem się pójść na delikatny rozruch przed sobotą. Zrobiłem 5 kilometrów plus 5 przebieżek. Po ostatniej, już na schłodzeniu, poczułem dość nieprzyjemny ból w kolanie. Nawet się zastanawiałem czy ostatnie kilkaset metrów po prostu nie przejść…Nie potrafię opisać nawet, co się wtedy działo w mojej głowie. Jakie myśli krążyły wewnątrz czaszki. W piątek na szczęście poczułem się znacznie lepiej. Kolano praktycznie nie bolało, a i wirusy chyba stwierdziły, że jednak nie wygrają ze mną, dlatego postanowiłem pojechać po pakiet startowy i wystartować w sobotę. Oczywiście na miejscu okazało się, że wrześniowe biegi im. Bronisława Malinowskiego jak zwykle potrafią zaskoczyć :D Będąc od początku wydawania pakietów, otrzymałem koszulkę o rozmiarze „M”, podobno największym dostępnym…Drugim zaskoczeniem był fakt, że otrzymaliśmy koszulki bawełniane, co w zasadzie wyszło z mody jakieś 10 lat temu :) Można było się poczuć jak po otrzymaniu dyskietki do komputera albo kasety VHS do obejrzenia :) Na koniec kolejne zaskoczenie. Do ręki nasypano mi kilka agrafek, dorzucono numer startowy i rolkę do pomiaru czasu (też już w zasadzie „wyszła z mody”). Na moje pytanie czy można dostać jakąś siatkę otrzymałem odpowiedź, że niestety nie ma ;) Tego chyba jeszcze nigdzie nie grali ;)
Kolejna niespodzianka czekała mnie już w sobotę. W regulaminie napisano, że bieg główny rozpoczyna się o 9:45. Dlatego Adrian, po zrobieniu rozgrzewki, skorzystaniu z toalety i uzupełnieniu płynów zaczął się przebierać w strój sportowy około godziny 9:35. Na dworze było w tamtym momencie mniej więcej 9-10 stopni. I nagle słyszę jak spiker mówi: „bieg główny rozpoczyna się o godzinie 10″…nie ukrywam, że trochę mi ciśnienie skoczyło, bo stać ponad 20 minut na bezrękawniku i w krótkich spodenkach, będąc już trochę spoconym, to nie jest dobre rozwiązanie. Musiałem więc z powrotem wskoczyć w strój rozgrzewkowy i jeszcze nieco się dogrzać. Na tym na szczęście mogę skończyć pastwienie się nad organizatorami. Później już było lepiej. Przynajmniej jeżeli chodzi o sam start i trasę.
Czy zakładałem coś przed startem? Nie, raczej nastawiałem się na to, aby dobiec bez żadnej kontuzji do mety…no dobra, wiedziałem, że pobiegnę na tyle, na ile będę w stanie i liczyłem po cichu na złamanie bariery 42 minut…
Wystartowałem dość spokojnie, ale i tak o dziwo, mimo zatoru na początku i stosunkowo wolnego tempa (tak mi się wydawało), pierwszy kilometr przebiegłem w 4:12…Potem kolejne mniej więcej po 4:08-4:09. Byłem pozytywnie zaskoczony, że nawet mimo niekorzystnego wiatru mogę biec dość swobodnie i przesuwać się cały czas do przodu. Na półmetku miałem czas 20:49. Wtedy właśnie pojawiła się lekka kolka, ale mięśniowo i oddechowo wyglądało wszystko całkiem nieźle. Doping dzieci z okolicznych szkół i innych ludzi zgromadzonych wokół trasy dodatkowo motywował mnie do walki i przyspieszenia kroku. Decyzję o podkręceniu tempa podjąłem mniej więcej po 7 kilometrze. Pojawiło się już zmęczenie, ale wiedziałem, że dam radę z siebie jeszcze trochę wycisnąć. Ostatnie 3 kilometry pokonałem w tempie około 4 minut/km (a może nawet ciut szybciej). W końcówce dość sporo osób wyprzedziłem, nawet dwie na ostatniej prostej, dzięki mojej piekielnemu finiszowi, haha. W każdym razie do ostatnich metrów walczyłem, żeby zmieścić się w 41 minutach. Można powiedzieć, że to mi się na styk udało.
Z samego startu jestem zadowolony. Drugą połowę dystansu przebiegłem w 20:11, prawie 40 sekund szybciej niż pierwszą. W dodatku świetnie rozegrałem ten bieg taktycznie. Kiedy powiewało, starałem się schować za kimś, aby nie brać na siebie wiatru. Potrafiłem też skontrolować emocje na początku wyścigu i nie szarpać tempa. Włożyłem w ten bieg dużo sił, bo na mecie trochę mnie „odcięło” po dość mocnym finiszu. W każdym razie za tym tęskniłem, tego mi było trzeba!
Mam teraz motywację do dalszej pracy nad formą i zrzucaniem kilogramów. Coś tam mnie jeszcze lekko pobolewa, ale teraz już będę biegał bez presji, aby nie przedobrzyć. Żaden termin mnie nie goni. Chcę się w chwili obecnej cieszyć samym bieganiem, a z czasem, jak porobię trochę treningu siłowego i się wzmocnię, to będzie lepiej ;)

Kolejny nowy początek…

Najtrudniejszy jest początek…coś o tym wiem, gdyż po raz kolejny muszę stanąć naprzeciw wyzwaniu i trudnościom, z którymi przyjdzie mi się zmierzyć w najbliższych dniach. W związku ze wszystkimi kontuzjami, z którymi borykałem się przez 3 ostatnie lata, podjąłem decyzję o zrzuceniu zbędnego balastu, czyli jakichś 12-13 kg…Myślę, że to one są w dużej mierze odpowiedzialne za wszystkie przestoje w treningach i problemy. Teraz ważę 94-95 kg. Chciałbym zejść przynajmniej do 84, bo wtedy czuję się najlepiej i najlepiej też mi się biega. Na chwilę obecną zrezygnowałem ze słodyczy, fast foodów, keczupu i domowych kolacji. Postaram się też biegać regularnie, ale na razie bardzo ostrożnie.
Jeżeli chodzi o ostatnią kwestię, to miałem niedawno spory dylemat…Dwa tygodnie temu pojawiła się kontuzja lewego uda, a właściwie miejsca, z którym miałem problem w kwietniu (prawdopodobnie chodziło o zapalenie mięśnia). Na szczęście kilka zabiegów rehabilitacyjnych pomogło i na chwilę obecną jestem w stanie jako tako trenować. Moja wątpliwość dotyczyła zawodów, które odbędą się już w sobotę (10 km). Bardzo chciałbym w nich wystąpić, ze względu na sentyment oraz dwuletnią absencję w tych zawodach. Liczę na to, że ten bieg pozwoli mi poczuć smak rywalizacji i dodatkowo zmotywować mnie do ciężkiej pracy, bo takowa mnie na pewno czeka. Minusem jest to, że niestety nie będę potrafił pobiec sobie „ot tak”…wiem, że pobiegnę na maksa, czyli tyle, na ile będzie mnie w tym dniu stać. Mam nadzieję, że organizm to wytrzyma i nie nabawię się żadnego urazu (odpukać).
Jeżeli chodzi o treningi, to w ostatnich dniach trochę pobiegałem. We wtorek zrobiłem dziesięciokilometrowe rozbieganie. W środę 12 km, w tym BNP. Zaczynałem gdzieś po 5:15 a kończyłem w granicach 4:10/km. W piątek wykonałem podobny trening, tylko ciut wolniej. Natomiast niedziela to już spokojne 10 kilometrów, bez napinania się. W sumie przebiegłem więc w zeszłym tygodniu około 44 kilometrów.
Ile dam radę z tego nabiegać? Nie wiem…Nie nastawiam się na żaden czas. Po prostu postaram się pobiec z głową…łatwo mówić teraz..na starcie pewnie będą emocje i obudzi się we mnie chęć rywalizacji. Oby tylko zdrowie dopisało…

Wspomnień czar, czyli jak „Wiktor” dał radę…

Długo zbierałem się, żeby napisać niniejszą relację…Ostatni post pojawił się na moim blogu w maju, po półmaratonie. Wtedy właśnie podjąłem decyzję, że w lipcu postaram się wrócić po dwóch latach przerwy do mojego celu rowerowego, czyli przejechania 400 kilometrów w jeden dzień. Treningi biegowe ograniczyłem w zasadzie do minimum, wychodząc potruchtać raz czy dwa razy w tygodniu. Skupiłem się głównie na wykręcaniu kilometrów i budowaniu wytrzymałości na rowerze. Przejechałem znacznie więcej, niż w analogicznym okresie sprzed dwóch lat, mimo tego, że w maju mnie prawie dwa tygodnie nie było i treningi rowerowe rozpocząłem w trzeciej dekadzie miesiąca. Po drodze trafił się nawet jeden ponad dwustukilometrowy trening. Generalnie byłem bardzo zadowolony z przygotowań. Ominęły mnie choroby i poważniejsze urazy. Na pogodę też nie mogłem narzekać.
Postanowiłem, że swoją „próbę” odbędę 1 lipca…no i niestety moje plany pokrzyżowała pogoda, gdyż przez cały dzień mocno wiało i padało. Byłem wobec tego zmuszony przełożyć swoją jazdę na poniedziałek. Prognozy też nie były zbyt optymistyczne, gdyż przewidywały silniejsze powiewy wiatru przez większą część dnia, ale mimo wszystko nie chciałem już więcej kombinować. Dodatkowym minusem mojej jazdy w tygodniu było to, iż nie wszystkie osoby, które zadeklarowały swoją pomoc na sobotę, mogły jechać także w poniedziałek. Już na pierwszym odcinku pojawił się problem, gdyż kolega, który miał mi towarzyszyć na pierwszych stu kilometrach wypadł ze względów zdrowotnych. Cóż…trzeba było walczyć samemu :)
Moją walkę rozpocząłem już o 3:21. W nocy praktycznie nie spałem, wiercąc się i próbując chociaż na chwilę „odpłynąć”. Wcześniej wyposażyłem rower w światła, aby cokolwiek widzieć przy tak wczesnej porze. Po przebudzeniu zjadłem dwie kromki chleba z dżemem i ruszyłem. Mimo samotnej jazdy jechało się bardzo dobrze. Wiatr jeszcze nie zdążył się rozkręcić. Utrzymywałem solidne tempo, które ostatecznie po pierwszej setce przekroczyło 25 km/h…co przy dość górzystym ukształtowaniu terenu można uznać za spory sukces. Na przerwach jadłem głównie blok czekoladowy własnej roboty oraz korzystałem z zapasów płynów, które wziąłem z domu (wcześniej kupiłem koszulki kolarskie z tylnymi kieszonkami). Później wróciłem do domu, przebrałem się …i zjadłem naleśniki. Chciałem przekąsić coś konkretniejszego, niż batony i wafelki :)
Na drugiej pętli towarzyszyły mi aż dwie osoby…na kolarzówkach. Początkowo trudno nam było się zgrać, gdyż pierwszy raz jechaliśmy w takiej konfiguracji. Było widoczne to zwłaszcza na zmianach, gdy często „traciłem koło” przy nagłych przyspieszeniach. Niestety ciężko było mi niwelować nawet kilkumetrowe straty, gdyż zerwał się silny wiatr, który przez pierwsze kilkadziesiąt kilometrów wiał w twarz. To właśnie wtedy pojawił się pierwszy kryzys i myśli „jakim cudem mam w taką pogodę zrobić jeszcze prawie 300 km…”. Na szczęście dotrwałem do nawrotu i wtedy wiatr już nie stanowił problemu, a był nawet sprzymierzeńcem…aż do następnego nawrotu :) Wtedy nastąpiła powtórka z rozrywki…Jechało się ciężko, ale jakoś te kilometry ubywały. Dużym utrudnieniem było to, że moi towarzysze mieli ograniczenia czasowe i nie mogli mi towarzyszyć na całym okrążeniu….i wtedy uśmiechnęło się do mnie szczęście. Powoli zaczęliśmy zbliżać się do kolejnego kolarza, którym okazał się starszy pan, jadący na „małą przejażdżkę”. Dzięki temu, gdy moi współtowarzysze odbili w bok, miałem osłonę przed wiatrem do samego nawrotu :) Na pewno dużo mi to pomogło, bo gdyby nie on, to musiałbym się przez prawie 10 kilometrów zmagać samotnie z czołowym wiatrem…W drugą stronę już oczywiście jechało się o wiele łatwiej i po 205 kilometrach zawróciłem ponownie do domu (o dziwo, mimo kryzysowych chwil udało mi się utrzymać średnią 25 km/h). Szybko się przebrałem, uzupełniłem zapasy i zjadłem makaron z tuńczykiem na obiad.
Trzecią pętlę (identyczną jak pierwsza) pokonywał ze mną kolega z pracy. Początkowo nie jechało się źle, chociaż czułem już w nogach przejechane kilometry. Kryzys pojawił się po kilku podjazdach i kilkunastu kilometrach przy wiejącym w zmiennych kierunkach wietrze. W głowie po raz kolejny rozpoczęło się przeliczanie kilometrów do mety. Dodatkowym utrudnieniem było to, że nie mogłem „stawać na pedałach”. W ten sposób dość często jeżdżę, nie tylko na podjazdach, ale i na prostych odcinkach, aby nieco odciążyć pracujące mięśnie. Niestety w tamtym momencie zacząłem się zastanawiać czy zamiast nóg nie mam przypadkiem betonowych słupów :) Tempo mocno spadło, chwilami jechaliśmy nawet poniżej 20 km/h. Wiatr szalał, a ja miałem w głowie tylko jedną myśl „nie mogę się poddać”. Kiedy dojechaliśmy do „miejsca nawrotowego” na pięćdziesiątym kilometrze poczułem duża ulgę, bo wiedziałem, że połowa pętli już za nami. Wtedy właśnie postanowiłem zaryzykować i kupiłem…coca colę. O dziwo okazało się to strzałem w dziesiątkę i jechało mi się po niej znacznie lepiej, chociaż kryzys jeszcze cały czas był. Trzecia setka była generalnie dużo wolniejsza od poprzednich. Średnia z tego odcinka wyszła zaledwie koło 22 km/h…dojeżdżając jednak do domu wiedziałem, że ostatnie 90 kilometrów przejadę choćby na „jednym kole” :) Trzeci postój w domu przebiegł dokładnie tak samo jak poprzednie. Zmiana ciuchów, ładowanie zapasów i posiłek w postaci racuchów z bananami. Na ostatnią „setkę” miałem jednak dodatkowe wsparcie…samochód! No i kolegę, który nadawał tempo na rowerze. I wtedy zdarzył się „cud”…Jeszcze 5 minut przed wyjazdem gałęzie drzew latały we wszystkich kierunkach. Patrząc na nie, obawiałem się powtórki z drugiej setki, gdyż miałem jechać tą samą trasą…aż tu nagle, wychodzę z domu, wsiadam na rower i cisza. Wiatr praktycznie ustał…I w tym momencie mogę napisać jedno: ODRODZENIE. Jechało mi się świetnie, zmęczenie jakby odeszło, mogłem znowu stawać na pedały. Nie czułem tego, że mam w nogach już ponad 300 kilometrów. Po przejechaniu około 50 kilometrów, kolega, który był po ciężkim dniu i miał w perspektywie pójście do pracy na 6 rano, zmienił się z moją koleżanką, która przez kilkanaście kilometrów bardzo dobrze nadawała tempo. Potem stwierdziła, że nie da rady utrzymać odpowiedniej prędkości i ostatnie trzydzieści kilometrów pokonywałem „samotnie” z oświetlającym mi z tyłu drogę samochodem. Było klimatycznie, bo po drodze na znaku siedziała sowa, słychać było wokół świerszcze. Jechało się oczywiście świetnie, bo sama świadomość osiągnięcia celu dodawała sił. Końcówkę pokonywałem w tempie około 30 km/h…Niespełna dwa kilometry od domu stała policja. Bałem się, że mnie zatrzymają, bo jechałem ulicą, mimo, iż obok była droga rowerowa. Na szczęście panowie byli wyrozumiali i wiedzieli, że w obliczu późnej pory i małego ruchu nie stanowię praktycznie żadnego utrudnienia, ani zagrożenia dla innych. Średnia na ostatniej setce wyszła, podobnie jak na pierwszych dwóch, w okolicach 25 km/h. Do domu przyjechałem o 23:45.
Generalnie na rowerze spędziłem 16h i 45 minut (licząc czas samej jazdy bez przerw), co daje średnie tempo powyżej 24 km/h. Mimo temperatury w okolicy 20 stopni wypiłem przynajmniej 14 litrów płynów i zjadłem…mnóstwo bloku czekoladowego :)
Przejechałem 401 km, co pozwoliło mi zapomnieć o małej porażce sprzed 2 lat. Wiktor (mój rower) dał radę, chociaż wielu wróżyło mu rychły koniec na trasie :D Myślę, że to jeszcze nie jest koniec. Cały czas po głowie chodzi mi kolejne wyzwanie, ale o tym już kiedy indziej.
Co robiłem w lipcu po „maratonie rowerowym”? Próbowałem biegać, na ile pozwalały mi achillesy i kolana, które trochę pobolewały po jeździe. W większości były to 5-10 kilometrowe rozbiegania w spokojnym tempie, ewentualnie z szybszą końcówką. Takie dla podtrzymania formy. W sierpniu dwa tygodnie nie mogłem trenować, gdyż byłem poza domem, ale powoli wracam do aktywności fizycznej. W tym tygodniu wybrałem się dwa razy na rower, a dziś zaliczyłem dziesięciokilometrowe rozbieganie. Czy to początek konkretnego planu? Jeszcze nie wiem, zobaczymy jak będą postępować treningi i czy zdrowie dopisze :) Jestem „głodny”, chcę walczyć dalej :)

Czas podsumowań

Piszę tę wiadomość dopiero dwa dni po zawodach, bo chciałem na spokojnie przeanalizować to, co wydarzyło się 1 maja. Oficjalne statystyki podają, że uzyskałem czas 1:27:05 (niektóre podają czas netto o 3 sekundy lepszy). Nie jest to rezultat, który mnie satysfakcjonuje. Na pewno liczyłem na więcej i myślę też, że na więcej byłem przygotowany. Cały start był dla mnie dość pechowy. Po raz pierwszy na zawodach rozwiązała mi się sznurówka (zawsze zawiązuję dwie kokardy). Stało się to między 8 a 9 kilometrem. Oczywiście musiałem się zatrzymać, schylić i ją porządnie zawiązać, przez co straciłem koło 10 sekund, nie licząc wybicia z rytmu, no i efektu „sztywnych nóg” przez kilkaset metrów. Sporym minusem była też dla mnie pogoda. Może nie było strasznie gorąco, bo podobno 15-16 stopni, ale bezchmurne niebo powodowało, że temperatura w słońcu prawdopodobnie mogła dochodzić nawet do 25-30 stopni. Dla mnie jest to jednoznaczne ze sporym odwodnieniem, które rzeczywiście odnotowałem w domu na wadze, mimo wypicia przynajmniej 2-3 litrów od zakończenia biegu. Praktycznie przez cały kwiecień było pochmurno, chłodno, temperatura nawet rzadko przekraczała 10 stopni – dla mnie były to idealne warunki do biegania. Szkoda, że nie utrzymały się one dzień albo dwa dłużej…Na trasie nie mogłem zbyt wiele pić, bo po obu bokach czułem ból, coś, co zdarzało mi się na treningach. Tym razem problem pojawił się na 12. kilometrze i praktycznie do samej mety nie ustąpił. Odwodnienie zrobiło swoje i na 18. kilometrze, to już była walka z samym sobą i odliczanie w głowie minut do zakończenia biegu. 100 metrów przed metą, kiedy już wokół stało pełno ludzi, zacząłem się zastanawiać, czy zwymiotuję przed linią mety, czy za :) Na szczęście obyło się bez rewelacji, chociaż przekraczając linię mety padłem jak długi i drugi raz z rzędu moją osobą zainteresowali się ratownicy medyczni, którzy podbiegli do mnie z wodą i aparaturą do pomiaru tętna i chyba jakichś jeszcze innych parametrów :)
Bardzo żałuję, że się nie udało, bo generalnie nogi dobrze współpracowały. Od 4 kilometra do samej mety wyprzedziłem koło 20 osób. Najbardziej spektakularna akcja była na podbiegu przy wiadukcie autostradowym, kiedy na 200 metrach pewnie udało mi się wyprzedzić 3 albo 4 rywali. To był 15. kilometr, a ja czułem się jeszcze wtedy bardzo dobrze. Druga kwestia. Puls. Przez 3/4 wyścigu wahał się między 165 a 167, czyli był bardzo dobry! Kluczowym momentem mogła okazać się ta rozwiązana sznurówka…bo w momencie kiedy mi się ona rozwiązała, dołączyłem już praktycznie do czteroosobowej grupki, która biegła w przyzwoitym tempie. Gdybym się nie musiał zatrzymywać, to pewnie mógłbym ich złapać i pobiec wspólnie, co zważywszy na wiatr, mogłoby pozwolić na oszczędzenie sił, a tak niestety musiałem praktycznie całą drogę biec sam. W każdym razie tak całkiem sam nie byłem, bo od 4. kilometra towarzyszył mi kolega, który do samej mety podawał napój izotoniczny, za co mu serdecznie oczywiście dziękuję..chociaż pewnie tego nie przeczyta :)
Samą strategię biegu oceniam na dobrą. Zacząłem bez szaleństw – 4:06/km, czyli mniej więcej tak jak chciałem. Potem po drugim kilometrze przyspieszyłem. Po drodze było kilka fajnych odcinków. Szkoda tylko, że wyszło tak jak wyszło. Walczyłem jak mogłem i zrobiłem co się dało. Być może gdyby nie ten problem z udem na początku kwietnia sytuacja też wyglądałaby inaczej. Gdybać można w nieskończoność, ale teraz nie ma to już wielkiego znaczenia. Jakieś pół godziny temu wpadł mi do głowy pewien pomysł, aby spróbować przebiec taki nieoficjalny półmaraton w lesie…w najbliższą sobotę, bo później wyjeżdżam na trochę służbowo i nie będę mógł zbytnio trenować. W każdym razie ostatnie dwa dni spędziłem na rowerze. Wczoraj i dziś zrobiłem identyczną pętlę, liczącą 32 kilometry. Zobaczymy co dalej. Ciągnie mnie do roweru i przyznam, że mam pewne plany na najbliższe dwa-trzy miesiące, ale nie chcę na razie o tym pisać. W każdym razie się nie poddaję i walczę dalej :)

Ready, steady, go!

To już jutro. Kolejny dzień prawdy i czas weryfikacji moich planów i przygotowań. Czuję się całkiem nieźle, chociaż odczuwam pewien stres i niepokój. W końcu poświęciłem sporo czasu, aby „wrócić”. Mam nadzieję, że cztery miesiące ciężkiej pracy nie pójdą na marne i uda mi się spełnić założenia. Życie i poprzednie starty nauczyły mnie jednak, że najważniejsze jest zdrowie, bo gdy ono zawiedzie, to automatycznie wszystko inne się psuje :) Liczę wobec tego, że na mecie jutrzejszego półmaratonu będę zmęczony, ale zdrowy i w pełni sprawny :)
Dziś 30 kwietnia. Dzień dla mnie szczególny. 10 lat temu po raz pierwszy próbowałem przebiec maraton, tak nieoficjalnie. Skończyło się dramatycznie, ogromnym odwodnieniem, ale mimo wszystko od tamtej pory pewne rzeczy się zmieniły. Można by to nazwać „new beginning”. Dziś jednak pora skupić się na teraźniejszości i podsumować mijający tydzień oraz cały miesiąc :)
W ostatnich dniach musiałem dokonać pewnych roszad, ze względu na to, że start jest na początku tygodnia, a nie w weekend. W związku z tym w poniedziałek zrobiłem długie, dziewiętnastokilometrowe rozbieganie. Czułem się bardzo dobrze, chociaż kilka ostatnich kilometrów biegłem praktycznie po ciemku w lesie, więc musiałem dość mocno uważać. Dzień później zrobiłem dziesięć kilometrów w spokojnym tempie, dorzucając do tego sześć powtórzeń sprintem pod górkę. Trening bez historii.
W środę czułem się trochę kiepsko, ale o dziwo trening wyszedł całkiem OK, bez większych problemów. Rozpocząłem pięciokilometrowym rozbieganiem, po którym przyszła pora na trzy odcinki po 1600 metrów, które biegałem w tempie zawodów na 10 kilometrów i trzyminutowych przerwach w truchcie między nimi. Ostatni odcinek pobiegłem w tempie około 3:46/km. Na koniec dorzuciłem 5 kilometrów schłodzenia. Był to ostatni mocny trening przed półmaratonem.
W czwartek zrobiłem spokojne 10-kilometrowe rozbieganie. Biegło mi się dość ciężko, bo byłem zmęczony i niewyspany. W piątek zrobiłem zgodnie z planem dzień przerwy, natomiast wczoraj przebiegłem tylko 6 kilometrów i dorzuciłem 4 przebieżki po 100 metrów. W sumie, przez cały tydzień, przebiegłem ponad 61 kilometrów. Podsumowując z kolei cały miesiąc, wyszło mi, iż przebiegłem 293 kilometry na 21 treningach. Byłoby pewnie trochę więcej, gdyby nie problemy z mięśniem uda lewej nogi, przez który straciłem kilka dni i musiałem zmniejszyć kilometraż.
No nic, pora zostawić statystyki. Dzisiejszy dzień to w zasadzie już tylko odpoczynek i przygotowanie „mentalne” do startu. Trzeba nastawić się na „cierpienie” i walkę do samego końca. Liczę na chłodną, pochmurną i bezwietrzną pogodę :) Prognozy przewidują w momencie startu około 11-12 stopni, więc tragedii raczej nie będzie. Jedynym problem przy takiej pogodzie jest dylemat: „biec w bezrękawniku, czy jednak wziąć krótki rękaw” :)
Mimo wszystko jedno się nigdy nie zmienia: „no retreat, no surrender!” :)

Ostatnie szlify…

Dzień startu zbliża się nieubłaganie. Emocje towarzyszące temu wydarzeniu rosną z każdym dniem. Z jednej strony jest stres czy dam radę spełnić swoje założenia, z drugiej oczekiwanie, kiedy w końcu będę mógł stanąć na starcie zawodów i powalczyć :) Przez rok czasu nie miałem w końcu takiej możliwości. Nadchodzi więc chwila prawdy! :)
Cóż, za mną już przedostatni tydzień przygotowań. W zasadzie ostatni taki „konkretny”, z dość sporym kilometrażem. W poniedziałek oczywiście zrobiłem sobie dzień przerwy po niedzielnym sprawdzianie. Jak zwykle zrobiłem tylko swój zestaw ćwiczeń wieczorem.
We wtorek miałem kolejne mocne uderzenie. 21 kilometrów z 20-minutową, mocną końcówką. Na szczęście czułem się dobrze i bez problemu udało mi się zarówno przebiec cały dystans, jak i przyspieszyć do tempa 4:00/km w końcówce. Muszę przyznać, że tego typu treningi lubię najbardziej i biegnąc pierwsze kilometry, nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł pobiec nieco żwawiej :) Jest to świetny trening, który pozwala organizmowi przyzwyczaić się, że w końcówce trzeba jeszcze przyspieszać, a nie zwalniać. Pisałem o tym wielokrotnie i nadal będę to podkreślał, że „negative split”, to jedyne rozsądne rozwiązanie na dystansach od półmaratonu w górę! Każdy może w ten sposób biegać, tylko trzeba się tego nauczyć :)
W środę miałem niesamowity dylemat. Czułem się kiepsko, tak jakbym za chwilę miał się rozłożyć. Rano bolało mnie gardło, miałem dreszcze itp. Nie wiedziałem co robić. Iść pobiegać czy odpuścić. Ostatecznie, mimo niezbyt dobrej pogody postanowiłem, że pójdę pobiegać wieczorem. Ubrałem się jednak za cienko do warunków. O ile w lesie było jeszcze w miarę ok, o tyle po wyjściu z lasu na podbiegi czułem się, jakbym w środku zimy wyszedł w samej bluzce. Wiatr był niesamowicie przeszywający. O ile na termometrze było koło 5 stopni, to odczuwalna temperatura była pewnie na poziomie -10…brr, solidnie zmarzłem. W każdym razie ciepły prysznic, gorąca herbata…propolis, amol i inne domowe specyfiki jakoś postawiły mnie na nogi :)
W czwartek miałem jeden z trudniejszych treningów w całym planie. Długie, dwukilometrowe „interwały” w tempie biegu na 10 kilometrów, na trzyminutowych przerwach w truchcie. Tego dnia na szczęście czułem się dość dobrze i udało mi się w końcu odpowiednio ubrać :) Trening do łatwych nie należał, ale jakoś sobie poradziłem. Poszczególne dwukilometrówki pokonałem w czasie: 7:46 (tempo 3:53/km), 7:45 (3:53/km), 7:43 (3:52/km), 7:41 (3:51/km) i 7:38 (3:49/km). Nie wiem dlaczego, ale najtrudniejszy dla mnie był trzeci odcinek. Musiałem się naprawdę nieźle zmobilizować, żeby utrzymać tempo. Generalnie trening oceniam bardzo pozytywnie. Kawał solidnej roboty – mam nadzieję, że zaprocentuje :) W sumie tego dnia przebiegłem 18 kilometrów, razem z rozgrzewką i ze schłodzeniem.
W piątek wybrałem się na szesnastokilometrowe rozbieganie z kolegą. Po drodze spotkaliśmy kolejnego kolegę, więc przez jakiś czas biegliśmy we trójkę. Puls tego dnia miałem stosunkowo wysoki, ale biegło mi się całkiem nieźle. W każdym razie w sobotę zrobiłem sobie wolne od biegania, zwłaszcza, że w nocy dość krótko spałem. Wieczorem dorzuciłem tylko zestaw ćwiczeń.
Dziś z kolei miałem przedostatni mocny trening przed startem. Po trzech kilometrach rozgrzewki czekały na mnie dwa piętnastominutowe odcinki, które miałem przebiec w tempie półmaratonu. Pomiędzy nimi była tylko minuta przerwy. Muszę przyznać, że dość ciężko mi się biegło. Puls od samego początku miałem wyższy niż zwykle. Do tego w połowie drugiego odcinka znów pojawiło się jakieś kłucie w boku. Ostatnio ten problem pojawia się zbyt często. Nie wiem czy to kwestia ćwiczeń na brzuch, czy złego odżywiania przed biegiem. Może w grę wchodzi też złe oddychanie. W każdym razie po raz kolejny, najlepiej spisały się „nogi”….dawniej bywało odwrotnie :)
Podsumowując, w tym tygodniu przebiegłem 79 kilometrów w trakcie 5 jednostek treningowych. Przede mną kilka ostatnich treningów i w zasadzie ostatni mocniejszy akcent, który zaplanowałem na środę. Chyba pora powoli zacząć „ładować” węglowodany i porządnie się wysypiać :) To będzie na pewno podstawą dobrego startu.

Święta, święta…i treningi

W święta nie wypada zbyt wiele czasu spędzać na „pracy”, ale czasami trzeba swoje zrobić, bez względu na okres roku :) Generalnie jest ODPUKAĆ dobrze. Rehabilitacja pomaga i w czasie biegu nie czuję bólu ;) Jutro podejmę decyzję czy jeszcze korzystać z prywatnych zabiegów na lewe udo. Obrzęk raczej musiał się albo znacząco zmniejszyć, albo zniknąć, bo nie czuję żadnego ucisku.
Tak czy siak tydzień, który minął, był dla mnie dosyć trudny. W poniedziałek zrobiłem sobie dzień przerwy, nawet nie ćwiczyłem, żeby odpowiednio wypocząć przed pierwszym wyzwaniem, bo we wtorek miałem najdłuższy trening w całym planie – 24 kilometry z męczącą, piętnastominutową końcówką. Trochę się obawiałem czy nie przesadzę, ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze i bez większych problemów ukończyłem trening. W końcówce przyspieszyłem do tempa 4:00-4:10/km. Nie powiem, żeby biegło mi się komfortowo, ale też nie mam co narzekać.
W środę postanowiłem zaryzykować i po 10 kilometrach rozbiegania wybrałem się na krótkie podbiegi sprintem pod górkę. Profilaktycznie jednak z 10 powtórzeń zszedłem na 8. Stwierdziłem, że nie ma co kusić losu, zwłaszcza, że przy ostatnim powtórzeniu „coś” poczułem.
Czwartkowy trening, mimo że stosunkowo krótki, okazał się dla mnie trudny. W planach po trzykilometrowym rozbieganiu miałem zrobić pięć kilometrowych interwałów w tempie zawodów na 5 kilometrów (na 90-sekundowych przerwach). Na starcie założyłem, iż będzie to tempo między 3:40 a 3:45 i w zasadzie wszystkie kilometry w tym czasie zrobiłem, ale…biegło mi się ciężko, zwłaszcza ostatnie dwa powtórzenia. Nie ma co się tłumaczyć wiatrem czy dość pofałdowanym terenem. Po prostu nogi nie pracowały aż tak dobrze, jakbym chciał. Problem z wytrzymałością szybkościową u mnie istniał od zawsze. Muszę nad tym elementem jeszcze sporo pracować. W każdym razie na czwartkowym treningu wypróbowałem specjalne słuchawki z zausznikami, które miały zapobiegać wypadaniu tych pierwszych. Na chwilę obecną się sprawdzają, chociaż słychać jakieś dziwne szumy przy szybszym biegu i wietrze.
W piątek w planach miałem dłuższe rozbieganie. Jeszcze przed wyjściem z domu stwierdziłem, że przebiegnę tyle, na ile „pozwoli” mi udo. Po czwartkowym, dość męczącym dla mnie treningu, biegło mi się zadziwiająco lekko. Myślami też byłem skupiony na testowaniu nowego zegarka z pulsometrem (Polar M400), który w ten sam dzień do mnie dotarł. W poprzednim urwał mi się teleskop, co wiązałoby się z dość żmudnym procesem wysłania do serwisu. Gwarancja już dawno minęła, więc prawdopodobnie musiałbym sporo zapłacić, bo w tamtym modelu teleskopy są jakoś połączone z całym spodem zegarka, co pewnie skutkowałoby wymianą całości. Ponadto ten pulsometr od kilku dni przestał mi pokazywać dystans. Stwierdziłem więc, że pora zakończyć z nim współpracę i zdecydować się na nowy. Wybrałem Polar M400, bo wiele osób poleca go jako najlepszy model w swoim, dość niskim jak na zegarki z pulsometrem, przedziale cenowym. Poza standardowymi funkcjami, pozwala on też monitorować całodobową aktywność. Nie wiem na ile to jest miarodajne, ale też z takiej opcji skorzystałem. W każdym razie w piątek przebiegłem w sumie 19 kilometrów. Zrobiłem 10 pętli na mojej trasie. Rozstrzał miałem dość spory, od 1,57 km do 1,68, czyli w zasadzie ani jedna pętla nie została dobrze zmierzona. Tak czy siak, chyba żaden z zegarków z GPSem, nawet te za 1500-2000 zł, dobrze nie odmierzył mojej trasy. Niestety bieganie w lesie to chyba jeszcze za wysokie progi na tą technologię. Generalnie jednak jestem z tego zegarka zadowolony. Nie potrzebuję bajerów. Wystarczy mi kilka podstawowych opcji, a funkcja GPS jest mi bardziej potrzebna w sytuacjach, kiedy nie mogę biegać w lesie, albo startuję w zawodach i muszę trzymać tempo.
W sobotę zrobiłem sobie dzień przerwy, aby odpowiednio odpocząć przed niedzielnym sprawdzianem, który był identyczny, jak ten robiony 2 kwietnia: 5 km rozgrzewki => 10 km w tempie półmaratońskim => 5 km schłodzenia. Rano muszę przyznać, że czułem się średnio. Zjadłem zbyt obfite śniadanie…dwie białe kiełbasy, dość spora porcja jajecznicy i sałatki warzywnej, a do tego dwa kawałki chleba. Trening robiłem po 3 godzinach, więc teoretycznie nie powinno to mieć wielkiego znaczenia, ale jakiś dyskomfort w przewodzie pokarmowym odczuwałem. Po rozgrzewce i krótkiej gimnastyce rozciągającej biegło mi się całkiem dobrze. Pierwszą pętlę przebiegłem w tempie dokładnie 4:00/km. Na drugiej i trzeciej ciutkę zwolniłem, powiedzmy do tempa 4:02-4:03/km, aby na ostatnich trzech okrążeniach znowu przyspieszyć. Tętno praktycznie od połowy dystansu cały czas przekraczało 170, wiec biegłem na ponad 90% możliwości, w trzecim zakresie. Nogi pracowały też ok, chociaż przyznam szczerze, że na najdłuższej prostej było ciężko, bo dość mocno wiało. Prawdziwe problemy pojawiły się jednak na początku ostatniej, szóstej pętli. Zaczęło mnie wtedy strasznie kłuć po bokach. Nie wiedziałem czy to kolka, czy mięśnie skośne brzucha. Udało mi się jakoś dobiec do dziesiątego kilometra i wtedy musiałem się zatrzymać, pochylić i trochę rozmasować bolące miejsca. Po minucie czy dwóch, w bardzo wolnym tempie zrobiłem schłodzenie. Cieszy mnie jednak fakt, że mimo dość mocnego treningu, w ogóle nie czułem żeby moje mięśnie nóg były zmęczone. Oczywiście jakieś osłabienie było, choćby z racji odwodnienia, ale jeżeli chodzi o odczucia były one naprawdę niezłe. Pozostaje mi tylko wierzyć, że za dwa tygodnie uda mi się trafić na dyspozycję dnia i obędzie się bez żadnych niespodziewanych „bolesności” :)
Reasumując, jestem bardzo zadowolony z poprzedniego tygodnia. Przebiegłem 84 kilometry, co, biorąc pod uwagę wcześniejszy problem mięśniowy muszę uznać za swego rodzaju sukces. Przede mną jeszcze jeden dość trudny tydzień. Zwłaszcza trening, który mam zaplanowany na czwartek (5 x 2 kilometry w tempie biegu na 10 km). Po nim będzie już tylko z górki :) Oby… :)